Kraj

Dymek: Sto dni telewizji narodowej

W mediach trwa kolejny miesiąc rewolucji. Kto idzie w górę, a kto w dół?

Po „wrogim przejęciu” mediów publicznych przez Prawo i Sprawiedliwość za pomocą tzw. małej ustawy medialnej nie brakowało głosów oburzenia i sprzeciwu. Pośpiechem i impetem zmiany zainteresowała się większość – nie tylko branżowych – tytułów prasowych; telewidzki i widzowie zagłosowali pilotami, część odpłynęła; co radykalniejsze głosy na platformach społecznościowych mówiły o „mediach reżimowych”, ale były też głosy przeciwne – o mediach „nareszcie polskich”.

Zmiany w mediach publicznych były tematem kilkutysięcznego protestu KOD-u na pl. Powstańców Warszawy – skąd nadaje informacyjny kanał Telewizji Polskiej, TVP Info. Przemawiali znani z mediów komentatorzy i dziennikarze: Tomasz Lis, Ewa Wanat, Sławomir Sierakowski, Paulina Młynarska. Treść przemówień była zróżnicowana: od oskarżeń większości rządzącej o dyktatorskie zapędy, przed podkreślanie naruszenia standardów i brak poszanowania dla prawa, po dalej problematyczną kwestię niedoreprezentowania kobiet na publicznych antenach.

Nowej obsady bronią oczywiście politycy PiS i media bliskie rządowi. Głosy podzieliły się dość przewidywalny sposób, ale intensywność krytyki jest (tak jak i wprowadzanych zmian) największa od przynajmniej dekady. Głos zabierają także międzynarodowe zrzeszenia i stowarzyszenia dziennikarskie, jak wtedy, kiedy przy mediach majstrowali Orban czy Berlusconi. Zmiana – nawet jeśli niektórzy argumentują, że to „dobra zmiana” – ma rewolucyjny charakter.

W najnowszej odsłonie cyklicznego konfliktu o charakter Polskiego Radia i Telewizji znów obecne są trzy podstawowe problemy. Po pierwsze, upolitycznienie mediów i związany z nim nepotyzm. Po drugie, ideologiczny skręt i wykluczenie głosów innych niż zbieżne z linią partii rządzącej. Po trzecie, sytuacja pracownic i pracowników TVP, zwolnień i posunięć dyscyplinarnych.

Przy okazji stu dni „nowej” telewizji publicznej (a zwłaszcza TVP Info jako głównego kanału informacyjnego) można dokonać pierwszej diagnozy, jak dotkliwe są to problemy, skąd się wzięły i czy trwające zmiany mogą je pogłębić?

Telewizja jeszcze bardziej partyjna

Zmieniające się u steru władzy partie w podejściu do mediów różniły się tym, jak długo były w stanie powściągnąć apetyt na zaludnienie Woronicza swoimi dziennikarzami, wydawczyniami programów, prezenterkami, dyrektorami i prezesami oraz tym, jak długo i skutecznie udawało się im pozorować niezainteresowanie czy niechęć do ingerowania w treść ukazującej się na antenie TVP publicystyki i informacji. Ujmując to inaczej: nie było ekipy, która nie chciała bezpośredniego wpływu na telewizję, ale bywały w przeszłości próby zmian rozgrywane bez tryumfalizmu, wzięcia mediów na własność i żenującej pompy „odbicia” anteny, bez czołobitnych pokazów lojalności przez aspirujących do posad i rewanżyzmu względem zwalnianych. W dzisiejszej sytuacji nie tylko obserwujemy wszystko to co powyżej, ale również w nowych okolicznościach, które zmieniają percepcję zmian w TVP – przez co wydają się jeszcze bardziej karykaturalne, niż są w rzeczywistości.

