„No i co, byli, czy nie…?” – to pytanie zadawano mi chyba najczęściej, kiedy mówiłam, że piszę o Kamieniach na szaniec. Tylko niekiedy pytano naiwnie, w oczekiwaniu, że udzielę jednoznacznej, twierdzącej albo przeczącej, odpowiedzi, że znajdę jakieś bomby w archiwach albo że dysponuję tajemną wiedzą, która pozwala na wykorzystanie konkretnych kryteriów do rozstrzygnięcia tej kwestii (długość grzywki, sposób mrużenia oczu, krzywizna uśmiechu, a może tajny szyfr, w którym „sten” oznacza sami wiecie co, a „powstanie” – to już w ogóle…).
W większości przypadków było to jednak pytanie podchwytliwe: jak sobie poradzę z tym skomplikowanym tematem? Czy nie wpadnę w pułapkę anachronizmu (to chyba najcięższy możliwy zarzut dla historyka kultury) lub prezentyzmu, czyli rzutowania dzisiejszych pojęć (jak na przykład „homoseksualność”) na przeszłą rzeczywistość, w której one albo nie istniały, albo nie były powszechnie używane, co wpływało na sposób myślenia i działania ówczesnych ludzi.
Czy uwzględnię odpowiednie konteksty historyczne i obyczajowe, przemiany języka i konwencji stylistycznych? A może z brawurą podniosę tęczowy sztandar i zatknę go na narodowym pomniku? Czy raczej sprytnie ucieknę od tego pytania i będę wywodzić, że jest ono źle postawione, że istnieje na nie co najmniej kilkanaście różnych, złożonych odpowiedzi, z których każda musi zawierać w sobie jakieś „ale”? A może w ogóle stchórzę przed tym wyzwaniem i nie podejmę tematu?
Nie zadawano by mi jednak tego pytania, gdyby nie to, że kilka lat wcześniej wybuchł pewien skandal, który na chwilę wydobył Kamienie na szaniec z bezpiecznej formaliny szkolnej ramoty. 2 kwietnia 2013 roku ukazała się depesza Polskiej Agencji Prasowej zawierająca wypowiedzi doktor Elżbiety Janickiej z Instytutu Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. Nie do końca był to wywiad, jak później pisano, a jedynie kilka akapitów w mowie pozornie zależnej, którym ręka redaktorki nadała tytuł: Dr Elżbieta Janicka z PAN: „Kamienie na szaniec”, czyli mit domaga się analizy. Postacie zastygłe w dyskursie homofobicznym.
Następnego dnia rozpętała się burza. „Prymitywne próby kradzieży bohaterów narodowych, infekowanie społeczeństwa dewiacjami”; „Zboczone interpretacje opisów przyjaźni w «Kamieniach na szaniec»”; „Czy «Zośka» i «Bytnar» [sic!] to geje? Kradzież cudzej tożsamości”; „Chcą zrobić z «Zośki» i «Rudego» gejów”; „Tadeusz gejem? Rany boskie! To są bzdury zupełne!”; „Czy pozwolicie nas opluwać?”. To tylko mały wyciąg z oburzonych nagłówków.
Było to święte oburzenie. Święte, ponieważ propozycje interpretacyjne badaczki dotyczące lektury Kamieni na szaniec potraktowano jako atak na tekst kanoniczny, to znaczy taki, który ma uświęcone, obowiązujące reguły czytania, określoną wykładnię. Sugestie na temat relacji mogących łączyć bohaterów książki uznano za dyskredytację narodowych świętych, całą wypowiedź zaś – za zamach na polskość. Reakcja była histeryczna, ale taka być musiała, bo święte oburzenie to coś więcej niż tylko niezgoda z jakimś stwierdzeniem – to przypisanie temu stwierdzeniu mocy destrukcyjnej i zarazem histeryczne wyolbrzymienie, przejaskrawienie tego, co zostało powiedziane.
Hiperbola nie jest figurą retoryczną oburzenia – jest jego istotą, a oburzenie jest odmową polemiki. Jak w tych rolkach z Instagrama, w których kobieta oświadcza: „Dzisiaj mój mąż powiedział mi, że już mnie nie kocha i chce się ze mną rozwieść”. „Nic takiego nie powiedziałem” – krzyczy męski głos zza kadru – „powiedziałem tylko, że nie zgadzam się, byśmy wzięli kolejnego kota”. „To przecież to samo” – stwierdza kobieta ze smutną miną. I w zasadzie ma rację, ale o tym za chwilę.
Oburzenie pociąga za sobą mobilizację, zwarcie szeregów. W przypadku reakcji na wypowiedź Janickiej była to nie tylko mobilizacja emocjonalno-retoryczna, ale także organizacyjna. Wezwano do protestów i opracowano wzór, skrypt niezgody, który należało wysłać na skrzynkę mailową Polskiej Akademii Nauk:
Jestem dogłębnie wstrząśnięty i oburzony artykułem dr Elżbiety Janickiej […], w którym ośmieliła się bezczelnie zasugerować, że dwóch bohaterskich harcerzy […] z okresu niemieckiej okupacji Tadeusza Zawadzkiego i Jana Bytnara, znanych powszechnie jako „Zośka” i „Rudy”, miała łączyć dewiacja homoseksualna.
