Gospodarka, Świat

Popkiewicz: Pandemia – katastrofa zdrowotna, społeczna i gospodarcza z apokalipsą zombie w tle

To, jak dziś wygląda sytuacja, to cisza przed burzą. Potężną burzą. Gdy patrzę na ludzi chodzących ulicami, do głowy ciśnie mi się parafraza fragmentu tekstu Gałczyńskiego, dotyczącego sytuacji przed wybuchem wojny światowej: „A wiosna była piękna tego roku”… A potem ten świat się skończył. Skutki pandemii koronawirusa analizuje Marcin Popkiewicz.


Naukowcy wielokrotnie ostrzegali świat przed pandemią. Decydenci jednak nie słuchali. Nie przygotowano procedur działania, cięto środki na organizacje zajmujące się prewencją (jak np. amerykańskiego CDC) lub w ogóle je rozwiązywano. Badacze i eksperci byli kiepsko opłacani, a ich praca niedoceniana. Teraz płacimy za to wysoką cenę. Liczba zarażeń dobija już do ćwierć miliona (stan na 19 marca). Obserwując sytuację można odnieść wrażenie, że płynnie przeszliśmy z trybu bezmyślnego samozadowolenia do paniki. Dżin pandemii hula po świecie i po tym, jak wyrwał się z butelki nic nie wskazuje na to, że da się do niej ponownie wsadzić.

Aktualna sytuacja epidemiologiczna

Wirus SARS-COV-2 jest wysoce zaraźliwy, nie wykształciliśmy na niego jeszcze odporności, a co gorsza mogą przekazywać go zarażone osoby nie wykazujące objawów chorobowych.

Przykłady Chin, Korei Południowej, Japonii, Singapuru czy Tajwanu pokazują, że możliwe jest zduszenie epidemii, wymaga to jednak szybkiej reakcji, dobrze przygotowanych procedur (w tym ograniczenia kontaktów społecznych i kwarantanny) i służby medycznych oraz powszechnej dostępności sprawnie wykonywanych testów (tak to wygląda w Państwie Środka). Dzięki temu w wielu prowincjach Chin powypisywano już ze szpitali ostatnich pacjentów leczonych na koronawirusa.

Koronawirus: epidemia paniki vs. epidemia ignorancji

Większość krajów, w tym USA, kraje europejskie i Polska nie miały przygotowanych wcześniej procedur, służb medycznych oraz testów (to znaczy w Polsce procedury formalnie są, ale nie były ćwiczone ani przypominane lekarzom, większość nie ma więc o nich pojęcia). Oszczędzały na ochronie zdrowia i zainwestowaniu w przeciwdziałanie epidemii. Liczyły, że „jakoś to będzie”. Ten sposób myślenia spowodował też, że nie wykorzystały dobrze danych im kilku tygodni od pojawienia się epidemii. Dopiero w obliczu wykładniczo rosnącej liczby zachorowań oraz zgonów podjęły działania w stopniu pozwalającym na mniejsze lub większe ograniczenie tempa rozprzestrzeniania się wirusa (dzięki czemu w Polsce w ostatnich dniach wzrost liczby chorych udało się wyraźnie wyhamować), jednak prawdopodobnie niewystarczającym do jego wyeliminowania z populacji. Oznacza to, że wirus będzie zagrażał ludziom przez bardzo długi czas: albo do stopniowego zachorowania zdecydowanej większości ludzi (i nabycia tzw. odporności stadnej) albo do opracowania skutecznej szczepionki (według prognoz około połowy przyszłego roku; być może dłużej).

W wielu krajach na świecie, ze względu na niewielki potencjał i stopień zaawansowania służb ochrony zdrowia, słabą władzę centralną czy ogólną destabilizację sytuacji, nie sprzyjającą zdyscyplinowaniu społecznemu, nie ma możliwości wdrożenia skutecznych środków zapobiegawczych. Dotyczy to w szczególności wielu krajów Afryki, Bliskiego Wschodu (np. Syria, Libia) czy Ameryki Łacińskiej (np. Wenezuela, Honduras, Gwatemala). W tych krajach epidemia wygaśnie po osiągnięciu przez populację odporności stadnej, przy czym śmierć poniesie kilka procent ich mieszkańców. Niewesoło z punktu widzenia możliwości rozprzestrzeniania się epidemii wygląda też sytuacja w licznych rozsianych po świecie obozach dla uchodźców i migrantów, nawet tych w Europie, gdzie ludzie są stłoczeni, pozbawieni dostępu do czystej wody, kanalizacji i środków higieny osobistej – tu możemy spodziewać się kwarantanny zbiorowej, jak w średniowiecznych obozach dla trędowatych oraz radykalnego zamknięcia granic dla migrantów (koronawirus będzie tu wygodnym wytłumaczeniem).

Prognozowany dalszy rozwój sytuacji epidemiologicznej

W krajach, w których nie uda się zdusić wirusa, prognozuje się zakażenie 60-80 proc. populacji, docelowo wirusa zakontraktują zaś prawie wszyscy. Przy braku działań większość zachorowań nastąpiłaby w przeciągu kilku miesięcy, wielokrotnie przekraczając możliwości służby zdrowia i pozostawiając wiele osób bez możliwości pomocy. Odsetek zgonów znacząco przekroczyłby poziom średniej śmiertelności szacowanej na 3,4 proc. (dla jasności, liczba ta jest obarczona sporą niepewnością – o ile śmiertelność wśród zdiagnozowanych przypadków globalnie jest bliska 6 proc., to ponieważ ze względu na brak testów duża część przypadków pozostaje niezdiagnozowanych, odsetek zgonów może być nawet poniżej 2 proc.). W Polsce byłoby to więc około miliona osób, czyli odpowiednik mniej więcej dwóch dekad ofiar smogu.

Brytyjczycy idą na czołówkę z koronawirusem

W przypadku nieskuteczności w eliminowaniu wirusa na danym terenie podejmowane będą działania na rzecz „spłaszczania krzywej zachorowań” tak, żeby podczas szczytu epidemii liczba osób wymagających leczenia na oddziałach intensywnej terapii nie przekroczyła ich możliwości (w przeciwnym przypadku konieczne byłoby decydowanie, komu zostanie udzielona pomoc i przeżyje, a komu szpital nie będzie w stanie jej udzielić i umrze).

Brzmi dobrze. Niestety, biorąc pod uwagę możliwości służby zdrowia, nawet w krajach, w których jest ona na wysokim poziomie, czas zachorowań musiałaby zostać rozłożony na mniej więcej dekadę, a co najmniej kilka lat (patrz Don’t “Flatten the Curve” stop it!, Jak okiełznać wirusa? Co mówią modele matematyczne).

Tak należałoby spłaszczyć krzywą, żeby w maksimum epidemii nie przekroczyć obecnych możliwości służby zdrowia w USA. Źródło Don’t “Flatten the Curve,” stop it!

 

Efekty różnych metod tłumienia epidemii (dla Wielkiej Brytanii). Żródło: Imperial College COVID-19 Response Team: Impact of non-pharmaceutical interventions (NPIs) to reduce COVID-19 mortality and healthcare demand, wersja polska za: „Jak okiełznać wirusa? Co mówią modele matematyczne”.

 

Efekty różnych strategii osłabiania epidemii (dla Wielkiej Brytanii). Ilustracja dolna to przeskalowany/powiększony fragment górnej. Źródło: Imperial College COVID-19 Response Team: Impact of non-pharmaceutical interventions (NPIs) to reduce COVID-19 mortality and healthcare demand, wersja polska za: „Jak okiełznać wirusa? Co mówią modele matematyczne”.

Twój dom jest tam, gdzie cię wpuszczą podczas pandemii

Powyższe grafiki przedstawiają oszacowania dla Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. W Polsce kolejne rządy doprowadziły do głębokiej zapaści służby zdrowia, jesteśmy więc w dużo trudniejszej sytuacji. Obrazowo mówiąc, u nas czerwona linia byłaby prawie przyklejona do osi y=0. Już nawet przed epidemią brakowało u nas wolnych miejsc z respiratorami, o zewnętrznych oksygenatorach nie wspominając, personel medyczny był przeciążony pracą (przy czym znaczna część lekarzy i pielęgniarek jest w wieku kwalifikującym do grupy podwyższonego ryzyka), a dostępność sprzętu ochrony osobistej (maski, kombinezony) jest daleko niewystarczająca. Niewydolność naszego systemu stała się ewidentna, gdy okazało się, że ma problemy już przy liczbie chorych 100-krotnie niższej niż we Włoszech.

