Kraj

Rutkowski: Rumuńscy „oburzeni” – praktyka bez teorii?

Protesty, które objęły około 60 rumuńskich miast, często sprowadza się do problemów gospodarczych. Chodzi jednak przede wszystkim o kryzys zaufania do rządzących i instytucji, które miały stać na straży demokracji, a w rzeczywistości ją wypaczyły. Tekst Pawła Rutkowskiego.

Od trzech tygodni trwają protesty w Rumunii. Rozpoczęły się po tym, jak 10 stycznia do dymisji podał się podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia Publicznego Raed Arafat. W ten sposób sprzeciwił się planowanej przez rząd prywatyzacji pogotowia ratunkowego. Ta bezpośrednia przyczyna wybuchu niezadowolenia społecznego była kulminacją szeregu decyzji władz w Bukareszcie, które doprowadziły do pogorszenia się poziomu życia większości Rumunów. W maju 2010 r., w celu zmniejszenia deficytu, rząd zredukował o 25 proc. podstawy i tak niskie pensje pracowników strefy budżetowej, a emerytury i renty o 15 proc. Ponadto podniesiono podatek VAT z 19 do 24 proc. Są to najbardziej radykalne środki podjęte w celu przeciwdziałania kryzysowi, jakie wprowadzono w Europie.


Coraz trudniejsze warunki życia w Rumunii, niespełnione obietnice władz, przesuwających termin przywrócenia płac oraz rent i emerytur sprzed redukcji, afery korupcyjne, izolacja klasy politycznej od społeczeństwa i brak debaty publicznej w sprawach kluczowych dla całego kraju spowodował wyjście Rumunów na ulicę.


Ostatnio jednak protesty zniknęły z pierwszych stron gazet i najważniejszych portali informacyjnych. Nie ma już przemocy, demonstracje przebiegają spokojnie. Powoli stają się codziennością. Liczba protestujących również stopniowo spada. Niewątpliwie wpływ na to ma panujący w Rumunii siarczysty mróz.


Tymczasem politycy robią swoje. roku. Choć goszcząca obecnie w Bukareszcie delegacja Międzynarodowego Funduszu Walutowego zaapelowała o mniej ambitny plan redukcji deficytu budżetowego, prezydent Traian Băsescu zapowiedział, że w 2012 roku nie ma możliwości powrotu do poziomu płac sprzed maja 2011.


W międzyczasie opozycyjna Unia Socjal-Liberalna (USL) próbuje pozyskać protestujących. Czasami skutecznie. W dniu 28 stycznia w Timisoarze odbyła się manifestacja USL, na którą przybyło dwa tysiące osób. To dużo, jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, iż w początkowej fazie protestów w całej Rumunii protestowało w zależności od dnia od 5 do 10 tysięcy ludzi. 29 stycznia socjal-liberałowie zorganizowali spotkanie z najważniejszymi organizacjami pozarządowymi wspierającymi protesty. Zaproponowano im m.in. współpracę w zamian za finansowanie NGO-sów z budżetu państwa. Oferta ta, w roku wyborczym, słusznie została odebrana jako przekupstwo.


Jednocześnie USL umywa ręce od poczynań rządu, grzmiąc na forum Parlamentu Europejskiego na temat zagrożenia demokracji w Rumunii ze strony prezydenta i rządzącej Partii Demokratyczno-Liberalnej. Przewodniczący USL Victor Ponta zwracał uwagę na niekonstytucyjną próbę połączenia wyborów parlamentarnych z lokalnymi czy też nadużywanie przez Traiana Băsescu i premiera Emila Boca prawa do wprowadzania ustaw wyjątkowych bez akceptacji parlamentu. Jednakże zapomina o tym, że jego partia znajduje się na scenie politycznej od upadku reżimu Nicolae Ceauşescu i jest w takim samym stopniu odpowiedzialna za zaistniałą w Rumunii sytuację społeczną, ekonomiczną i polityczną, ponieważ przez ten czas również brała czynny udział w sprawowaniu władzy.


Niejednokrotnie protesty, które objęły około 60 rumuńskich miast, sprowadza się wyłącznie do problemów gospodarczych. Jest to jednak przede wszystkim kryzys zaufania do rządzących i instytucji, które miały stać na straży demokracji, a w rzeczywistości ją wypaczyły. 


Coraz bardziej widać brak koordynacji protestujących, ich wspólnego programu, oczekiwań. Jedyne, co ich łączy, to niechęć do obecnych władz. W międzyczasie odbywają się inne formy protestu – 31 stycznia do biura Ministra Środowiska i Lasów wdarli się działacze Greenpeace w proteście przeciwko planowanej eksploatacji złóż złota w Roşia Montană. Na początek lutego planowane są demonstracje przeciwko ACTA. 


Protestujący mogą stawać się coraz bardziej zagubieni, coraz mniej zrozumiali. Istnieje obawa, że demonstrowanie stanie się kolejnym obyczajem, formą bez treści, która nie przynosi żadnych konstruktywnych rozwiązań.


Obserwując Rumunię, przychodzi na myśl scena z filmu Waking Life Richarda Linklatera, kiedy to kilka osób idzie ulicą i wygłasza zaangażowane społecznie slogany. Po chwili spotykają mężczyznę siedzącego na słupie, który nie wie, dlaczego to robi. Ktoś z grupy słusznie konstatuje: „My mamy teorię bez praktyki, on ma praktykę bez teorii”. Nasuwa się pytanie, na które jeszcze trudno odpowiedzieć – czy przypadkiem w tę stronę nie zmierza społeczne niezadowolenie Rumunów.


*Paweł Rutkowski – doktorant Wydziału Nauk Historycznych UMK w Toruniu

 

 

 

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij