Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

„Podlasie”, czyli pouczający gniot

Podlascy Białorusini mogą zawołać niczym czarni Amerykanie, gdy mówią o bluesie: polska większość lubi wschodnią kulturę, ale nie lubi ludzi, którzy ją stworzyli.

Walka

Recenzję wielkanocnego hitu Netflixa można zacząć na dwa sposoby. Można napisać, że 1 kwietnia miała miejsce premiera filmu Podlasie – ciepłej komedii o rodzinnych więziach i miłości, która pokonuje wszelkie przeszkody. Można też napisać, że w Prima Aprilis na Netfliksie wyszła długooczekiwana ekranizacja głośnej książki reporterskiej Anety Prymaki-Oniszk Kamienie musiały polecieć. Wymazywana historia Podlasia.

Czytaj także Ślachta tyra, kiedy chłopstwo bawi się w wycinanki Paulina Siegień

Już pierwsze sceny filmu dowodzą, że w zamyśle autorów miała to być kolejna odsłona podgatunku w polskim kinie, którego głównym tematem jest wschód naszego kraju, a dokładniej „kresowi” tubylcy i ich mentalność.

Widz poznaje więc zżytą społeczność, której codzienne życie zorganizowane jest wokół pracy i kościoła. Motorem fabuły jest nagła wroga ingerencja świata zewnętrznego, który zaczyna zagrażać bohaterom (główna bohaterka wzięła chwilówki na bitcoiny i nie może ich spłacić). Ci wykazują się niespotykaną solidarnością i działając w pięknych okolicznościach przyrody i krajobrazu kulturowego Podlasia, pokonują przeciwności losu, przywracając lokalne status quo.

Uważny widz od razu rozpozna w filmie nawiązania do kadrów z U pana boga za piecem, czyli księdza na rowerze i komendantkę przy kości, czy dialogi u płota, jak pomiędzy Kargulem i Pawlakiem. Jest tak, bo film Netflixa próbuje po raz kolejny odtworzyć polski topos miejsca uroczego (locus amoenus), czyli mitycznej krainy harmonii, idealnego krajobrazu i szczęścia.

W polskiej kulturze ten topos ciągnie się co najmniej od „wsi spokojnej, wsi wesołej” Kochanowskiego, ale jego kanonicznym wcieleniem jest białoruska Nowogródczyzna z najsłynniejszym w naszej literaturze Tadeuszem. Kiedy jeden z bohaterów, uosabiający skrzyżowanie Zenka Martyniuka z blogerem Kolorkiem, na koniec filmu mówi „Kochajmy się”, to nie trzeba się już nawet domyślać, że twórcy Podlasia lokowali je w okolicach tego mickiewiczowskiego mitu. W dzisiejszej popularnej kulturze polskiej to właśnie Podlasie służy za kresowy plaster.

Z mitycznego szczęścia w realną śmierć

Płaska jak Mazowsze fabuła filmu oraz czerstwe gagi (powtarzające się upadki z pomostu do płytkiej rzeczki) mają sprawić, że film pozostaje do bólu banalną historyjką o aborygenach, mówiących z dziwnym akcentem, składnią oraz używających przestarzałych słów i zwrotów.

Ale pomimo starań scenarzystów, spod ubogich kadrów naiwnego świata wyłania się jego przeciwieństwo – locus horridus – świat chaosu, lęku, śmierci. Nie chodzi nawet o to, że rubaszność lokalnej społeczności uosabiana jest przez dwóch drugoplanowych bohaterów alkoholików (ukłon w stronę Gienka i Andrzeja z Rolników. Podlasie), nieudolnie skrywających nałóg od współuzależnionych żon. Widocznie taki był pomysł scenarzystów na ogranie stereotypu, że na wschodzie wszyscy gonią i piją bimber.

Chodzi raczej o to, że w Podlasiu fabuła wyrywa się autorom i zaczyna żyć własnym, prawdziwym życiem – a te jest przerażajaco bestialskie. Najlepiej to widać w scenie, gdy główny bohater Jan, grany przez Artura Barcisia, próbuje pozbyć się dawnego kochanka swojej narzeczonej Juliana, który przyjechał na Podlasie z Kielecczyzny (gra go Wiktor Zborowski). Jan upija konkurenta i prowadzi go na bagna, gdzie ten zaczyna się topić. Dzięki zbiegowi okoliczności nie dochodzi do tragedii, a całość kończy się pijaństwem antagonistów.

Czytaj także O Podlasie upomina się historia i banalna geografia Paulina Siegień

W takich scenach widz wychodzi faktycznie ze świata utopijnej sielanki i przenośni się do agresywnego świata baśni, gdzie rządzi chuć i zawiść. A film jest przeznaczony dla widzów od 10 roku życia!

Ale prawdziwe strachy kryją się w niedomówieniach i przemieszczeniach, które można dostrzec w filmie. Scena otwarcia Podlasia rozgrywa się przed ruinami kościoła, gdzie przed zaimprowizowanym ołtarzem ma się odbyć ślub. Do ceremonii nie dochodzi, mimo to bohaterowie zbierają się na ucztę. Z ich rozmowy dowiadujemy się, że kościół jest w ruinie, bo miał tam miejsce nieszczęśliwy incydent. Ksiądz spalił świątynię, bo pędził tam bimber.