Robimy „rozpoznanie bojem”, bo na tę epidemię nie ma algorytmu

Możliwe jest zwiększenie liczby osprzętu medycznego oraz przekierowanie personelu medycznego o rząd wielkości, jednak nawet w takim przypadku okres zachorowań musiałby zostać rozłożony na ponad rok (czas porównywalny z przewidywanym opracowaniem szczepionki).

Świat w najbliższych miesiącach prawdopodobnie podzieli się na trzy strefy: „zieloną” (w której wyeliminowano SARS-COV-2, np. Chiny), „czerwoną” (gdzie wirus jest powszechnie obecny, np. Wenezuela) oraz „żółtą” (w której epidemia trwa i utrzymuje się na pewnym poziomie).

Kraje, które są na dobrej drodze do wyeliminowania wirusa na swoim terytorium, stają w obliczu jego „importu” z zewnątrz. W Chinach nie odnotowano w środę 18 marca już ani jednego przypadka zachorowania na terenie kraju. Wszystkie 34 zidentyfikowane przypadki nowych zakażeń dotyczyły osób, które przyjechały do Państwa Środka zza granicy. Można spodziewać się, że kraje „zielonej” strefy wprowadzą kwarantannę dla przybyszy z innych stref, kraje „żółtej” strefy również wprowadzą kwarantannę dla wszystkich spoza stref „zielonych”; kraje „czerwonej” strefy nie będą robić żadnej kwarantanny, ale nikt z innych stref nie będzie się palił do przyjazdu tam.

Reasumując, w Polsce przy obecnej polityce będziemy w strefie „żółtej”, podobnie jak nasi sąsiedzi. Liczba dotkniętych koronawirusem osób będzie rosła wolniej, ale stan zagrożenia wciąż będzie istniał – rozluźnienie reżimu epidemiologicznego w imię zapobieżenia katastrofie gospodarczej spowodowałoby szybki wzrost liczby zachorowań. Jesteśmy na drodze do utrzymywania się epidemii aż do opracowania szczepionki albo jej „wypalenia się” w ciągu kilku lat (przy utrzymywaniu restrykcji w kontaktach między ludźmi). Ma to poważne implikacje nie tylko zdrowotne, ale też społeczno-gospodarcze.

Kontekst gospodarczy z apokalipsą zombie w tle

Trwająca ponad dekadę epoka ekstremalnie niskich stóp procentowych, mających nakręcać gospodarkę, doprowadziła do namnożenia się tzw. „firm zombie”, których przychody ledwo wystarczają na spłacanie odsetek od zaciągniętych kredytów (albo nawet na to nie wystarczają, a firmy te działają tylko dzięki braniu kolejnych kredytów).

Restauracje, sieci hotelowe, firmy turystyczne czy eventowe nie mają klientów. Linie lotnicze anulują połączenia (są prognozy mówiące, że większość linii lotniczych upadnie w dwa miesiące), podobnie firmy przewozowe, galerie handlowe, producenci samochodów i wiele innych firm. Zamykane są granice, nawet pomiędzy krajami Unii Europejskiej, ludzie uwięzieni na dziesiątki godzin na granicach robią się coraz bardziej zdesperowani.

W obliczu spadku aktywności gospodarczej i popytu na energię cena ropy załamała się do poziomu najniższego od 2002 roku, dużo poniżej progu opłacalności wydobycia (dla jasności – geopolityka na linii OPEC/Arabia Saudyjska-Rosja-USA też dołożyła tu swoje trzy grosze). W rezultacie firmy wydobywające ropę z łupków (z których i tak wiele kwalifikowało się do kategorii zombie) są na krawędzi bankructwa.