Jeśli przemawia się w obronie świętości, to nie ma co się patyczkować, nie ma co wzdragać się przed pleonazmem i tautologią. Potrzeba dopowiedzeń, dookreśleń, epitetów, dużo epitetów! Nie wystarcza „wstrząśnięcie”, trzeba dodać jeszcze „oburzenie”. Sugestia Janickiej jest „bezczelna”, dotyczy harcerzy „bohaterskich”, a „homoseksualizm” jest – to chyba oczywiste – „dewiacją”.
Przyjrzyjmy się głównym zarzutom: „kradzież narodowych bohaterów” i „szarganie świętości”. „Kradzież” oznacza, że ci bohaterowie już do kogoś należą (nie można wszak ukraść ani tego, co niczyje, ani tego, co wspólne) i tym kimś na pewno nie jest Janicka – ani jako badaczka, ani nawet jako Polka. Bo mimo posiadania polskiego obywatelstwa Janicka przynależy do tajnego lobby czyhającego na tradycyjne wartości. Należało zdyskredytować ją jako badaczkę („pseudoliteraturoznawczyni”), ale to za mało: trzeba było również wyszydzić cały nurtu badań krytycznych we współczesnej humanistyce, oczywiście z gender studies na czele.
Filip Memches określił je jako „postmodernistyczne zabawy zmanierowanych humanistów” i rozpoznał jako performans: jedni performerzy „delektują się maczaniem krucyfiksu w urynie”, a inni – przebrani za historyków – „czerpią satysfakcję z odbrązawiania bohaterów narodowych i profanowania narodowych świętości”.
O komentarz do wypowiedzi Janickiej serwis Fronda.pl poprosił Artura Zawiszę, byłego już wówczas posła, polityka związanego w trakcie swojej kariery z różnymi skrajnie nacjonalistycznymi ugrupowaniami. Wcześniej Zawisza „bronił Marii Konopnickiej przed nieuzasadnionym posądzaniem jej o homoseksualizm” i proponował, by za „kłamstwo konopnickie” karać jak za kłamstwo oświęcimskie. Znowu przyczepmy się do języka: o homoseksualność można być „posądzonym”, jest to zarzut, przed którym należy siebie lub bohatera bronić. Poseł wyjaśniał, o co w tej całej krytyce chodzi i jaki jest cel bynajmniej nie jednej pani doktor Janickiej, ale – wiecie – „środowisk”:
Środowiska pederastyczno-lesbijskie nie chcą dobrej woli, współczucia i tolerancji. Chcą zniszczyć uniwersalną kulturę wywodzącą się z europejskiego antyku i przepojoną chrześcijaństwem. Ich celem jest światowa rewolucja przeciwko małżeństwu i rodzinie w celu odwrócenia świata na opak i uczynienia go antyświatem niszczącym człowieka i grożącym Bogu.
Kłopot w tym, że poseł Zawisza nie jest pozbawiony racji. Humanistyka jest polityczna, a jednym z celów (ktoś inny powiedziałby: efektów) odnajdywania nienormatywnych postaci w historii jest oswajanie normatywnej części społeczeństwa z tym, co uznane za inne. Prawdą jest też, że społeczność LGBTQ (w jego języku: „środowiska pederastyczno-lesbijskie”) nie chce współczucia. Nie chce, bo chodzi jej raczej o równouprawnienie – o ile w ogóle można ustalić jakieś jedno wspólne pragnienie „środowisk”. Rzeczywiście, inkluzja wykluczonych będzie stawiać pod znakiem zapytania „uniwersalność” kultury chrześcijańskiej i odsłaniać jej przemocowe i dyskrymiujące elementy. W tym sensie „ideologia LGBT” jest jak najbardziej do pomyślenia – byłaby ona zwróceniem uwagi, że kultura zachodnia opiera się na nieustannie rozgrywanym podziale płci (czyli na, rzekomo odwiecznej, grze w „baby są jakieś inne”) oraz na domyślnej heteroseksualności wszystkich ludzi.
Oczywiście – i piszę to jako osoba ze „środowiska pederastyczno-lesbijskiego” – nie wszyscy chcemy światowej rewolucji przeciwko małżeństwu i rodzinie; niektórzy pragną jedynie swojego miejsca w tym porządku świata. Nie można jednak zaprzeczyć, że queerowe okulary – niezależnie od tego, czy się je zakłada, „bo taki się urodziłem”, czy z wyboru – sprawiają, że inaczej patrzy się na to, co jest uznawane za oczywiste i naturalne. Nie trzeba mieć doktoratu z gender studies, by zauważać, ale też przede wszystkim doświadczać bolesnego niedopasowania modelu „tradycyjnej rodziny” do potrzeb większości ludzi.
Z perspektywy ponad dekady, która upłynęła od tamtego „skandalu”, ironiczne (czyli smutne) jest to, jak nieznacznie zmienił się dyskurs publiczny. Rozczarowanie patriarchatem jest wciąż przebierane przez konserwatystów w kostium zagrożenia przybywającego z zewnątrz, humanistyka krytyczna to ciągle modne bzdury, jedynie „poprawność polityczna” (która nigdy w Polsce nie istniała) została podmieniona na „kulturę woke” (która też nie istnieje).
**
Fragment pochodzi z książki Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce, która ukazała się w Wydawnictwie Krytyki Politycznej.











Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.