Robert Kowalski opowiadał, jak kilkanaście lat temu pożegnał się z telewizją publiczną po odmowie emitowania kolejnych relacji z gospodarskich wizyt – „pieczenia baranów”, jak sam to nazwał – polityków Polskiego Stronnictwa Ludowego, które wówczas dostało do rad nadzorczych i dyrektorskim gabinetów. Czy sugerowanie – a nawet wręcz suflowanie – dziennikarzom materiałów o niewielkiej wartości informacyjnej, za to cennych z punktu widzenia partyjnej agitacji, to próba wpływania na zawartość programu i jednocześnie polityczny nacisk na dziennikarzy i dziennikarki? Niewątpliwie, i to dość prymitywny.

Dlaczego zatem anegdota Kowalskiego służy dziś jako barwna ilustracja dość siermiężnych zabiegów z przeszłości, ale to Prawo i Sprawiedliwość uchodzi za faktycznego kata telewizyjnej niezależności?

Pierwsza rzecz to zerwanie z dotychczas obowiązującą, konwencjonalną zasadą partyjnego parytetu w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji i zarządzania poprzez wybranych na zasadach analogicznego parytetu prezesów i dyrektorów. Brzmi skomplikowanie? Chodzi o to, że partia – dajmy na to PSL z anegdoty Kowalskiego – mogła liczyć na „swoje” miejsca w KRRiT i „swoich” dyrektorów, nawet gdy nie rządziła. Obowiązywała kadencyjność, a wielu osobom z politycznej nominacji pozwalano doczekać końca umowy na stołku. I partie (w liczbie mnogiej) starały się pilnować swoich interesów – dziś partie zastępuje jedna partia, i jest to nowość. Jeszcze dziesięć lat temu – gdy PiS po raz pierwszy wchodził do mediów – ten konwencjonalny kompromis, jakkolwiek zgniły, uznawano za obowiązujący. Prezeską KRRiT została – po bojach z Trybunałem Konstytucyjnym – Elżbieta Kruk z PiS-u, w telewizji odnalazł się też niesławny dyrektor Farfał z LPR-u, swoje wzięła Samoobrona. Zresztą, PO „odziedziczyło” część nominatów jeszcze z czasów SLD. To działa w obie strony, bo gdy Platforma była już właściwie pewna porażki w wyborach 2015 roku, na odchodnym zatrudniano jeszcze na dobrych posadach ludzi, o których nawet telewizyjni stażyści mówili że są „od Siemoniaka” albo „od Kosiniaka”. Na pewno nie gwarantowało to obiektywności i niezależności, ale ten partyjny mechanizm – przy wszystkich swoich patologiach i klientelizmie, który generował – gwarantował, że telewizja przy swoim upolitycznieniu nie stanie się wprost własnością rządu. PiS zerwało z mechanizmem patologicznym, ale wcale nie widać, aby miał go zastąpić lepszym.

Dziś TVP znajduje się pod kuratelą Ministerstwa Skarbu, to on powołuje i odwołuje prezesów – więc stało się też rządową własnością w sensie dosłownym. System hybrydowy – ani do końca rządowa, ani do końca niezależna – został porzucony. Wygrał model telewizji rządu, co powoduje, że żadna z partii opozycji nie znajduje umiaru w krytyce – wiedzą, że w TVP nie mają nic „swojego”, czego warto by było pilnować. I dotyczy to wszystkich partii: PO i PSL zostaną z TVP wyrugowane, SLD nie ma już w parlamencie, Nowoczesna i Razem jako nowe partie nigdy nie uczestniczyły przy podziale medialnego tortu. Grający rolę cichego koalicjanta Kukiz’15 jako jedyne ugrupowanie może liczyć na to, że jeszcze będzie miał na telewizję wpływ – stąd rzucane niby mimochodem przez przedstawicieli tej partii uwagi o tym, aby przy zmianie Konstytucji lub pierwszej możliwej okazji wprowadzić mechanizmy dające opozycji reprezentację w różnych wybieralnych ciałach – jak na przykład KRRiT, rady nadzorcze czy programowe.