Gdy rośnie zagrożenie firmy bankructwem, inwestorzy mniej chętnie pożyczają jej pieniądze – a jeśli już, to na dużo wyższy procent, mający zrekompensować ryzyko bankructwa firmy i nie spłacenia przez nią długu. Wiele podmiotów gospodarczych nie będzie w stanie wywiązać się ze swoich zobowiązań i nie tylko przestanie wypłacać dywidendy, ale po prostu zbankrutuje.

Kłopoty firm oznaczają zatory płatnicze. Nie mają pieniędzy, więc nie zapłacą podwykonawcom i pracownikom. Pracownicy będą (a właściwie już są) zwalniani. W wielu przypadkach, szczególnie w handlu i usługach, są to osoby pracujące bez stałej umowy o pracę, które bez zleceń szybko zostaną bez środków do życia. W Polsce takich osób, pracujących na umowach cywilnoprawnych i samozatrudnieniu jest 2,6 mln, a osób zagrożonych utratą pracy w przypadku wlokącej się miesiącami częściowej kwarantanny dużo więcej. Sytuacja społeczna jest sumą działań ludzi, a ci nie bez podstaw czują się zagrożeni (patrz m.in. Nie zapłacę kolejnej raty kredytu, nie zrobię przelewu do ZUS. Wielu postąpi jak ja. I co wtedy?).

Prognozy mówiące o spowolnieniu tempa wzrostu PKB o ułamki punktów procentowych można włożyć między bajki. Za bliższe rzeczywistości (a być może też niedoszacowane) uznałbym wykonane dla gospodarki Wielkiej Brytanii oszacowania mówiące, że w związku z epidemią w ciągu 3 miesięcy skurczy się ona o 10-20 proc. Dla porównania, podczas kryzysu 2008 roku skurczyła się ona o 6 proc., a proces ten trwał ponad rok. To, co nastąpi przy obecnym kursie, to nie recesja, ale kolaps światowej gospodarki. I, wbrew temu, co mówią politycy, po zakończeniu epidemii (przypomnę, szacowanym na połowę 2021 roku), gospodarka nie wróci zaraz do stanu sprzed kryzysu, bo wiele firm w międzyczasie zbankrutuje, wielu ludziom skończą się pieniądze, usługi publiczne trzeba będzie odbudowywać. Zawirowania gospodarcze, społeczne, polityczne i geopolityczne mogą być większe niż te, które wywołał Wielki kryzys z lat 30. XX wieku.

***

Dla zrozumienia tego, co dzieje się z gospodarką w sytuacji, w jakiej znajdujemy się obecnie w rezultacie pandemii, trzeba zrozumieć podstawy mechanizmów działania systemu finansowego oraz pojęcia, takie jak deflacja. Niniejszy artykuł nie jest miejscem na te wyjaśnienia, więc osobom mniej zapoznanym z tym, jak powstają pieniądze, co to są inflacja i deflacja oraz dlaczego obecny system finansowy, w którym pieniądze powstają jako oprocentowany dług w prywatnym sektorze bankowym, jest matematycznie stabilny jedynie w warunkach wykładniczego wzrostu gospodarczego, rekomenduję zapoznanie się z dokładniej wyjaśniającą to serią czterech tekstów z serii ABC kryzysu gospodarczego w czasach koronawirusa:

1. Wzrost gospodarczy
2. Skąd się biorą pieniądze
3. A gdyby gospodarka przestała rosnąć, czyli przepis na kryzys
4. Koniec wzrostu?

Jeśli masz mniej czasu i chcesz skupić się bardziej na bieżących aspektach ekonomicznych niż na megatrendach, przeczytaj części 2 i 3.

***

W piątek 13 marca napisałem: „Na froncie gospodarczym, w obliczu załamania na giełdach i zatorów płatniczych (ludzie bez pensji, firmy bez zleceń, spadek podatków) spodziewam się rozkręcenia dodruku pieniędzy, obniżania stóp procentowych blisko zera (a nawet poniżej) oraz innych działań stymulacyjnych prowadzonych przez banki centralne (QE, TLTRO itp.)”.

Raptem dwa dni później amerykański FED w celu stymulowania gospodarki użył najcięższej broni w swoim arsenale, redukując stopy procentowe do poziomu 0-0,25 proc. (to pieniądz nawet nie darmowy, ale dopłacanie do branych pożyczek, bo poniżej stopy inflacji). Reakcja rynków? Panika i najwyższe od ponad 30 lat spadki indeksów giełdowych. Bank centralny wystrzelał amunicję, ale to nic nie dało.

