Kraj

Grudzińska-Gross: Opera żebracza

Ponieważ zaraz po sylwestrze zabieramy się za przygotowanie podatków, tuż przed nim wysłuchujemy apeli o datki, oglądamy je w telewizji… O amerykańskim szale zbiórek pieniędzy pisze Irena Grudzińska-Gross.

Na czym polega koniec roku w Stanach Zjednoczonych? Można to określić najprościej jako wzmożoną żebraninę. Ponieważ zaraz po sylwestrze zabieramy się za przygotowanie podatków, tuż przed nim wysłuchujemy apeli o datki, oglądamy je w telewizji… Nie-daj-boże człowiek gdzieś kiedyś wpłacił jakąś darowiznę, zaprenumerował jakieś pisemko, wspomógł organizację posyłającą leki chorym, dziś ścigają go grube koperty wypełnione kartkami, apelami, naklejkami adresowymi, które mają przekonać adresata przynajmniej do otworzenia przesyłki. Jego adres, jako osoby, która kiedyś coś wpłaciła, został sprzedany (w ramach zbierania funduszy) przez pierwszą organizację innym pokrewnym organizacjom i tak ilość grubych kopert się powiększa.

 

Więc otwieramy koperty, a tam znajdujemy śliczną pocztówkę zrobioną przez bezdomnego lub niepełnosprawnego, albo też straszne zdjęcie głodującego dziecka, może kupon na koszulkę z napisem Amnesty International, może zdjęcie pięknej góry, którą źli ludzie chcą ogołocić z drzew, albo fotkę zagrożonego lwa, wymierającej czapli, uśmiechniętej kobiety w afrykańskim stroju prezentującej rękodzieło, które wykona(ła) po otrzymaniu naszego datku. Pytałam kiedyś kolegę, który był dyrektorem amerykańskiej części Amnesty International, dlaczego wydają tak wielkie pieniądze na wysyłanie do mnie co najmniej dziesięciu grubych kopert rocznie (każdej innej!! Ilu ludzi przy tym pracuje!!). Badania rynkowe (odpowiedział), wykazują, że jak ktoś raz wysłał, to raczej znów wyśle i będzie wysyłał też do innych. To się per saldo opłaca, policzyli to odpowiedni specjaliści. A jak nie wyśle datku, to może kupi jakąś koszulkę albo wyrób artystyczny. Ostatecznie to też można (częściowo) odliczyć od podatku.

 

Amerykańska poczta dogorywa, ale sądząc z tego, co codziennie znajduję w mojej skrzynce, jej główną podporą są listy organizacji pozarządowych proszących o wsparcie. Nie są to jedyne listy z załączoną kopertą z adresem zwrotnym. Błagania o wsparcie przysyłają stacje radiowe, programy telewizyjne, teatry, niezależne sale kinowe, kościół z sąsiedniej ulicy, a także synagoga, tygodniki, miesięczniki i roczniki, niezależne wydawnictwa, towarzystwa naukowe, szkoły, do których chodziły dzieci i uniwersytety, które pokończyły, orkiestry dęte, smyczkowe i mieszane, nie mówiąc już o szpitalach i lekarzach. Tak, szpitale i lekarze też się zgłaszają o datki; bez wsparcia, jak piszą w grubych listach (choć bez naklejek i pocztówek, człowiek je i tak otwiera, bo boi się, że to jakiś zaległy rachunek) nie będą mogły leczyć biednych czy prowadzić badań naukowych. Nawet tak przemożnie bogate instytucje, jak uniwersytet Harvarda – dysponujący kapitałem większym niż niejedno państwo – cały czas gorączkowo zbiera pieniądze od innych instytucji, od fundacji, indywidualnych bogaczy i od takich sobie średniaków. Od każdego, bo przecież każdy grosz się przyda.


