🔴 7 listopada 2026 roku uzbrojony mężczyzna otworzył ogień do przypadkowych osób na Rynku Głównym w Krakowie. Zginęło sześć osób, a 15 zostało rannych. Sprawca został zatrzymany przez policję.
🇺🇦 Od rozpoczęcia pełnoskalowej rosyjskiej inwazji w lutym 2022 roku mieszkańcy Ukrainy mierzą się z regularnymi atakami rakietowymi, dronowymi i bombardowaniami.
📘 Na przełomie 2025 i 2026 roku do polskich gospodarstw domowych trafił rządowy Poradnik bezpieczeństwa. Zawiera informacje m.in. o pierwszej pomocy, ewakuacji i postępowaniu w sytuacjach kryzysowych.
Kaja Puto: Napisałaś w swoim poście na Facebooku, że z przerażeniem oglądałaś nagrania ze strzelaniny w Krakowie. Co cię w nich przeraziło?
Aldona Hartwińska: Zmroziły mnie trzy rzeczy. Po pierwsze, ludzie zamiast szukać schronienia, zaczęli wychodzić na ulicę i nagrywać to, co się dzieje. Jakby grali w jakąś grę komputerową, w której mają do wykorzystania drugie życie. Nie przestali również, gdy strzały ucichły. Jakiś mężczyzna nagrywał leżące na ziemi ofiary. Zamiast udzielić im pomocy, mamrotał pod nosem, że „straszne rzeczy się dzieją w Krakowie”.
Po drugie, ludzie wpadli w panikę i zaczęli biec razem z tłumem. Zamiast myśleć o tym, co się dzieje, jak mogą się ochronić, gnali przed siebie. Być może nawet w kierunku strzelca. Biegali w tę i z powrotem, w lewo i w prawo, zupełnie bez celu.
Po trzecie, nagrania z miejsca natychmiast zaczęły krążyć po sieci bez zamazywania twarzy ofiar. Nikt nie pomyślał, że mogą je zobaczyć bliscy tych ludzi. Po takim wydarzeniu wchodzisz na platformy społecznościowe i jesteś zalewana setkami podobnych treści. Można zupełnym przypadkiem natrafić na twarz swojego męża, żony czy córki, którzy leżą na ziemi, wykrwawiają się i nikt im nie pomaga. To są obrazy, których nie da się zapomnieć do końca życia. Zabrakło empatii.
Od lat jeździsz z pomocą do Ukrainy, również w pobliże frontu. Jak w piątym roku pełnoskalowej wojny reagują ludzie, kiedy zaczyna się ostrzał?
Widziałam niedawno nagranie z monitoringu ukraińskiego placu zabaw. Ludzie chodzą w różne strony, dzieci biegają. I nagle wszystkich jakby zmroziło. Na pierwszym planie widać matkę z małym dzieckiem, które stoi obok wózka. Kobieta rzuca się w jego stronę, przewraca je na ziemię i kładzie się na nim płasko, zasłaniając własnym ciałem. W tle widać eksplozję.
Matka dalej leży nieruchomo na dziecku. Oglądając to, wiem, co myśli: zaraz może być następne uderzenie. Bomby kierowane spadają trójkami, a nawet czwórkami. Kiedy nie słyszysz tego charakterystycznego świstu, nie wiesz, czy to dron, czy rakieta. Więc czekasz, co będzie dalej.
Leżą tak przez chwilę, potem wstają i rzucają się do ucieczki. Rosjanie bardzo często bombardują miejsce ataku jeszcze raz, kiedy przyjadą służby ratunkowe, żeby zwiększyć liczbę ofiar.
To nagranie pokazuje typowe zachowanie Ukraińców podczas ostrzału. Natychmiast padają płasko na ziemię, żeby uchronić się przed odłamkami. Jeżeli mają czas, podbiegają do ściany, chowają się w jakimś zagłębieniu i tam padają na ziemię.
Czy doświadczenie bombardowania da się przełożyć na sytuację, w której znajdujemy się w pobliżu napastnika z karabinem?