Rządy z dnia na dzień wyłożyły tysiące miliardów dolarów na pakiety stymulacyjne. W odpowiedzi… globalne rynki poleciały dalej w dół. Nawet ortodoksyjni neoliberałowie, od lat domagający się, żeby państwo nie wtrącało się w gospodarkę i zostawiło przedsiębiorstwa w spokoju, nagle zaczęli domagać interwencji rządów. Na rynkach narasta niepewność. Nie wiadomo co dalej, kiedy i jak się to skończy. Im bardziej sytuacja się przedłuża, tym trudniejsza robi się sytuacja firm i pracowników. Nie widać światełka w tunelu, a co najgorsze, nie widać planu.

Dżin wyrwał się z butelki i zaczął szaleć.

Koronawirus i przedsiębiorcy: jak trwoga, to do państwa

Implikacje obecnych polityk, czyli cisza przed burzą

Politycy w obliczu rosnącej wykładniczo liczby zgonów i zaniepokojenia społecznego po poradę skierowali się do lekarzy. Rekomendacje epidemiologów były ukierunkowane na skuteczne wyeliminowanie wirusa, jednak w pierwszym odruchu politycy, bojąc się niezadowolenia społecznego, odrzucili je, licząc, że „jakoś to będzie”. Gdy jednak okazało się, że „jakoś nie będzie”, wprowadzili działania pozwalających na ograniczenie tempa rozprzestrzeniania się wirusa, jednak niestety zbyt spóźnione i niewystarczające dla jego eliminacji. Na ulicach, w sklepach, kościołach i środkach transportu publicznego wciąż widać całe grupy Polaków (w marketach budowlanych tłumy), do tego chodzących bez masek (co w Chinach byłoby nie do pomyślenia). Fizjoterapeuci i sanatoria wciąż przyjmują grupy starszych osób bez żadnych środków ochronnych. Górnicy tłumnie zjeżdżający pod ziemię, brygady budowlane i inne grupy zawodowe też nie zawracają sobie nimi głowy. Aby uniknąć wykładniczego wzrostu zachorowań potrzebne są bardziej zdecydowane działania. Oczywiście, ma to swoją cenę, w szczególności społeczno–gospodarczą.

To, jak dziś wygląda sytuacja, to cisza przed burzą. Potężną burzą. Gdy patrzę na ludzi chodzących ulicami, do głowy ciśnie mi się parafraza fragmentu tekstu Gałczyńskiego dotyczącego sytuacji przed wybuchem wojny światowej: „A wiosna była piękna tego roku”… A potem ten świat się skończył.

Wyobraź sobie, że kryzys gospodarczy ciągnie się miesiącami: ludzie siedzą w domach, oszczędzają i wstrzymują się z zakupami, stają inwestycje. Siada popyt. Kraje izolują się, granice są zamknięte, a łańcuchy dostaw szwankują. Firmy masowo bankrutują, ludzie masowo zostają bez środków do życia, a budżet państwa, pozbawiony dużej części wpływów z VAT, PIT i CIT jest zmuszony do ograniczania wydatków nie tylko na inwestycje, ale też na ochronę zdrowia, policję, a nawet zobowiązania stałe, takie jak emerytury. Sytuacja grozi upadkiem usług publicznych i porządku społecznego. Jednocześnie choruje coraz więcej ludzi, wielu z nich umiera, a końca dramatu nie widać.

Jeśli pozostaniemy przy obecnych sposobach działania, jest to bardzo realny scenariusz. Nie można do tego dopuścić.

Jak uniknąć katastrofy, czyli minimalizacja strat

Żeby było jasne, nie podejmując na czas wysiłku, by zostać „zieloną” strefą, skazaliśmy się na poważne problemy. Teraz chodzi o to, żeby mniej bolało.

Śmiertelność koronawirusa silnie zależy od wieku osoby zarażonej.

