Kraj

Gzyra: Cudzoziemiec bez własnej ziemi

„Nie ma czegoś takiego jak »nasz świat« bez zwierząt”. Podobnie: nie jest możliwa sterylna segregacja świata ludzi na oazy spokoju i resztę ogarniętą chaosem.

Siedział w ciemnym, brudnym kącie pod zaparkowanym skuterem. Wracaliśmy właśnie do domu. Pośpiesznie wystukałem kod na domofonie, bo marzyliśmy już o ciepłej herbacie, kolacji i łóżku. Wtedy się poruszył. Ten ruch, prawdopodobnie ze strachu, uratował mu życie. Spojrzeliśmy w stronę, skąd dochodził szelest, ale niewiele było widać. Poświeciliśmy telefonem komórkowym. To gołąb! Chyba gołąb.

Wyglądał okropnie. Był cały oblepiony tłustą mazią, miał posklejane pióra i był przeraźliwie chudy. Decyzja zapadła natychmiast: herbata, kolacja i łóżko później. Teraz gołąb. Trzeba go delikatnie złapać, zanieść na górę i przyjrzeć się, co się z nim dzieje. Nie było łatwo, ale w końcu się udało. Później nocny gabinet weterynaryjny, zastrzyk na wzmocnienie i przegląd, czy nie jest ranny i połamany. Nie był. Pierwszy raz w życiu słyszałem, żeby gołąb kwilił.

Skuter, bo tak go nazwaliśmy, okazał się młodziakiem, podlotem. Kiedy wysechł po podwójnej kąpieli, zaczął przypominać gołębia. Takiego jak tysiące innych, które mieszkają w naszych miastach. Powoli zaczął jeść i pić. I robić kupy. Takie, jakich niezliczona ilość w miastach. Naszych miastach. Nie lubimy, jak ktoś brudzi odchodami nasze miasta.

Za kupę psa odpowiada opiekun, odpowiedzialność nieco się rozmywa.

Za brudy gołębi odpowiadają one same, są całkowicie winne. Nie są u siebie w naszych miastach.

Nie są częścią naszej wspólnoty. Przez wielu postrzegane są jak obcy, najeźdźcy, szkodniki. Cudzoziemcy, tyle że bez własnej ziemi. Żeby jeszcze były kolorowe, ale one uparcie mnożą się, powielając kolory naszych fasad i chodników. Zero egzotyki. Najzwyklejsze gołębie, dolne rejony hierarchii stworzeń.

Rzadko który dostępuje zaszczytu opieki weterynaryjnej. Umierają od chorób, braku wody, kiepskiego jedzenia, upolowane przez inne zwierzęta lub rozjechane samochodem. Czasem specjalnie rozjechane, jak ten, którego szybką śmierć kiedyś obserwowałem. Autobus na pętli w sekundę zrobił z niego miazgę.

Podszedłem do kierowcy, żeby spojrzeć mu w oczy i zapytać po co. Miał na twarzy głupkowaty uśmiech. Powiedział: jak zechcę, jeszcze raz to zrobię. Gówniane brudasy. Śmiecie.

Żyją wśród nas tak licznie i od tak dawna, ale większość z nas jest ignorantami co do ich natury. Nie wiemy, kim tak naprawdę są. Przez ponad tydzień mieszkania ze Skuterem dowiedziałem się o gołębiach więcej niż przez całe wcześniejsze życie. Znam już mapę jego ciała. Często siada koło mojej dłoni, kiedy pracuję przy komputerze. To miejsce, gdzie jest wylot ciepłego powietrza z laptopa. Lubi ciepło. Zasypia na termoforze, który wkładamy mu do pudła.

Kiedy go drapię i głaszczę po głowie, zamyka oczy i uspokaja się. Cierpliwie pozwala wyciągać sobie śpiochy z oczu. Źle, że się nas nie boi. Powinien być ostrożny i unikać bliskiego kontaktu z ludźmi. Szary ptak, o którym Sue Donaldson i Will Kymlicka, autorzy książki Zoopolis: A Political Theory of Animal Rights, powiedzieliby: rezydent. Zwierzę graniczne.

Nazywanie ich granicznymi ma wskazywać na pośredni status – pomiędzy zwierzętami tzw. dzikimi a udomowionymi. To bardzo zróżnicowana grupa, jednak można mówić o dwóch kluczowych wspólnych cechach. Po pierwsze, nie istnieje inne miejsce, do którego należą jako jednostki. Według Donaldson i Kymlicki odbiera to ludziom prawo do wykluczenia ich ze wspólnoty. Po drugie, nie spełniają warunków potrzebnych do funkcjonowania jako jej obywatele.
Zwierzęta graniczne to zarówno te, które klasyfikowane są jako szkodniki, jak i te, których obecność ludzie akceptują, a czasem celebrują. „Postawy ludzkie wobec zwierząt granicznych są często nacechowane intensywnością, ale rzadko są proste i konsekwentne” – piszą autorzy Zoopolis.

