Może to idealizm, a może cynizm, ale jestem przekonany, że sprawne państwo dysponuje narzędziami pozwalającymi na powstrzymanie Konfederacji Korony Polskiej czy blokowanie takich materiałów, jak głośny reportaż Marii Wiernikowskiej z Rosji dla Kanału Zero; że nie trzeba wiele, by skutecznie sparaliżować struktury, uderzyć w przywództwo, uniemożliwić działalność szkodliwą z punktu widzenia państwa prawa i polityki międzynarodowej.
A może powinienem napisać: byłem przekonany, dopóki nie usłyszałem, że Adam Andruszkiewicz został wezwany przez prokuraturę w sprawie fałszowania podpisów przed wyborami w 2014 roku.
Fałszowanie nielegalne? To nowość
Przypadek Andruszkiewicza przypomina, że o prawie i sprawiedliwości w przypadku fałszowania podpisów możemy tylko pomarzyć. Przypomina, bo przecież już przed wyborami prezydenckimi w 2020 roku dowiedzieliśmy się, jak to popieranemu przez Ruch Narodowy w początkach kariery politycznej Markowi Jakubiakowi w zebraniu podpisów w 2020 roku pomagali Ukraińcy i Białorusini. Co więcej, jeszcze przed ubiegłorocznymi wyborami do tematu wrócił Goniec.pl, który pisał, że śladami Jakubiaka poszedł wykładowca z SGH Artur Bartoszewicz, któremu sfałszowane podpisy przed wyborami w 2025 roku miał dostarczyć ten sam usługodawca.
Ktoś powie: skoro dzięki fałszowaniu podpisów nawet tacy nacjopopuliści jak Jakubiak, wielokrotnie szczujący na Ukraińców m.in. w oparciu o fałszywe informacje, albo popierający Karola Nawrockiego w drugiej turze – jak Bartoszewicz – doceniają pracę migrantów ze wschodu, to w czym problem? Komu to przeszkadza, że jacyś anonimowi ekonomiści z dnia na dzień wyrastają na gadające głowy pierwszego sortu, i za ułamek ceny wraz z podpisami kupują sobie medialne „pokrycie” warte z pewnością kilkaset razy więcej? Rzecz w tym, że o ile nie chcę psuć zabawy fanatykom Jakubiaka i Bartoszewicza, to jednak przypadek Andruszkiewicza jest zgoła inny.
Ten młody endecki urzędnik państwowy w 2014 roku był jeszcze w polityce nikim – dość powiedzieć, że według doniesień prasowych prokuratura w Lublinie chce postawić Andruszkiewiczowi zarzut fałszowania podpisów w wyborach do sejmiku podlaskiego. Z całym szacunkiem dla Podlasia, ale błyskotliwa kariera Andruszkiewicza w ciągu kolejnej dekady po „felernych” wyborach sprawia, że równie dobrze prezydentowi można by zarzucić fałszowanie podpisów w wyborach do trójki klasowej pod koniec lat 90. Bo, przypomnijmy, mówimy o polityku, który po 2014 roku był posłem, wiceministrem cyfryzacji, sekretarzem stanu w kancelarii premiera, a dziś pełni funkcję zastępcy szefa kancelarii prezydenta.
Skoro przez 12 lat Andruszkiewiczowi nie spadł włos z głowy, to trudno się spodziewać, by sprawa miała finał przed 2050 rokiem – i może wtedy prokuratura znajdzie czas, by przyjrzeć się niebezpiecznym związkom Grzegorza Brauna. Przecież jeśli obecni europosłowie Maciej Wąsik i Mariusz Kamiński przeczekali parę dni policyjnych poszukiwań w Pałacu Prezydenckim, by po dwóch tygodniach od zatrzymania zostać ułaskawionymi przez prezydenta Dudę, to Andruszkiewiczowi będzie jeszcze łatwiej, bo do potencjalnego dobrodzieja nie będzie musiał dobijać się tylnymi drzwiami i pod osłoną nocy, wzbudzając powszechne zainteresowanie – w Pałacu Prezydenckim pracuje przecież na co dzień.
Więcej na temat tego, jak ukręcano sprawę Andruszkiewicza, można dowiedzieć się z bardzo ciekawego materiału „Superwizjera TVN”, przypomnianego niedawno, choć wyemitowanego już 7 lat temu, w lutym 2019 roku. Wymiar sprawiedliwości pod rządami poszukiwanego dziś listem gończym Zbigniewa Z. ocenił, że Andruszkiewicz za ten występ zasłużył na kolejne awanse w państwowych strukturach – sprawdźcie, czy podzielacie ten entuzjazm.
Obiektywny autorytarny zamordyzm
„Agora zwalnia 190 pracowników prasy i mediów internetowych. Władysław Kosiniak-Kamysz ogłasza przyznanie 118 mld zł na obronność. Wbrew pozorom te dwie sprawy się łączą” – pisała w lutym 2024 roku Katarzyna Przyborska. I choć w międzyczasie coraz więcej słyszeliśmy o rosnących wydatkach na obronność, to Agora nadal zwalnia, a państwo jest bezradne wobec lądujących na aucie, zwalnianych dziennikarzy, których przydatność w realiach wojny informacyjnej i jej docenienie – lub związane z tym zagrożenia – nadal z punktu widzenia odporności państwa pozostają pieśnią przyszłości.