Oznacza to, że osoby w wieku przedemerytalnym są zagrożone jedynie w niewielkim stopniu, poważne zagrożenie dotyczy zaś seniorów. Skoro już nie ma widoków na zduszenie koronawirusa, należy w pełni odizolować osoby starsze, oferując im systemową opiekę. Do decyzji seniora: czy przenosi się do domu senioralnego z pełną obsługą i wyżywieniem (obsługiwany przez osoby też podlegające pełnej kwarantannie, ale dobrze za to wynagradzane), czy woli wybrać pozostanie w domu z dostawami jedzenia i podstawową pomocą (ale z niezerowym ryzykiem zarażenia), czy też rezygnuje z pomocy, biorąc na siebie ryzyko choroby i jej konsekwencje.

Taki scenariusz nadal mógłby przeciążyć służbę zdrowia, szczególnie w kraju tak słabo przygotowanym na kryzys jak Polska, ale można sobie z tym poradzić:

– utrzymujemy powszechną kwarantannę przez kolejnych kilka tygodni, wykorzystując je na intensywne przygotowanie wdrożenia tego wariantu;

– znosimy kwarantannę regionami (np. województwami), koncentrując przez okres kilku tygodni środki opieki zdrowotnej w tych województwach, gdzie znoszona jest kwarantanna;

– potrzebna jest koordynacja działań pomiędzy krajami UE. W szczególności nie ma sensu zablokowanie granic pomiędzy krajami strefy Schengen – osoby zarażone są we wszystkich w nich, nie da to więc znaczących korzyści, a przez paraliż łańcuchów dostaw powiązanych europejskich gospodarek spowoduje problemy dużo większe od jakichkolwiek korzyści. Sens mogą mieć za to kontrole na granicach UE (trzeba przy tym pamiętać, że znaczna część pracującego u nas personelu niemedycznego, np. salowe, pochodzi z Ukrainy i ma wizy na czas określony – należy zapewnić im szybką ścieżkę przedłużania pobytu);

– dla zapobieżenia tragediom ludzkim oraz katastrofie deflacyjnej, na okres do zakończenia kwarantanny zapewniamy powszechny dochód podstawowy, np. w wysokości połowy pensji minimalnej. Te pieniądze trafią bezpośrednio do ludzi, a nie do korporacji i wielkich instytucji finansowych. W dużym stopniu można pokryć to z dofinansowania UE na 32 mld, rezygnacji z wydatków takich jak CPK za 35 mld, zakup F-35 za 18 mld, przekop Mierzei Wiślanej za 2,5 mld czy dotacja dla TVP za 2 mld. Sensowne są też różne działania ogłoszonej przez premiera Morawieckiego tzw. „Tarczy antykryzysowej”. Podkreślmy jednak: działania osłonowe muszą być prowadzone w kontekście planu rozwiązania problemu epidemii.

Kuczyński: Rząd przyjął, że trzeba teraz pomagać, dolewając małą chochelką

W ten sposób minimalizujemy straty społeczne i gospodarcze oraz zapewniamy przewidywalność rozwoju sytuacji.

Eliminacja źródła problemu

Dociera do nas właśnie, jak kosztowne mogą być pandemie. Oprócz podjęcia działań na rzecz uporania się z bieżącym problemem powinniśmy wyeliminować (a przynajmniej mocno ograniczyć) ryzyko wystąpienia takich sytuacji w przyszłości.

Niszczenie przez nas naturalnych habitatów tworzy warunki dla nowych chorób, jak SARS-COV-2. Postępuje destrukcja lasów tropikalnych i innych dzikich miejsc, będących domem dla niezliczonych gatunków zwierząt i roślin – oraz żyjących w nich licznych nieznanych wirusów. Wycinamy drzewa, zabijamy zwierzęta, trzymamy je w klatkach i sprzedajemy na rynkach. Rezultatem tego jest przenoszenie się wirusów na nowych żywicieli: na nas (lub nasz inwentarz). Badania pokazują, że wybuchy pochodzących od zwierząt epidemii chorób zakaźnych, takich jak Ebola, SARS, MERS, ptasia grypa czy obecnie SARS-COV-2, są coraz częstsze. Patogeny przenoszą się ze zwierząt na ludzi i szybko rozchodzą po świecie. Amerykańskie Centrum Kontroli i Prewencji Chorób (CDC) szacuje, że 3/4 nowych zagrażających ludziom chorób ma źródło w zwierzętach (patrz Destruction of habitat and loss of biodiversity are creating the perfect conditions for diseases like COVID-19 to emerge, Źródłem COVID-19 jest przemoc wobec zwierząt). Do końca grudnia 2019 roku każda osoba zakażona wirusem miała jakiś związek z targiem zwierzęcym Huanan w Wuhan.

