Sprawdziłem statystyki IMGW. Ostatnie takie opady śniegu, zalegające tygodniami, mieliśmy w Polsce w 2013 roku. Jeśli chodzi o temperatury spadające nocami o więcej niż dziesięć stopni poniżej zera i mróz utrzymujący się także w ciągu dnia, to wystąpiły one ostatnio w roku 2010. To odpowiednio 13 i 16 lat temu. Antropocen i odludzka zmiana klimatu na pełnej.
Obecna zima, ze śniegiem i mrozem, przyszła w okolicach Nowego Roku i wzięła w okowy całą Europę, a wcześniej między innymi Stany Zjednoczone. Obrazy jak z Hendricka Avercampa w Niderlandach, narciarze szusujący ze wzgórza Montmartre, spod bazyliki Sacré-Cœur w Paryżu, czy częściowo zamarznięty Dunaj w Wiedniu obiegły całe internety. W Polsce rzekami popłynął śryż, a do akcji ruszyły lodołamacze.
Po raz pierwszy od ponad dekady cala Polska pokryta jest śniegiem, choć nierównomiernie – zasypany jest wschód (lokalnie nawet 30 do 40 cm śniegu), podczas gdy północny zachód to ilości raczej śladowe (2–4 cm w okolicach Szczecina). W czasie pisania tego otrzymałem alert RCB o śnieżycach i gołoledzi, które nadejdą w wyniku chwilowej odwilży, jednak zaraz potem temperatury mają spaść znowu mocno poniżej zera. Zima nie odpuszcza!
Dlaczego zima cieszy?
O suszy pisałem wiele razy, ostatnio w listopadzie. Jej przyczyn na terenie Polski można wymieniać długo, ale na czoło wysuwa się kwestia braku śniegu w zimie. Jak podaje serwis Nauka o klimacie na podstawie danych IMGW, przed latami 90. notowaliśmy średnio 69 dni z dobowymi temperaturami poniżej zera. W ostatniej dekadzie (2011–2020) takich dni było już przeciętnie 48. Konsekwencją wzrostu temperatur jest zmniejszająca się liczba dni z pokrywą śnieżną. W latach 1960–1990 ich średnia liczba na nizinach wynosiła od 40 na zachodzie Polski do ponad 90 dni na północnym-wschodzie. W latach 2011–2020 było to od 18–20 dni na zachodzie Polski do około 60 na krańcach północno-wschodnich.
Najnowsze dane potwierdzają trend spadkowy. Grudzień 2025 roku był nie tylko bardzo suchy, ale i cieplejszy – w niektórych regionach znacznie – od średniej wieloletniej liczonej dla lat 1991–2020. A według analizy Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego liczba dni mroźnych i śnieżnych będzie nadal spadać.
Mimo że pod względem temperatur miniony rok 2025 zostanie prawdopodobnie zaliczony przez IMGW do lat normalnych, to widać było, że w wielu miejscach ekosystemy zależne od wody przekroczyły granice stabilności. Brak rozlewisk biebrzańskich oraz tradycyjnych ptasich migracji, pożary torfowisk i mokradeł wybuchające już w lutym, rekordowo niskie stany Wisły, wyschnięte małe, nizinne rzeki tworzyły makabryczny krajobraz suszy polskiej. Konsekwencją były problemy rolnictwa, które rokrocznie kosztują nas już ponad sześć mld złotych odszkodowań „suszowych”.
Dlatego śnieżna zima spadła nam jak manna z nieba! Oczywiście jest za wcześnie, aby wyrokować o całości dopiero co rozpoczętego roku hydrologicznego, ale z pewnością mamy sytuację skrajnie odmienną od dramatycznie suchej zimy roku 2025, kiedy śniegu nie było nawet w górach.
Czy trwająca na razie kilka tygodni śnieżna i mroźna zima zmityguje skutki ponad dziesięciu lat rolującej się suszy? Jak mówił mi niedawno prof. Mateusz Grygoruk, hydrolog z warszawskiej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego i wiceprzewodniczący Państwowej Rady Gospodarki Wodnej, „zarówno ubożenie, jak i odbudowa zasobów wód podziemnych to procesy długotrwałe, liczone w dekadach”.
Wszystkie polskie rzeki mają reżim śnieżno-deszczowy – czyli są zależne od tego, co spadnie z nieba. Jednak nie samym deszczem rzeka żyje, a nawet widać, że nie przeżyje. Paradoksalnie, wzrost temperatur związany ze zmianą klimatu sprzyja rosnącej ilości deszczu. Jest tak wskutek zwiększonego parowania i tworzenia się większych ilości pary wodnej, która skrapla się i spada w postaci deszczu lub śniegu.
Diabeł tkwi jednak w szczegółach, a konkretnie w KBW. Klimatyczny Bilans Wodny to różnica między ilością opadów a parowaniem. Fatalną wiadomością jest to, że jeszcze w latach 80. ujemny bilans KBW nie przekraczał 200 mm (czyli w określonym czasie wyparowało 200 mm więcej wody, niż spadło). Ale już w 2021 roku było to minus 265 mm, a w kolejnych latach minus 350 mm i minus 365 mm, aż po minus 450 mm w 2024 roku. W tak krótkim okresie deficyt KBW pogłębił się aż dwukrotnie!