Tak. Jeśli nie wiemy, dokąd możemy uciec, próbujmy się schować za czymś, co osłoni nas przed zagrożeniem: ściany, mury, drzewa, z głową nisko, osłoniętą dłońmi. Jeśli nie możemy się schować – najlepszą reakcją jest położenie się na ziemi. Ten człowiek zapewne szukał ruchomych celów. Ktoś, kto szedł albo uciekał, wpadał w jego pole widzenia i znajdował się na celowniku.
Kiedy oglądałam te nagrania, przypomniała mi się historia z wyspy Utøya. Andreas Breivik otworzył ogień, a potem dobijał swoje ofiary. Młodzi ludzie, którzy przeżyli, opowiadali później, że uratowało im życie to, że leżeli płasko na ziemi. Breivik myślał, że już nie żyją.
A jak ty sama reagujesz w niebezpiecznych sytuacjach? Zawsze wiedziałaś, co robić?
Na początku wyjazdów miałam dużo szczęścia i nie znajdowałam się w bezpośrednim zagrożeniu.
Kiedyś często powtarzaliśmy między sobą, że na wojnie, żeby zginąć, trzeba mieć albo wielkiego pecha, albo być głupim. Czyli pchać się w miejsca, do których nie powinno się jechać, nie słuchać żołnierzy, ignorować komunikaty wojskowe, ryzykować życie dla jednego zdjęcia.
Ale wojna się zmieniła, odkąd największym zagrożeniem stały się drony. Kiedyś zagrażała nam przede wszystkim artyleria. Wiedzieliśmy, na jaką odległość pracuje i dokąd nie możemy się zapuszczać. Dziś „killzona”, czyli strefa śmierci, rozciąga się nawet sto kilometrów poza linię frontu.
Od początku uczyłam się od żołnierzy komunikacji i poruszania się po froncie. Dzięki temu nie musiałam uczyć się na własnych błędach.
Opowiedz o sytuacji, w której ta wiedza ci się przydała.
Jakiś czas temu jechałyśmy z moją koleżanką Grażyną do obrony przeciwlotniczej z 59. brygady. Było już ciemno i nagle zobaczyłam, że strzelają. Takie wiązki czerwonego światła, trochę jak w „Gwiezdnych Wojnach”. Najpierw iskry poleciały przed maską, potem za nią.
Od razu zrozumiałam, że to „nasi”. Wpadłyśmy w ich strefę operacyjną, bo właśnie próbowali zestrzelić jakiegoś szahida. Instynktownie otworzyłam okno, żeby słyszeć, co leci.
A Grażyna automatycznie wyłączyła światła w samochodzie. W jej głowie pojawiła się logiczna ścieżka: ostrzał – dron – musimy być niewidzialne. Krzyknęłam: „Włącz światła!”. Bo wiedziałam, że jest dokładnie odwrotnie. Ukraińcy muszą nas zobaczyć i usłyszeć. Trzeba dać gaz do dechy i jak najgłośniej uciekać. Udało nam się bezpiecznie wyjechać.
To są właśnie te odruchy, które budują się w głowie, jak jakiś kod programistyczny. Kiedy pojawia się zagrożenie, działasz automatycznie i prawidłowo. Nawet jeśli wcześniej znałaś ostrzał tylko w teorii.
Grażyna jeździ do Ukrainy od niedawna, ale obcując ze mną i tym moim kodem wbitym do głowy, chłonie informacje. Tak samo jak ja wcześniej chłonęłam je od żołnierzy. A co najważniejsze, podejmuje działanie, a nie zamiera jak łoś na autostradzie, kiedy widzi nadjeżdżający samochód.
Czy takich odruchów można się nauczyć bez doświadczenia wojny?
Bardzo często powtarzam, że nauka procedur „na sucho” przygotowuje nas do momentu, kiedy te procedury naprawdę wchodzą w życie.
Niedawno krążyło w sieci nagranie z kamery samochodowej. Dochodzi do wypadku drogowego, sporo ludzi się przygląda, ale nikt nie reaguje. Jedyną osobą, która rzuca się na pomoc, jest Andrzej, medyk bojowy z fundacji „W międzyczasie”.