Grające w filmie autentyczne ruiny to dawny kościół św. Antoniego w Jałówce, położonej w gminie Michałowo, kilometr od granicy z Białorusią. Ruiny są świadectwem prawdziwego nieszczęścia, które rozegrało się w tej miejscowości. Kościół został spalony w czasie wojny i nie został odbudowany. Podobnie stało się z miejscową synagogą. Prawdziwe nieszczęście, które nawisa nad realnym Podlasiem, to historia pogromów, Holokaustu, podczas którego zginęło prawie tysiąc jałówczańskich Żydów, oraz powojennych czystek etnicznych, które odbywały się w sielankowej scenerii wsi, pokazanych w filmie. I to właśnie w tych momentach, w których obiekty z tła kadru zaczynając mówić własnym głosem, w filmie dochodzi do zamiany mitycznego świata szczęścia na realny świat śmierci.

Wymazywanie

W tym momencie warto sięgnąć po książki Anety Prymaki-Oniszk, które można czytać jak erratę do takich tworów jak Podlasie. Wyposażeni w tę wiedzę widzimy wyraźnie, że generalny zabieg, którego dokonali twórcy, umiejscawia Podlasie bliżej kategorii horroru, a nie „ciepłej komedii”. To dokładna egzemplifikacja zjawiska, które opisuje Prymaka-Oniszk.

Podlasie jest kolejnym przykładem wymazywania mniejszościowej, białoruskiej i prawosławnej historii i teraźniejszości Podlasia. W wyniku tego procesu w fakturze filmu powstają kulturowe zamazania. Zaznajomione z lokalnym krajobrazem oko wyłapuje kadr z katolickim księdzem, który peroruje do wiernych w środku wsi, ale robi to obok krzyży z charakterystycznym dla prawosławia perechryściem i wypisanymi cyrylicą inskrypcjami. Dostrzega tradycyjny haftowany ręcznik, wiszący w jednym z rogów izby w wiejskiej chacie, ale kadr ustawiono tak, że nie widać ikony, którą ten ręcznik okala. Podlaskie oko wyłapuje kadry przedstawiające prawosławną kaplicę w Petraszkach, kręconą tak, by zza drzew nie było widać złotej prawosławnej kopuły. Widzi bruk i domy we wsiach, które w rzeczywistości nie są nawet wielokulturowe, a są po prostu wsiami prawosławnymi, gdzie katolicy, jeśli nie liczyć przyjezdnych, to rzadkość. W końcu region rozciągający się na południe od Białegostoku, między Bielskiem Podlaskim i Hajnówką to jądro prawosławnego Podlasia.

Kulturowym zamazaniem jest też nieudolna parodia domniemanego podlaskiego akcentu przez aktorów i nadużywanie przyimka „dla”, zaimków osobowych oraz czasowników bez końcówek („Ja mówił dla ciebie”). Język używany przez bohaterów to najlepszy przykład triumfu symulakrum nad rzeczywistością, bo brzmi to tak, jakby jedynym konsultantem językowym Podlasia był wspomniany białostocki bloger Kolorek. To najbardziej znany instagramowy promotor fikcyjnego języka podlaskiego, który z samoośmieszenia i ignorancji – zbiorczo można nazwać to strategią marketingową opartą na autoorientalizacji – zrobił produkt regionalny. I próżno tłumaczyć Kolorkowi oraz scenarzystom, że ludzie we wsiach „użytych” w filmie na co dzień mówią podlaskim wariantem języka białoruskiego i że gdy czasami mówią po polsku, to używają form „ja mówił”, bo to kalka z białoruskiej gramatyki.

Ale to ma miejsce na realnym Podlasiu, podczas gdy w jego zamazanej reprezentacji pojawia się nieistniejąca „podlaska gwara” (o tym, że bohaterowie mówią gwarą, można przeczytać w recenzjach i niezliczonych komentarzach do filmu), podczas gdy językoznawcy nigdy żadnej gwary języka polskiego na Podlasiu nie wyodrębnili. Wysłuchanie półtorej godziny tego językowego (nowo)tworu to bodaj największa tortura, której dostarcza widzowi Podlasie.

Główna bohaterka filmu nosi popularne na prawosławnym wschodnim Podlasiu imię Halina, jednak jej nazwisko – Madej – brzmi tu obco. Strona polskienazwiska.pl podpowiada, że jest to nazwisko najczęściej występujące w województwach małopolskim i podkarpackim, a najrzadziej, no właśnie, w podlaskim. Podobnie jest z innym nazwiskiem, które nosi kilkoro bohaterów filmu – Wolak. Znowu najrzadziej to nazwisko występuje na Podlasiu.