Nowe kadry pilnie poszukiwane

Powód drugi, dla którego dzisiejsze przejęcie i upartyjnienie telewizji tak szokuje, to jego ostentacyjność. Jeszcze parę lat temu można było założyć, że spora część pojawiających się w telewizji osób będzie dla szerokiego grona anonimowa, a śledzenie każdej dyrektorskiej nominacji to rzecz zdecydowanie zbyt nudna dla ogólnokrajowej publiki. Tyle że do polityki – a już z pewnością po prawej stronie – zaangażowano z całą mocą media społecznościowe. Każdy trzydziestolatek, który dzięki PiS może się sprawdzić w fotelu dyrektora, zdąży to obwieścić followersom i jednocześnie stworzyć okazję krytykom obecnej władzy do lustracji wszystkich głupich i skandalicznych wypowiedzi z przeszłości, które przechował Twitter i Facebook. „Co oni wypisywali na twitterze” – to już właściwie stała dziennikarska formułka przywoływana przy każdej kolejnej kontrowersyjnej nominacji. Parafrazując Gila Scotta-Herona: This Revolution Is Televised.

Zdecydowanie trudniej dziś ukryć towarzyskie, rodzinne i polityczne powiązania, które są tłem wielu nominacji w TVP. Nie żeby ich kiedyś nie było – ale nigdy nie było tak łatwo się o nich dowiedzieć.

Nepotyzm i kolesiostwo, o które podejrzewano niegdyś władzę przy nominacjach, należało udowodnić – dziś po prostu same biją w oczy. To budzi zrozumiałe zgorszenie – bo nawet jeśli standardów trzymano się dość umownie, to jednak wymagano, aby przez hipokryzję składać hołd cnocie. Dziś nikt nie udaje, że nie ma bezpośredniego związku między przychylną PiS-owi publicystyką i funkcjonowaniem w jego orbicie a awansami. Spoza wąskiego kręgu publicystów „Wsieci”, „Gazety Polskiej” czy „TV Republika” można zliczyć kilka nazwisk, które trafiły do telewizji z rekomendacją inną niż gwarancja partyjnej lojalności: Marcin Pieńkowski, wcześniej dobrze poinformowany i drobiazgowy dziennikarz „Rzeczpospolitej”, hipster z „Frondy Lux” Mateusz Matyszkowicz czy daleki od radykalizmu Piotr Gursztyn, który wcześniej prowadził choćby program w „RDC” za czasów Ewy Wanat.

Nawet jednak, jeśli odkreślić całe tło, które zmienia postrzeganie dzisiejszego TVP – i wyostrza ocenę – to należy powiedzieć, że zmiany personalne dokonywane przez PiS są po prostu bardziej głębokie i gwałtowne niż te poprzedników. Śmieszno-strasznym dowodem na to, jak szybko wyczerpały się rezerwy kadrowe i możliwość dalszej rotacji personelu, jest fakt, że z TVP Info cały czas żegnają się kolejni pracownicy, a prawicowe kanały, które PiS potraktowało jak ławkę rezerwowych do awansów w TVP i Polskim Radio, już teraz w trybie pilnym poszukują poprzez ogłoszenia prasowe ludzi na stanowiska od oświetleniowca po wydawcę programu. Zwolnienia i przenosiny do innych redakcji, co jest jednak precedensem, obejmują zarówno telewizyjnych seniorów i seniorki, których poprzednie zmiany oszczędziły, jak i ludzi, których nie widać na antenie – o swoją pracę obawiają się także na przykład pracownice księgowości. Na razie odroczono w czasie dalsze „rozmowy z kierownictwem”, ale niewykluczone, że pomysł obligatoryjnych, indywidualnych rozmów z pracownikami w celu oceny ich dalszej przydatności dla „dobrej zmiany” w TVP jeszcze wróci.

TVPrawica

Czy ideowe wahadło w TVP rzeczywiście bujało się z prawa na lewo w zależności od tego, kto był prezesem? I jeśli tak, jak głęboki był to wychył? I czy rzeczywiście, jak deklarują bliscy PiS-owi publicyści i politycy partii rządzącej, „głosy patriotyczne” były wykluczane?