Wspominam o tym z powodu reportażu Wiernikowskiej, który w weekend był wiodącym tematem dyskusji w mediach społecznościowych. Dziennikarka zaczęła swoje tournée od obwodu kaliningradzkiego, gdzie spotkała się z wracającymi z Ukrainy żołnierzami. Pokazała miejsce, z którego rakiety dolecą do Warszawy w 5 minut i zobaczyła, że jeszcze nie każde miejsce w Rosji przypomina film Ładunek 200. Materiał cieplej niż w Polsce został przyjęty w samej Rosji, gdzie znaną z proputinowskich sympatii Wiernikowską doceniono za umiejętność chodzenia pod prąd, a szef Kanału Zero, dla którego reportaż został przygotowany, zapowiada, że „zaraz się rozkręci” i w kolejnych odcinkach zobaczymy prawdziwą Rosję „z gówna i patyków”.
Wbrew zapowiedziom, Wiernikowska nie zrobiła „tego, czego jeszcze nikt” – zaledwie kilka tygodni temu do Rosji pojechał Tomasz Jakimiuk z bloga „Jak to daleko”. Kto widział Jakimiuka przekraczającego granicę z Estonią, długo dochodzącego do siebie po kontakcie ze służbami granicznymi i mówiącego „nie tak miało być”, z pewnością ucieszył się, że Wiernikowskiej nawet bez wizy dziennikarskiej udało się zrobić obiektywny materiał w kraju zamordystycznego autorytaryzmu, bez problemów ze strony rosyjskich służb.
Maria Wiernikowska jest ciekawym punktem wyjścia do dyskusji o odporności państwa i roli mediów w jej obrębie. Dziennikarka rozstała się z TVP w 2005 roku i pozostawała bezrobotna, od czasu do czasu realizując m.in. dokumenty w Białorusi. W 2024 roku wróciła do zawodu, realizując najpierw materiały z Izraela i Strefy Gazy, by dziś wrócić do kraju „jedynego takiego męża stanu we współczesnej historii”, o którym – jak pokazuje jej historia wpisów w mediach społecznościowych – ma jak najlepsze zdanie.
I choć ta dwudziestoletnia wyrwa w życiorysie połączona z faktem sympatyzowania z jawnie wrogim Polsce krajem może budzić niepokój, jestem pewien, że wszelkie sugestie „agenturalności” Wiernikowskiej są przestrzelone. Podkreślają to zresztą osoby znające Wiernikowską – kiepska sytuacja finansowa w żaden sposób nie wpłynęła na ukształtowanie jej obecnych poglądów. Kanał Zero słynie zresztą ze wzorcowych relacji z urzędnikami prezydenta Karola Nawrockiego, zatem gdyby było coś na rzeczy, zostałby ostrzeżony przez takich znawców rosyjskich wpływów jak Sławomir Cenckiewicz.
Ostatni na świecie dziennikarze o jawnie lewicowej orientacji pamiętają jednak ponadczasową lekcję Karola Marksa o bycie określającym świadomość. Dla wielu z nas wybór „lewicowego” światopoglądu wiąże się z prostym faktem, że nie zarobiliśmy na dziennikarstwie kokosów i bozia jedna wie, w jakim rynsztoku skończymy za kilka lat. Nie każdy dostając 800 zł miesięcznie, mając kredyt i dzieci na wychowaniu, będzie umieć zachować się równie bohatersko jak niezłomna Wiernikowska. Kilka dni po tym, jak w MON zatrzymano agenta białoruskiego wywiadu, a mieszkańca Hrubieszowa skazano za pomoc w planowaniu zamachu na Wołodymyra Zełeńskiego, warto zacząć choćby w tempie polskiej prokuratury orientować się, gdzie system jest szczególnie podatny na przeciekanie, zwłaszcza że w mediach znów zwolnienia grupowe.
Koalicja możnych
Pisałem niedawno o tym, że decyzję o udzieleniu platformy Janowi Lanckorońskiemu-Lubomirskiemu w „Gazecie Wyborczej” uważam za niezbyt mądrą, z tym większą przyjemnością przeczytałem tekst Piotra Głuchowskiego, który wykazał, że akurat temu ananasowi wystarczy dać mówić. Wyłaniająca się z artykułu postać księcia budzi niemal litość, autorowi udaje się jednak uniknąć nadmiaru współczucia dla kolorowych fantazji Lubomirskiego. Dowiadujemy się też, że ceremonię zaślubin naszego milusińskiego z Dominiką Kulczyk prowadził Juliusz Paetz – losy pedofilów, arystokracji, elity pieniądza i wpływowych przedstawicieli kleru przecinają się zaskakująco często i by to stwierdzić, nie potrzebujemy żadnych Jeffreyów Epsteinów. Polacy faktycznie nie gęsi.






























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.