Kluczowe jest więc, aby pozwalać wodzie jak najdłużej pozostawać w krajobrazie, tam, gdzie spada, skąd najwolniej paruje. Najlepiej, gdy są to torfowiska i bagna, gdzie woda gromadzi się także w roślinności pod powierzchnią i nie jest narażona na szybkie parowanie. Jednak nic nie jest w stanie zastąpić powolnego nasiąkania ziemi przez topiący się śnieg.
Nic tak nie zasila ziemi w wodę jak śnieg
Nie trzeba być fizykiem atmosfery, by zauważyć, jak bardzo przez ostatnie lata zmieniła się struktura przestrzenna i jakościowa opadów. Obecnie mamy większą ilość nieregularnych i gwałtownych ulew, obejmujących bardzo mały obszar. Takie opady powodują powodzie błyskawiczne i spływają jeszcze szybciej, niż przyszły – zupełnie inaczej niż powolny, długo spadający deszcz, który rozmaka i nawilża ziemię.
Dodatkowo presja urbanizacji, wykładanie ziemi kostką Bauma, czyszczenie i tzw. „utrzymywanie” rzek i rowów melioracyjnych powodują, że woda w ekspresowym tempie znika z powierzchni ziemi, zanim zdąży zasilić warstwy wodonośne. Dlatego właśnie śnieg, który spada bardzo obficie, zalega na dużej powierzchni i powoli topnieje, jest takim błogosławieństwem dla umęczonej suszą ziemi.
Może się wydawać, że przy bardzo głębokich mrozach ziemia zamarza na „beton”. Szczęśliwie tak nie jest. Widać to przy uważnej obserwacji na przykład świeżych kretowisk, pojawiających się nawet spod grubego śniegu. Okryta śnieżną pierzyną ziemia nie zamarza, a nawet utrzymuje nieco wyższą temperaturę niż powietrze. To powoduje, że powolutku, niezauważalnie, od spodu śnieg się topi i kropla po kropli zasila ziemię. Wiosenne roztopy, które oby nie były gwałtowne, pozwoliłyby też stopniowo wypełnić koryta wyschniętych małych rzek i rowów. Jeśli tylko na tych rzekach i rowach wciąż rezydują bobry i pozostają zbudowane ich tamy, woda ma szansę spływać powoli, rozlewać się w naturalnych rozlewiskach, zasilać ziemię w swoim własnym, nieśpiesznym tempie. To najlepszy i najtańszy rodzaj retencji, jaki istnieje.
Takie wiosenne rozlewiska w dolinach rzek, kiedyś coroczne, dziś znane już niemal wyłącznie z obrazów Chełmońskiego, nie tylko tworzą piękny krajobraz, ale przede wszystkim są azylem i siedliskiem dla coraz rzadszych i ginących gatunków ptaków wodnych.
Pod ziemią wciąż sucho
Patrzę na styczniowy komunikat zagrożenia hydrogeologicznego opublikowany przez Państwowy Instytut Geologiczny-PIB. Czerwone obszary we wschodniej, środkowej i północno-zachodniej Polsce prognozują wystąpienie niżówki hydrogeologicznej w skali regionalnej w obrębie województw: podlaskiego, warmińsko-mazurskiego, mazowieckiego, lubelskiego, wielkopolskiego, kujawsko-pomorskiego, łódzkiego, świętokrzyskiego, podkarpackiego, zachodniopomorskiego a także, w mniejszym stopniu, pomorskiego. „To oznacza, że zwierciadło pierwszego poziomu wodonośnego może opaść poniżej średnich wartości obserwowanych w dłuższej perspektywie. Może to powodować utrudnienia w zaopatrzeniu w wodę z płytkich ujęć wód.” – piszą eksperci z PIG-PIB.
Czy te czerwone plamy suszy znikną z mapy hydrogeologicznej? Tak stało się właśnie w Kalifornii: pierwszy raz od ćwierćwiecza pomiary nie odnotowały suszy! Było to możliwe dzięki potężnym i nieznanym w tamtym rejonie opadom śniegu, a następnie masywnym deszczom. Pytanie tylko, czy w przyszłości możemy liczyć już tylko na taki ekstremalny ratunek?
Człowiek szybko się odzwyczaja i zapomina, więc zewsząd słychać już utyskiwania na „zimowy kataklizm”. Nie brak też szyderczych i prześmiewczych komentarzy negacjonistów klimatycznych, którzy nagle zapomnieli jak wyglądały zimy przez ostatnią dekadę. Obecne warunki zimowe w Polsce są wynikiem korzystnego układu ośrodków barycznych nad Atlantykiem i Europą oraz pośrednio globalnego wpływu zjawiska znanego jako La Niña – chłodniejszych niż zwykle wód Atlantyku. Nie zmieniają niczego w kwestii trwającej odludzkiej zmiany klimatu, są po prostu wyjątkiem.
Chciałbym, abyśmy zarówno na śnieg, jak i na niechybnie (oby jak najpóźniej) nadchodzącą chlapę, spojrzeli czułym okiem. Są one jak zimny, wodny kompres, który przykładamy na ranę albo suchą skórę. To najlepsze, co może się przydarzyć wyschniętej, umęczonej suszą ziemi, torfowiskom, dolinom rzecznym, mokradłom, lasom, łąkom ale także parkom miejskim, trawnikom i ogrodom. Nam samym.





























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.