Byłam z Andrzejem w Ukrainie, kiedy pojechałam na front pokazać ich pracę w okopach. Dokładnie w tym lesie, w którym filmowałam ich pracę, Andrzej został później ranny. Na nagraniu z wypadku widać, jak wyciąga z bagażnika apteczkę wojskową i biegnie udzielić pierwszej pomocy. Kuśtyka, bo wciąż nie odzyskał pełnej sprawności po odniesionych ranach. Ale to jest odruch.
Większość ludzi paraliżuje psychologiczny efekt świadka. Wydaje nam się, że ktoś na pewno udzieli pomocy, ktoś na pewno już ją wezwał, więc ja nie muszę nic robić.
Andrzej jest zawodowym medykiem pola walki. A od czego może zacząć przeciętna Kowalska?
Warto zrobić kurs pierwszej pomocy, żeby nie bać się podejść do ofiary wypadku. Widok krwi może paraliżować, ale warto to przezwyciężyć, bo jeśli mamy do czynienia z masywnym krwotokiem, liczy się każda minuta.
Warto też iść na kurs medycyny taktycznej.
Nie przesadzasz? Pełnoskalowa wojna na terenie Polski to wciąż mało prawdopodobny scenariusz.
Medycyna taktyczna kojarzy się z wojną, ale to najlepszy kurs ratowania życia dla osób niezwiązanych z medycyną. Naszym zadaniem jest założenie opaski uciskowej, zatamowanie krwotoku czy prawidłowe nałożenie opatrunku okluzyjnego, na przykład na ranę postrzałową. W ten sposób możemy uratować komuś życie, zanim przyjedzie karetka. Opaska uciskowa, zwana też turniketem, jest banalna w obsłudze, a może kogoś ocalić z wypadku komunikacyjnego.
Nie możemy jednak wszystkiego robić sami. Jak państwo powinno przygotowywać nas do sytuacji kryzysowych? Czy Polska korzysta już z doświadczeń Ukrainy?
Na szczęście widzę, że Polska czerpie z doświadczeń Ukrainy, ale też ze skandynawskiego pragmatyzmu. Dystrybucja Poradnika bezpieczeństwa wydała się wielu osobom śmieszna. Tymczasem podobną broszurę Szwedzi rozesłali do gospodarstw domowych już w 2018 roku. Jej historia sięga zresztą 1943 roku, kiedy wydano poradnik „Na wypadek wojny”.
Polski poradnik powstał trochę na wzór szwedzkiego, z uwzględnieniem doświadczeń zza naszej wschodniej granicy. Znajdziemy w nim informacje, jak zachować się podczas pożaru czy blackoutu, co powinno znaleźć się w plecaku ewakuacyjnym, jakie zapasy warto zgromadzić. To właśnie nauka procedur „na sucho”.
Przede wszystkim jednak powinniśmy zadbać o edukację w szkołach. Pamiętam, że w liceum miałam nauczyciela, byłego wojskowego, którego wszyscy nienawidzili. Kazał nam zakładać maski gazowe, uczyć się rodzajów alarmów, wiedzieć, co robić w razie użycia broni chemicznej. Taki absurd w państwie, w którym przecież nigdy nie będzie wojny!
Dziś mi wstyd i czerwienieją mi uszy na myśl o tym, jak lekceważyłam te lekcje. A przecież mogą mi się przydać nie tylko na froncie w Ukrainie. Dzieci powinny znać zagrożenia i oswajać się z nimi. Wszyscy powinniśmy wiedzieć, co robić.
*
Aldona Hartwińska – dziennikarka, autorka książek (m.in. Ani kroku w tył, za nami tylko śmierć) i wolontariuszka. Wojnę po raz pierwszy na własne oczy zobaczyła w grudniu 2022 roku, od tamtej pory regularnie jeździ na wschód z aparatem fotograficznym i konwojami ze wsparciem dla ukraińskiej armii.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!