Weźmy pod uwagę zmiany zarówno w obsadzie programów publicystycznych, jak i zapraszanych do nich gości. Żaden lewicowy publicysta czy publicystka w ostatniej dekadzie nie dostał swojego programu polityczno-społecznego w TVP – mimo rozpowszechnionego wśród, szczególnie tych młodszych, prawicowo zorientowanych obserwatorów, poglądu, że telewizja była wyjątkowo „zalewaczona” (nie mówiąc już o tym, że nikt nie dostał kontroli nad całym pasmem czy redakcją – co dzieje się dziś w drugą stronę). Maksimum dostępu do anteny, jaki miała lewica – weźmy za probierz osoby ze środowiska „Krytyki Politycznej”, rzekomo o wielkich wpływach i posłuchu u poprzednich ekip rządzących telewizją – to kilka programów przez kilkanaście lat. Kinga Dunin, Sławomir Sierakowski i Kazimiera Szczuka prowadzili „Dobre książki” i „Lepsze książki”, dużo później, bo w 2015 roku emitowany był prowadzony przez Macieja Gdulę, Michała Kozłowskiego i Magdalenę Szcześniak program „Nie wierzę politykom”, w regionalnej rozgłośni polskiego radia, RDC do czasu dobrej zmiany emitowana była „Niedziela Filozofów” Tomasza Stawiszyńskiego. To standardowy pakiet: kultura, społeczeństwo i filozofia – z dala jednak od kreowania codziennego przekazu „Wiadomości” czy sterowania telewizyjną publicystyką.

Lewicowego charakteru – w sensie wartości, poglądu na gospodarkę czy świeckość państwa – informacje w telewizji nie miały nigdy, nawet jeśli momentami telewizja jawnie sprzyjała SLD i prezydentowi Kwaśniewskiemu. To jednak nie to samo.

Prowadzący kojarzeni z prawicą, liberalnym centrum i lewicą byli w różnych proporcjach obecni w każdej kolejnej telewizyjnej ekipie. Niektórzy, jak Jan Pospieszalski, przychodzili i odchodzili, lepiej lub gorzej odnajdując się w zmiennych okolicznościach. Pospieszalski „przetrwał” cztery lata rządów PO, choć zniknął z anteny szybko po tym, jak PO mogła już mianować prezesa. Inni, jak Piotr Kraśko, byli obecni bez większych kontrowersji przez prawie cała historię III RP, zaś kadencja budzącego być może największe emocje (ale i zdobywającego olbrzymią widownię) Tomasza Lisa właściwie pokrywała się z rządami PO. Po pierwszych miesiącach urzędowania prezesa Jacka Kurskiego z anten telewizji znikną jednak właściwie wszyscy prowadzący choćby luźno kojarzeni z lewicą. Być może anegdotycznym, ale wiele mówiącym, świadectwem tego przechylenia jest to, że w nowym programie „Cztery Strony” TVP Info – podzielonym między czterech, w założeniu różnorodnych światopoglądowo prowadzących – lewicę reprezentuje Marcin Celiński z liberalnego i wolnorynkowego „Liberte”. Określenie go jako dziennikarza „lewicowego pisma” przy okazji zapowiedzi nowego programu – co zrobił między innymi portal Wirtualnemedia.pl – bawi nawet jego samego. Co ciekawe, „Cztery Strony” wchodzą na antenie w miejsce zwolnione przez Jana Ordyńskiego. Więcej śladów choćby markowanego pluralizmu brak.

O ile jednak dobór prowadzących daje się jeszcze potraktować jako następny odcinek znanych już praktyk, to szturmu prawicowych publicystów – również traktowanego jako „odbicie” TVP po latach „uciszania” i „wykluczania” – na każdy możliwy program ukryć się po prostu nie da. Niektórzy komentują dosłownie każdy temat – od polityki zagranicznej, przez gospodarkę po kulturę i historię. Inni, co wcześniej się nie zdarzało, bo TVP stara się gości rotować, występują co drugi dzień, codziennie lub – w skrajnym przypadku – dwa razy w ciągu dnia plus jeszcze udzielają wypowiedzi do „Wiadomości”. Częściowo tylko da się wytłumaczyć to niechęcią do goszczenia w „nowej” telewizji na przykład dziennikarzy „Gazety Wyborczej” – przypomnijmy bojkot zapowiedziany (i ogłoszony na antenie) przez Wojciecha Czuchnowskiego. Miejsca dla przedstawicielek i przedstawicieli nurtów innych niż prawica po prostu jest coraz mniej – w większości nowych programów obecność jednego (na troje, czworo lub pięcioro) gościa lub gościni spoza twardej prawicy uznawana jest za wystarczającą do spełnienia ustawowego kryterium pluralizmu.

Jak powiedziała mi jedna z wydawczyń odpowiadających za publicystykę na antenie TVP: „Za lewicę robi u nas teraz «Rzeczpospolita»”.

Grono dyskutujących poszerzyło się zdecydowanie, ale w jedną stronę. Na przykład o reprezentantów Ruchu Narodowego – „ekspertem” komentującym jeden z marszy KOD-u był Marian Kowalski, który w wywiadach określa KOD mianem „ubecji” i wyraża nadzieje, że demonstrujących rozgoni policja. Przy ostatniej zaś manifestacji KOD-u dyrekcji bardzo zależało, żeby jedynym komentującym był Rafał Ziemkiewicz, bo – jak tłumaczył portalowi wpolityce dyrektor Telewizyjnej Agencji Informacyjnej, Mariusz Pilis :

KOD jest stroną konfliktu w Polsce, jednoznacznie komentuje obecne rządy i jednoznacznie wspiera opozycję. Nie ma powodu, by jeszcze w studiu wspierał ktoś ich postulaty. Odwrotnie – rzetelność dziennikarska nakazuje, że skoro tam rząd bez litości krytykują, do czego mają prawo, to my musimy dorzucić do tego inny punkt widzenia. Rafał Ziemkiewicz miał spełnić tę rolę. Widz otrzymałby w ten sposób pluralistyczny i pełny przekaz.

Nie przybyło reprezentantów szerokiej lewicy – „Nowego Obywatela”, „Kontaktu”, „Bez Dogmatu”, osób bliskich Razem. Z innych środowisk, co można traktować jako próbę złagodzenia rażących dysproporcji, w TVP Info stosunkowo częściej goszczą redaktorzy portalu 300polityka czy „Kultury Liberalnej” – które zapewniają okazjonalną obecność politycznego centrum w debacie prowadzonej na antenie publicznej telewizji. Szerokiego centrum było w telewizji zazwyczaj całkiem sporo, ale i tu wyznaczane są granice. W jednym z bardziej prestiżowych i profesjonalnie przygotowanych programów publicystycznych TVP w weekend, by nie zaistniała przewaga publicystów centrowych lub liberalnych nad prawicą… dostawiono krzesło i zamiast tradycyjnej trójki w programie dyskutowało czterech rozmówców. Na nowe miejsce zaproszono publicystę, który jeszcze tego samego dnia dostał pracę w TVP.

Oddanie właściwie całej dyskusji prawicy dokonuje się otwarcie i bez poczucia wstydu – ale stojąca za nim legenda rzekomego „wykluczania głosów patriotycznych” jest po prostu fałszywa.

Z prawicy – posłużę się tu tylko trzema nazwiskami rozmówców, z którymi sam się w TVP Info, za czasów prezesa nominowanego przez koalicję PO-PSL, spotkałem – pojawiali się i Łukasz Warzecha, i Samuel Pereira, i bracia Karnowscy. Komentatorami na publicznych antenach byli redaktorzy „Wsieci”, „Uważam Rze” i „Frondy”. Mateusz Matyszkowicz był gościem mediów publicznych, zanim został szefem jednego z kanałów – trudno mówić tu o wykluczeniu czy sekowaniu. „Czarna lista” – o ile istnieje w jakikolwiek sformalizowany sposób – konstruowana była w oparciu jedynie o to, czy goście przychodzili na antenę trzeźwi, potrafili wyraźnie mówić do mikrofonu i powstrzymywali się od obrażania współrozmówców. Nie było też zazwyczaj problemu z tym, aby w jednym programie – nawet za rządów PO – komentatorami jakiegoś wydarzenia lub gośćmi byli i Piotr Semka, i Rafał Ziemkiewicz, i Antoni Dudek. Nieznane pozostają próby imiennego blokowania konkretnych gości w oparciu o ich afiliacje z tą czy inną redakcją. Choć na przykład kojarzeni z prawicą piosenkarze estradowi, których lata największej kariery przypadły na schyłkowy PRL, udzielają wywiadów, w którzy twierdzą, że sam fakt braku ich piosenek na antenie TVP dziś jest tożsamy z cenzurą.

Michał Rachoń po objęciu funkcji szefa publicystyki w telewizji mówił w wywiadzie dla portalu Wirtualnemedia.pl:

Od swoich pracowników wymagam, żeby każdy program dawał możliwość poznania przekroju różnych poglądów zarówno konserwatywnych, reprezentowanych np. przez „Do Rzeczy”, „W Sieci” „Gazetę Polską”, jak i liberalnych, których przedstawicielami są „Gazeta Wyborcza”, „Polityka” czy „Krytyka Polityczna”. Te środowiska mają prawo się ścierać, a obowiązkiem telewizji publicznej jest zapewnienie platformy do tego sporu.

Realizację tej obietnicy poddają pod wątpliwość sami pracownicy, zarówno w rozmowach nieoficjalnych, jak i w wypowiedziach dla prasy. Zbierający głosy byłych dziennikarzy i dziennikarek telewizji materiał „Kamerę z dachu zdjąć” w „Gazecie Wyborczej” cytuje:

Z tymi gośćmi od początku był problem. Nie wolno zapraszać Dziewulskiego, bo komuch, Sierakowskiego, bo… tu padło wulgarne słowo. Kazali Targalskiego, Kanię, Gmyza, Ziemkiewicza, Semkę, braci Karnowskich.

Intuicja – ale i informacje, które uzyskałem od aktualnych i byłych pracowników TVP potwierdzają te obawy: za prezesury Kurskiego wybranych osób po prostu zapraszać się nie będzie w oparciu o osobiste antypatie szefów redakcji. Albo inaczej: grono osób uznawanych za „dopuszczalne” się zmniejszy. Choć dla aktualnej i przyszłej nieobecności głosów innych niż prawicowe jest też poboczne, dość prozaiczne wytłumaczenie: po kolejnych zwolnieniach wydawczyń z publicznych kanałów, ich miejsce zajmie najprawdopodobniej kolejny nabór z TV Republika i absolwenci szkoły Rydzyka. A ci, po prostu, nie mają w swoich notesach numerów do zbyt wielu komentatorów o innych niż własne poglądach, ani rozeznania w polskiej debacie – kolejne tygodnie dostarczają zresztą coraz to zabawniejszych dowodów na brak kompetencji ludzi odpowiedzialnych za dobór gości.

Nie są więc w ostatnich miesiącach rzadkością telefony o treści „Czy może mi dać pan numer do lewicy” lub poszukiwanie potencjalnych rozmówców poprzez wpisywanie w Google hasła „Krytyka Polityczna redaktor”.

Zaproszenie na dywanik

Najgorzej jednak przedstawia się sytuacja w samym zespole. Proces jeszcze szybszej wymiany kadr może dodatkowo sprawia, że nowi i dotychczasowi pracownicy TVP często nie znajdują wspólnego języka, i mają radykalnie odmienne cele. Wśród podstawowych problemów jest ten, że nowi idą w realizacji propagandowych celów nawet dalej, niż wymaga tego od nich kierownictwo. Mówi się, że najbardziej zapalne materiały przygotowywane do serwisów informacyjnych mają taki charakter nie z powodu odgórnych wytycznych, ale z chęci wykazania się reporterów – wcześniejszych pracowników mediów prawicy. Bardziej doświadczeni koledzy mówią na zespół nowych „Wiadomości” po prostu… „TV Republika”. Ci robią więcej i idą dalej – bo widzą w swoim radykalizmie szansę na zaistnienie i dłuższe zagrzanie miejsca pracy pod rządami Kurskiego, a przy okazji wyrobienie sobie nazwiska. To z kolei budzi irytację tych, którzy w ostatnich latach – a przede wszystkim za kadencji prezesa Brauna – zostali albo wypchnięci na samozatrudnienie, albo zatrudnieni na umowach czasowych, bo wiedzą, że są w stanie zagwarantować sobie pewniejszych losów. Ani profesjonalizm, ani nawet skłonność do wyjścia naprzeciw domniemanym oczekiwaniom Kurskiego nie jest dla nich dostępną drogą. „Dywaniki” u szefów stały się nową, upokarzającą metodą utrzymywania dyscypliny. Najmniej chronieni są właśnie ci, których twarzy nie znają widzowie i nie zapewnili sobie w porę miękkiego lądowania.