To nie przypadek, w końcu zrobienie dokumentacji w terenie i wybranie dla bohaterów nazwisk typowo podlaskich, występujących powszechnie w miejscach, gdzie film kręcono, nie wymagałoby od ekipy większego trudu. Nie chodziło jednak przecież o to, by pokazać tę część Podlasia takim, jakim jest, a o to, by je porwać, dokonać kulturowego przejęcia, wykorzystać atrakcyjny krajobraz kulturowy, wyobrażone locus amoenus i osadzić je w znajomych ramach polskiej wyobraźni.

Czytaj także Czystka etniczna [o książce „Kamienie musiały polecieć”] Tomasz Żukowski

Ale skoro na tym obrazie nie ma miejscowych, to co się z nimi stało? Gdzie się podziali? Czemu w ich domach są obcy ludzie? Co się tu wydarzyło? Te pytania słusznie wywołują gęsią skórkę, a wyczerpujące odpowiedzi na nie można znaleźć książkach Anety Prymaki-Oniszk.  

Podlaski blues

Krajobraz kulturowy, w którym rozgrywa się akcja Podlasia, nie został stworzony przez Madejów i Wolaków. Stworzyli go ludzie o ruskiej (w znaczeniu Rusi, nie Rosji) proweniencji, autochtoniczni mieszkańcy tych terenów, którzy w dobie dojrzewania świadomości narodowej i politycznej najczęściej identyfikowali się jako Białorusini. W polskiej wyobraźni kulturowej, jak widać na przykładzie Podlasia, nie ma dla nich miejsca. W tym sensie ten film pokazuje niepokojącą ewolucję tej wyobraźni – w cyklu Bromskiego występował jeszcze prawosławny ksiądz i prawosławni bohaterowie. W najnowszej polskiej produkcji nie ma już dla nich miejsca w przedstawieniu ich własnego świata.

Podlascy Białorusini mogą zawołać niczym czarni Amerykanie, gdy mówią o bluesie: polska większość lubi wschodnią kulturę, ale nie lubi ludzi, którzy ją stworzyli. Proces wymazywania postępuje i przeradza się również w praktyki autowymazywania. Wielu prawosławnych mieszkańców Podlasia odżegnuje się od białoruskich, czy szerzej ruskich korzeni, napowrót przywdziewa tubylcze szaty bezpiecznej, bo nieokreślonej swojskości i tutejszości lub dwoi się troi, wykuwając tożsamość prawosławnych, ale „czystych” Polaków. Podlasie pokazuje, że jakich płomiennych patriotycznych deklaracji by nie złożyli, to z rodzinnego polskiego zdjęcia ci prawosławni kuzyni i tak zostaną wycięci.

Nie ma tam miejsca dla Iwaniuków, Dmitruków i Parfieniuków. Na zbiorowym portrecie, nawet jeśli za tło robi drewniana podlaska chata, a za kostiumy koszule z białoruskim ludowym ornamentem, miejsca wystarczy tylko dla Madejów, Wolaków i księdza dobrodzieja.

Lustro kresowej mitologii

Z punktu widzenia sztuki kinematograficznej, Podlasie jest oczywiście gniotem. Jednak niezwykle pouczającym, bo stanowi lustro, nie tylko wyraźne, ale wręcz powiększające wizerunek Podlasia, jaki został wykreowany w ostatnich latach na potrzeby masowej polskiej kultury. To region, który pociąga egzotyką zachowanego wiejskiego, drewnianego krajobrazu, ale jednocześnie śmieszy swoim zacofaniem. Pocieszne i poczciwe, wypełniony figurami szlachetnych dzikusów, stało się Podlasie dogodną scenografią dla projekcji kresowej mitologii.

Czytaj także Obcy w naszym kraju. Gniew, żal i strach podlaskiego pogranicza Przemysław Sadura, Sylwia Urbańska

W lustrze Podlasia powinna się jednak uważnie przeglądać nie tylko polska wyobraźnia, z jej tendencją do wykluczania, przywłaszczania i wymazywania ludzi i kultur, których współobecność i prawo do wspólnego dziedzictwa z jakichś przyczyn jej nie leży, ale też lokalna wyobraźnia mieszkańców wschodniego Podlasia. Powinni sobie oni zadać pytanie, czemu polska kultura tak łatwo ich wymazuje.

Czy może sprzyja temu sztuka mimikry, ciągłego niedopowiadania, uwikłanie w dyskusje o tożsamości, które coraz częściej prowadzą do regresu – odejścia od tożsamości narodowej z jej politycznymi implikacjami, do przednowoczesnych identyfikacji, gdzie zostają „my tutejsi” i „nasz język”? Ta nieumiejętność czy może niegotowość do nazwania samych siebie w kategoriach narodu czy choćby grupy etnicznej wyklucza zbudowanie postawy asertywnych gospodarzy, którzy ze swoimi polskimi (i katolickimi) współobywatelami mogliby bez kompleksów mówić o sobie i swoim kawałku ziemi. Zamiast prowadzić ich na bagna.

I chociaż Podlasie to gniot jakich mało, to Anna Seniuk jest tu absolutnie cudowna.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie