Kraj

Sadura: Czy powstanie ruch „ratujmy gimbazę”?

Przez dobry kwartał ruch w obronie gimnazjów nawet nie zamajaczył na horyzoncie.

Wystąpienie ministry Zalewskiej mające wyjaśnić szczegóły reformy systemu edukacyjnego trwało półtorej godziny. Potwierdziło tym samym regułę, wedle której długość przemówienia pozostaje w odwrotnej proporcji do istotności jego treści. W zasadzie nie dowiedzieliśmy się wiele więcej niż w czerwcu tego roku.

Oczywiście pojawiło się kilka szczegółów. Znamy na przykład skład zespołów eksperckich mających przygotować nowe podstawy programowe. Tu decyzje były nieco zaskakujące. Tam, gdzie spodziewaliśmy się usłużnych ideologów, pojawili się akademicy, tam, gdzie oczekiwaliśmy fachowców – doktrynerzy. Historią zajmie się prof. Jacek Piotrowski, politolog i historyk z Uniwersytetu Wrocławskiego, mający doświadczenie w tworzeniu programów nauczania z wiedzy o społeczeństwie. Za matematykę odpowiadać będzie Regina Pruszyńska. Nie wiadomo, czy zna się na pisaniu programów, ale wiadomo, że zna się z Tadeuszem Rydzykiem i Tomaszem Terlikowskim (oraz nie lubi „ideologii gender”). Obie decyzje personalne wskazują, że w procesie tworzenia podstaw programowych kluczowe będzie zadanie zespołów wspierających liderów. Pruszyńskiej pomogą uniwersyteccy matematycy, Piotrowskiemu – pracownicy IPN. Efekty nie będą więc prawdopodobnie odbiegać od oczekiwań: uczniom nie zagrozi ani chrześcijańska matematyka, ani bezstronnie wykładana historia.

Swoją drogą sposób reformowania edukacji wiele mówi o różnicach w podejściu do oddziaływania na polityki publiczne w rządach PO i PiS. Żelazna zasada reform publicznych głosi: długo i starannie przygotowywać, a następnie wdrażać jednym ruchem. PO reformę 6-latków długo przygotowywało i jeszcze dłużej wdrażało, rozwadniając ją przy tym tak, jakby szło o produkcję homeopatii, a nie uzdrowienie systemu.

W PiS odwrotnie. Reforma wchodzi w życie, zanim ją na dobre wymyślono.

Eksperci na stworzenie programów dostali dwa miesiące. I co? Mają powiedzieć, że się nie da? Posłowie PiS nie takie rzeczy potrafili w jedną noc napisać! Muszą zdążyć. Dzięki temu wydawcy dostaną kilka miesięcy na napisanie i wydrukowanie podręczników (sic!), a władze lokalne na przygotowanie nowych sieci szkolnych.

Czemu więc miało służyć przemówienie Zalewskiej, skoro tak mało z niego wynika? Może pochwaleniu się osiągnięciami? Szefowa MEN poinformowała o sukcesach w walce ze szkolną biurokracją. Minęło jednak zbyt mało czasu, aby zauważyć efekt. Znajoma nauczycielka – gdy zapytałem, czy odczuła, że w szkole jest mniej papieru – stwierdziła, że tylko tego do ksero. W nowym roku szkolnym dyrekcja jej placówki zredukowała jego przydział do połowy ryzy na każdą klasę.

Wydaje się, że zaplanowana z wyprzedzeniem konferencja była „bezpiecznikiem” w procesie forsowania zmiany systemu szkolnego.

„Reformując” kraj, PiS zachowuje się jak kierowca w sytuacji awaryjnej. Najpierw gwałtownie przyhamowuje, a następnie obserwuje reakcje jadących z tyłu, w razie potrzeby lekko odpuszczając.

W grudniu wydawało się, że zanim się obejrzymy, PiS nie tylko rozpędzi Trybunał, ale też napisze i przyjmie nową konstytucję. Protesty KOD i reakcje społeczności międzynarodowej spowodowały, że tempo zmian zostało lekko spowolnione. Opozycja straciła impet. W podobny sposób, tylko szybciej, wycofano się z podwyżek dla decydentów.

Po czerwcowej konferencji liderzy PiS obserwowali reakcje społeczne, rozważając, co utrzymać, a co zmienić w planie reform. Tak ocalały szkoły podstawowe (które pierwotnie planowano przekształcić w „powszechne”). Przez dobry kwartał ruch w obronie gimnazjów nawet nie zamajaczył na horyzoncie. Naród przełknął dobrą zmianę w edukacji. Rodzice, wierząc w „czarną legendę gimnazjów”, uznali najwyraźniej, że wraz z nimi zniknie problem wczesnej inicjacji seksualnej, dopalaczy, internetowego hejtu, szkolnej przemocy, a wszyscy wrócimy do lat 90. Nawet wśród nauczycieli ankietowanych przez ZNP, który w tym przypadku trudno podejrzewać o bezstronność, co trzeci poparł plan reformy. 16 września potwierdzono więc niemal wszystko, co zapowiedziano wcześniej, wprowadzając kilka korekt mających stłumić obawy pracowników gimnazjów.

Niechęć wobec reformy zbliżyła ZNP i PO, co w mediach społecznościowych zdążyło już zirytować kilku lewicowych komentatorów. Wydaje się jednak, że to sojusz kruchy, z krótkim terminem trwałości. Uświadomiłem sobie to w trakcie niedawnych badań terenowych na głębokiej prowincji. W jednej sali nauczyciele pewnej wiejskiej szkoły chwalili się niebywałymi osiągnięciami i eksperymentalnym programem. W tym samym czasie w sali obok sączący trzecie piwo sołtys referował w tajemnicy przebieg ostatniej rozmowy z burmistrzem. W jej trakcie usłyszał, że w związku z reformą PiS szkoła we wsi zostanie zlikwidowana. Gmina musi ciąć koszty.

Za chwilę samorządowcy usiądą do tworzenia nowych sieci szkolnych. Nie bacząc na partyjne afiliacje i linię programową centrali, będą gotowi wyciąć wszystko, czego jeszcze nie wycięli, zwalając winę na PiS. Powstrzymać ich może tylko nadzór kuratoriów przywrócony przez partię rządzącą przy okazji cofania reformy sześciolatków. PiS ma swój interes w „ciśnięciu” samorządów: są w rękach wroga, można na nie zwalić chaos związany z reorganizacją systemu. Ma też ku temu narzędzia. To nie tylko smycz w postaci wymaganej zgody kuratorium na likwidację szkoły. Zapowiedziano już zmniejszenie obwodów szkolnych, co ma promować małe (tłumacząc na język samorządowców – „drogie”) szkoły, zwiększać zatrudnienie nauczycieli i redukować konieczność organizacji dowozów. Zarazem jednak rząd może tę smycz dowolnie wydłużyć, gdyby ZNP stawiał się za bardzo. Już zapowiedziano „pewną swobodę” samorządów w przekształcaniu gimnazjów w szkoły podstawowe i branżowe. Swoboda może objąć i inne obszary.

Walka o kształt systemu edukacyjnego przypomina starcie trzech zapaśników, z których każdy trzyma za gardło dwóch pozostałych.

Walka o kształt systemu edukacyjnego przypomina starcie trzech zapaśników, z których każdy trzyma za gardło dwóch pozostałych. Rząd, choć nie może być pewien sukcesu, ma uścisk najsilniejszy, a tym samym największe szanse na przeforsowanie swojej wizji. Bez interwencji spoza tego układu, na przykład w postaci oddolnego ruchu protestu, trudno będzie tę sytuację zmienić. Jedynym środowiskiem, który taki protest mogłoby zainicjować, wydają się dzisiaj rodzice uczniów szóstych klas podstawówek i pierwszych klas gimnazjów. To ich dzieci za trzy lata mają się zderzyć w pierwszych klasach szkół średnich. Czy powstanie ruch „ratujmy gimbazę”? Zobaczymy niebawem.

Dr Przemysław Sadura – socjolog (Instytut Socjologii UW), publicysta, członek zespołu Krytyki Politycznej.

PUBLICYSTYKA-Wladysław-Broniewski

 

**Dziennik Opinii nr 264/2016 (1464)

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.