O swoim zwolnieniu z „Panoramy” Radosław Masłowski pisał:

Był wrzask, groźby i epitety, a po kilkuminutowej tyradzie pełnej bluzgów i przekleństw (co wprawiło w zdumienie mimowolnych świadków tej rozmowy) usłyszałem, że powodem mojego zwolnienia jest fakt, że spóźniłem się z materiałem na emisję. Oczywiście materiał tego dnia ukazał się o czasie .

Jak zostali zwolnieni, opisywali w oświadczeniu też Agata Całkowska, Łukasz Kowalski i Patryk Zalasiński:

W obecności zespołu TVP Info 15 marca 2016 dyrektor TAI Mariusz Pilis oświadczył: „To jest ostatni moment, kiedy w Telewizji Publicznej panuje jakakolwiek ideologia. Tych, którzy zamierzają poprzeć te panie, zapraszam do sekretariatu”.

Atmosfera jest więc fatalna, a dotychczasowym pracownikom (zarówno antenowym, jak i nie) pozostaje albo zaciśnięcie zębów, albo rezygnacja.

To, że niektórzy postanowili jednak zostać, prowadzi do ostrych konfliktów personalnych – mówi się, że dawni znajomi, którzy się z publiczną telewizją pożegnali, po prostu przestali odbierać telefony od Krzysztofa Ziemca, który dalej prowadzi serwisy informacyjne, choć już nie z Pałacem Kultury, a Zamkiem Królewskim w tle. Na całej tej sytuacji mogą oczywiście zyskać tylko kanały prywatne, które już chętnie przejmują co lepszych reporterów, dziennikarki i prowadzących.

Co z tego zostanie po kolejnych kilku latach? Przy tym tempie zmian albo najsilniejsza i najchętniej oglądana telewizja radykalnej prawicy w Europie – FOX news za pieniądze podatników – albo masa upadłościowa, której nie będzie nawet komu kupić w ramach prywatyzacji, którą przeprowadzi kolejna władza. Wiadomo na pewno, że telewizji będzie dalej do miana „publicznej” – złośliwi mówią, że „P” w tytule zostanie, ale oznaczać będzie już tylko PiS. Odpowiedzialność za tę sytuację spada oczywiście nie tylko na bieżącą władzę, przeciwnie – wiele patologii rosło przez lata – ale owoce dobrej zmiany w TVP są na razie mizerne – nie zyskują na niej widzowie, a sytuacja pracownicza się tylko pogarsza, z wyjątkiem kilku szczęśliwców. Rewolucja przecież dopiero się zaczyna…

 

**Dziennik Opinii nr 106/2016 (1256)

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Dymek
Jakub Dymek
publicysta, komentator polityczny
Kulturoznawca, dziennikarz, publicysta. Absolwent MISH na Uniwersytecie Wrocławskim, studiował Gender Studies w IBL PAN i nauki polityczne na Uniwersytecie Północnej Karoliny w USA. Publikował m.in w magazynie "Dissent", "Rzeczpospolitej", "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Tygodniku Powszechnym", Dwutygodniku, gazecie.pl. Za publikacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press. 27 listopada 2017 r. Krytyka Polityczna zawiesiła z nim współpracę.
Zamknij