Liczba zbierających fundusze rośnie. Rośnie też ich specjalizacja. Istnieją organizacje, które skupują i sprzedają listy adresowe ludzi, którzy mogliby coś wpłacić. Powstają coraz to nowe ciała doradcze, które uczą, jak zbierać fundusze, i pomagają w organizowaniu rozmaitych spotkań i bankietów, podczas których zbiera się pieniądze. Duża część działalności fundraisingowej odbywa się w internecie. Niektóre mejle są naprawdę ciekawe. Ostatnio dostałam zawiadomienie z firmy Adventures in Fundrising. Firma doradza m.in., jak wymieniać na pieniądze mile na podróże (zamiast rękodzieła i innych przedmiotów); usiłowałam sprawdzić, na czym te mile polegają, ale trzeba się było zarejestrować, a taki ruch z mojej strony oznaczałby sto nowych fundraisingowych mejli…


Wszystko to jednak małe piwo w porównaniu z naprawdę potrzebującymi, tj. politykami. To oni od wielu dziesiątków lat „odchudzają” państwo, a więc przekierowują do naszej kieszeni prośby coraz liczniejszych organizacji pozarządowych spełniających funkcje kiedyś wykonywane przez organy państwowe. Logika tego odchudzania jest bardzo jasna: jesteś sam, obywatelu, jeśli czegoś potrzebujesz, sam sobie zapłać. Nie płacisz? To znaczy, że nie jest ci to potrzebne. Potrzebne ci, ale nie możesz zapłacić? To znaczy, że cię nie stać. Nie chcesz przecież żyć ponad stan. Do polityki też startują tylko ci, których na to stać. Przeważnie sami sobie płacą za kampanie wyborcze. Państwowy fundusz wyborczy oznacza ograniczenia i kontrole, może lepiej więc z niego nie korzystać. A prawne ograniczenia można obejść dzięki rozmaitym komitetom politycznym (PAC), składaniu razem dotacji (bundling), wsparciu poprzez „niezależne” reklamy czy akcje. Ostatnie dane (z 5 grudnia 2011) wpłat na kampanię republikańskiego kandydata Mitta Romneya (który zresztą jest bilionerem), to całkiem niezła lista firm globalnych. Datki te nie pochodzą bezpośrednio od firm, ale od ich PAC, pracowników, rodzin pracowników itd. Firmy te „tylko” datki zbierają. A oto i lista: Goldman Sachs ($367,200), Credit Suisse Group ($203,750), Morgan Stanley ($199,800), HIG Capital ($186,500), Barclays ($157,750), Kirkland & Ellis ($132,100), Bank of America ($126,500), PriceWaterhouseCoopers ($118,250), EMC Corp ($117,300), JPMorgan Chase & Co ($112,250), The Villages ($97,500), Vivint Inc ($80,750), Marriott International ($79,837), Sullivan & Cromwell ($79,250), Bain Capital ($74,500), UBS AG ($73,750), Wells Fargo ($61,500), Blackstone Group ($59,800), Citigroup Inc ($57,050), Bain & Co ($52,500).  [Za „Mitt Romney Top Contributors”, OpenSecrets.org] Jeszcze ciekawsza jest lista popierających innego republikanina, Rona Paula. Spośród republikanów jest on jedynym izolacjonistą, ostro krytykującym wojenne działania USA w Iraku, Afganistanie i wszędzie indziej. Tymczasem, a być może właśnie dlatego, zdobył ogromne poparcie finansowe amerykańskich żołnierzy i firm produkujących dla wojska. A również amerykańskiego ministerstwa wojny… 

 

Także do nas, szeregowych wyborców, zgłaszają się politycy i proszą o pieniądze. Przysyłają nalepki i zdjęcia z rodziną. Za wsparcie obiecują złote góry. Tak było w poprzednich wyborach z nieoczekiwanym, oryginalnym, przełomowym jak się wydawało kandydatem: Barakiem Husseinem Obamą. Wpłacali na niego studenci i biedacy, zbierano i po pięć dolarów, a nawet trzy. W tych wyborach Obama nie będzie potrzebował drobnych datków. Na prawybory wydawać nie musi, bo demokraci nie wystawili przeciw niemu żadnego kandydata. A i tak ma więcej pieniędzy niż wszyscy kandydaci republikańscy razem wzięci. Oczywiście to się może zmienić, gdy republikanie wyłonią ostatecznego faworyta. Dlatego i dla  Obamy nie skończyła się opera żebracza. Tyle, że nie zwraca się już do studentów czy do średniaków. Pieniądze zbiera tam, gdzie one są – u tych, którzy je mają. I tam składa swoje obietnice.

 

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.