Zaadaptowały się do życia wśród ludzi, chociaż większość trzyma się od nas na dystans. Mają własną organizację społeczną i mechanizmy samoregulacyjne. Gdybyśmy próbowali wtłoczyć je w schemat obywatelstwa, związanego tak z prawami, jak i obowiązkami, stalibyśmy się ich zarządcami. Donaldson i Kymlicka piszą, że oznaczałoby to „drastyczne ograniczenie ich wolności i autonomii”, ponieważ nie da się wdrożyć pełnej ochrony związanej z obywatelstwem bez „systematycznego i przymusowego interweniowania we wszystkich obszarach ich życia, narażając przy tym inne ważne interesy”.

Są i powinny pozostać w luźniejszych relacjach z ludźmi, co nie oznacza, że nie należą się im prawa, chroniące ich interesy. Powinny stanowić ograniczenie sposobu, w jaki realizowane jest nasze dobro wspólne. Tymczasem zwierzęta te są rutynowo krzywdzone, zarówno bezpośrednio, jak i poprzez normy i zasady życia ludzkiej społeczności. Stygmatyzacja jako obcych, szkodniki, to ułatwia. Ich eliminacja „jest odpowiednikiem czystek etnicznych” – czytamy w Zoopolis.

Oczywiście mówienie o wyzwoleniu tych zwierząt jest niewłaściwe, podobnie jak o pozostawieniu ich samym sobie.

Jak jednak ułożyć nasze relacje z rezydentami innych gatunków, skoro mamy problem nawet z akceptacją odmienności ludzi?

Mechanizmy relacji z innymi, w tym wykluczania ze wspólnoty, są w obu przypadkach podobne. Donaldson i Kymlicka piszą także o konieczności „równoważenia ryzyka i korzyści relacji pomiędzy obywatelami i rezydentami” i o tym, że jest uprawniona nieinwazyjna regulacja imigracji w przypadku „intensywnie ruchliwych oportunistów”.

Czytanie Zoopolis w momencie, kiedy Europa doświadcza problemu masowej imigracji i dowiaduje się, jak niedoskonałe są dotychczasowe modele „zarządzania odmiennością”, jest szczególnym przeżyciem. Wiele zwierząt staje się rezydentami, emigrując do nas np. w poszukiwaniu pożywienia. Wielu z nich się boimy, nie znając i nie rozumiejąc ich. Są wśród nich również takie, które naprawdę bywają dla nas niebezpieczne.

Jako narzędzia regulacji intensywnej imigracji zwierząt do miast Donaldson i Kymlicka wymieniają m.in. bariery, środki odstraszające i zniechęcające, ograniczenie zasobów żywności, korytarze siedliskowe, strefy bezpieczeństwa. Wszystko to w połączeniu z zabiegami na rzecz uatrakcyjnienia dla zwierząt środowiska naturalnego, z którego uciekły, np. poprzez powstrzymanie jego kolonizacji przez ludzi.

Nie jest możliwy gatunkowy apartheid. „Nie ma czegoś takiego jak »nasz świat«, który nie zawiera zwierząt”, jak pisał Ralph Acampora. Jest jeden świat i jest to miejsce zróżnicowanych, pozytywnych i negatywnych, relacji międzygatunkowych. Podobnie: nie jest możliwa sterylna segregacja świata ludzi na oazy dobrobytu i spokoju oraz resztę, która ogarnięta jest chaosem. Segregacja nie leczy choroby i nie leczy objawów. Nic nie leczy. Wyleczyć mogą jedynie odpowiednie relacje.

Skuter przytył i lata coraz lepiej. Wkrótce zawieziemy go do parku i wypuścimy. Będziemy trzymać kciuki, żeby dał sobie radę w środowisku, które z założenia jest funkcjonalnie podporządkowane niemal wyłącznie potrzebom ludzi. W miejscu, w którym do końca życia będzie istotą podrzędnej kategorii.

Dariusz Gzyra – działacz społeczny, publicysta, weganin. Kontakt: http://gzyra.net

 

**Dziennik Opinii nr 260/2015 (1044)

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Darek Gzyra
Darek Gzyra
Działacz społeczny, publicysta, weganin
Działacz społeczny, publicysta, weganin, doktorant w Instytucie Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie. Członek Polskiego Towarzystwa Etycznego oraz Laboratorium Animal Studies – Trzecia Kultura, jeden z redaktorów czasopisma „Zoophilologica. Polish Journal of Animal Studies”.
Zamknij