Źródłem COVID-19 jest przemoc wobec zwierząt

czytaj także

Źródłem COVID-19 jest przemoc wobec zwierząt

Peter Singer, Paola Cavalieri

Straty związane z obecną pandemią są wielokrotnie większe od korzyści/zysków z tzw. „mokrych targowisk”, na których żywe zwierzęta kupowane przez klientów są zabijane na miejscu. Powinniśmy z tym skończyć, na całym świecie, jeśli nie ze względów etycznych, ochrony gatunków i ekosystemów oraz ich usług środowiskowych, to ze względów czysto gospodarczych i odpowiedzialnego zarządzania ryzykiem.

Kolejnym czynnikiem sprzyjającym pandemiom jest gwałtowny wzrost liczby podróży lotniczych, w ostatnich dekadach podwajający się co kilkanaście lat. Trend ten jest również nie do pogodzenia z ochroną klimatu. Pomysły na CPK (może poza siecią kolejową) powinny trafić do lamusa (punktem przełomowym podejścia do rozbudowy lotnisk na świecie było zablokowanie przez brytyjski sąd rozbudowy lotniska Heathrow jako niezgodnej z Porozumieniem Paryskim).

Stawka nie jest błaha: obecna epidemia nie jest najgorszą, jaka mogła nam się przytrafić – gdyby wirus był podobny do obecnego, z długim okresem bezobjawowej inkubacji, ale zamiast zabijać kilka procent zakażonych, kilka procent pozostawiałby przy życiu, konsekwencje dla naszej cywilizacji byłyby – oględnie mówiąc – fatalne. Następnym razem możemy nie mieć tyle szczęścia.

Dziś, działając w trybie paniki i przy ogromnych ryzykach towarzyszących i cierpieniu ludzi, rzucamy w problem tysiącami miliardów dolarów, podczas gdy koszt zapobiegania, od zlikwidowania targowisk, na których sprzedaje się i ubija żywe zwierzęta, przez ograniczenie masowego beztroskiego latania po świecie po zainwestowanie w przygotowanie służb ochrony zdrowia na pandemię byłby dużo mniejszy. Lepiej i taniej jest zapobiegać niż leczyć.

Koszt zapobiegania bez dwóch zdań jest nieporównanie niższy niż koszt konsekwencji.

Czas na myślenie systemowe

Jako ludzie i organizacje mamy naturalną tendencję do podążania utartą koleiną. Obecną koleiną wykładniczego wzrostu konsumpcji materialnej i podążamy już od pokoleń, jednak widać, że epoka ta się kończy (jeśli jeszcze nie przeczytałeś części 1 i 4 ABC kryzysu gospodarczego w czasach koronawirusa zrób to teraz).

Kryzysy, choć bolesne, są zaczynem zmian systemowych. Ten też wiele zmieni. Wybici z codziennej rutyny ludzie zaczynają zadawać pytania, myśleć i szukać odpowiedzi. Próby powrotu do starego status-quo byłyby szaleństwem. Lepiej zdobyć się na refleksję, uświadomić sobie, że nie jesteśmy koroną stworzenia, wyciągnąć wnioski i zmienić system, odchodząc od gospodarki uzależnionej od wzrostu konsumpcji materialnej i narastających nierówności. Najwyższy czas zastąpić wzrost rozwojem. I zacząć poważnie traktować głos nauki.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Marcin Popkiewicz

| Analityk megatrendów
Analityk megatrendów, ekspert i dziennikarz zajmujący się powiązaniami w obszarach gospodarka–energia–zasoby–środowisko. Autor książek „Rewolucja energetyczna. Ale po co?” oraz „Świat na rozdrożu”. Prowadzi portal www.ziemianarozdrozu.pl