Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Prekariat po 15 latach: jak rozchodziły się drogi pracowników najemnych i starej lewicy

Elastyczne formy zatrudnienia się utrzymują, a prekariat napędza walki społeczne i zmiany polityczne – z marginalnym udziałem związków zawodowych, szeroko rozumianej lewicy mainstreamowej oraz lewicy pozaparlamentarnej.

Socjolog i działacz społeczny
Walka

2

W 2011 roku Guy Standing wydał pracę Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa, która doczekała się polskiego wydania trzy lata po brytyjskiej premierze. Książka została przełożona także na inne języki i była dość szeroko dyskutowana. Co może ważniejsze, powstały także liczne analizy innych autorów i autorek podejmujące problem prekariatu i prekaryzacji.

Praca Standinga była ewidentnie reakcją na kryzys finansowy z lat 2007-2008. Załamanie to ujawniło ograniczenia w rozwoju neoliberalnego kapitalizmu, który wcześniej, przez ponad trzy dekady przeorał budowany na Zachodzie świat stabilnego państwa dobrobytu (welfare state), gdzie tradycyjna klasa robotnicza znajdowała się – w większym czy mniejszym stopniu – w centrum uwagi. Jej pozycja wynikała także z silnej reprezentacji, gwarantowanej przez związki zawodowe i partie polityczne, głównie – choć nie tylko – socjaldemokratyczne.

Neoliberalizm i nowa klasa

Neoliberalizm, za którym stały procesy dezindustrializacji i alokacji produkcji, finansieryzacja kapitału i globalizacja, doprowadził do tego, co nazwano „uelastycznieniem pracy”. Prekariat to – jak głosi jedna z definicji, sformułowana przez Michaela Hardta i Antonio Negriego – klasa poddana tej elastyczności, czyli przymusowi życia i pracy „w warunkach niepewności, niestabilności i nieprzewidywalności”; to kolejny po proletaryzacji krok w rozwoju kapitalistycznych stosunków produkcji i podporządkowania reżimowi pracy najemnej.

Czytaj także Nierówności po polsku: Białe plamy, czyli kto żeruje na naszej niewiedzy? Piotr Wójcik

Oznaczało to wymuszoną, częstą zmianę miejsca pracy (w tym sezonową migrację zarobkową), wydłużony i pofragmentowany czas pracy, brak zabezpieczeń socjalnych (zdrowotnych, emerytalnych), deprecjacje umiejętności zawodowych (np. praca na stanowiskach poniżej kwalifikacji), wreszcie pracę za niskie wynagrodzenie i następującą w wyniku tego pauperyzacja, jak też rosnące nierówności i napięcia społeczne z tym wszystkim związane.

Z perspektywy postulowanych i wywalczonych przez klasę robotniczą w czasach welfare state stosunków pracy, wszystkie te zjawiska uznawać należało za negatywne – nie tylko z punktu widzenia pojedynczego zatrudnionego, ale także całego ustroju pracy. Neoliberalizm odwrócił, a co najmniej przestawił wektory rozwoju rynku pracy, jednocześnie próbując przynajmniej część z tych zmian przedstawić w pozytywnym świetle. Według Standinga zmiany ilościowe w tym zakresie były na tyle istotne, że doszło do zmiany jakościowej tak, iż możemy mówić o wyłonieniu się nowej klasy pracowników najemnych – prekariacie.

Krytyka Standinga

W odpowiedzi na tezy Standinga krytyka twierdziła, że niestabilne formy zatrudnienia były zawsze obecne w kapitalistycznych stosunkach pracy. To prawda, ale w dekadach państwa dobrobytu nie stanowiły one rdzenia ustroju pracy, jak to ma miejsce obecnie, w dobie prekariatu. Brytyjskiemu badaczowi zarzucano także, że jego perspektywa jest zachodniocentryczna, a państwo dobrobytu nigdy nie zagościło w krajach globalnego Południa, gdzie elastyczne formy zatrudnienia były zawsze normą. Doświadczała ich zdecydowana większość tamtejszej klasy pracującej.

Nie da się ukryć, iż w tej kwestii między Południem a Północą istniała przepaść, ale w okresie neoliberalizmu gwałtowne zmiany w zatrudnieniu następowały także w takich krajach jak np. Chiny, gdzie upadały i były restrukturyzowane całe gałęzie przemysłu i regiony. Wraz z tym zanikała dotychczasowa formacja pracowników przemysłowych, których życie i praca były ustabilizowane poprzez układy zbiorowe pracy. Synchronicznie w innych regionach Państwa Środka, najczęściej w specjalnych strefach ekonomicznych, znajdowała zatrudnienie wielomilionowa rzesza młodych pracownic i pracowników, rekrutowanych do nowych zakładów produkujących na eksport. Pracowali oni na zupełnie innych warunkach – sprekaryzowanych.

Zatem pomimo istotnych historycznych różnic między globalnym Południem i Północą, pierwsze z nich nie było wolne od neoliberalnych wpływów na formy zatrudnienia.

Zarzucano także Standingowi, że przyjęte przez niego miary wyodrębnienia prekariatu jako klasy są oparte na mało konkretnych kryteriach, takich jak „niepewność w zatrudnieniu”, a nie np. własności środków produkcji. To typowy zarzut z flanki ortodoksji marksistowskiej, raczej nietrafiony. Dla Standinga punktem odniesienia jest bowiem raczej model podziału klasowego bardziej zróżnicowany od dychotomicznego (pracownicy najemni i właściciele; proletariat i burżuazja) czy nawet trychotomicznego (klasa wyższa, średnia i niższa, wyodrębnione np. według kryterium dochodowego czy majątkowego). Jest to propozycja stratyfikacji społeczno-zawodowej nawiązująca do dorobku teoretycznego nie tylko Karola Marksa, ale także Maxa Webera.

Notabene Standing podchodzi do tej koncepcji krytycznie, stwierdzając, iż jeżeli kluczowym kryterium wyznaczającym pozycję społeczną jest zawód, to musimy zwrócić uwagę na fakt, że prekariat cierpi na brak tożsamości zawodowej. Ostatecznie Standing proponuje socjologiczną koncepcję struktury społecznej, składającej się z (patrząc od czubka piramidy w dół) plutokracji, elity, salariatu, profesjonalistów, tradycyjnej klasy robotniczej, prekariatu, oraz – łącznie traktowanych – bezrobotnych i lumpenprekariatu.

Czytaj także Klasy na chłodno, czyli recepta na rozgrzaną debatę publiczną Maciej Gdula, Krzysztof Tymicki

Tego rodzaju perspektywa zakłada często nie tylko, że klasy społeczne niekoniecznie muszą nosić względem siebie antagonistyczny charakter, ale także, iż klasa pracowników najemnych nie jest homogeniczna, lecz mocno zróżnicowana i często składająca się z grup o innych, czy nawet przeciwstawnych interesach.

Przyznam, że propozycja Standinga nie do końca do mnie przemawia i sam w swoich rozważaniach proponowałem przyjęcie innej, bardziej tradycyjnie ujętej – w kategoriach społeczno-zawodowych – struktury klasowej, traktując ją jednocześnie raczej jako narzędzie pomocnicze w analizach tego typu. Samo pojęcie „prekariat” wydawało mi się jednak pomocne w odnowieniu (15 lat temu) dyskursu klasowego, w zwróceniu uwagi na zmiany, jakie zachodzą w stratyfikacji pracowników najemnych, oraz w ujawnieniu nowych form walki i oporu społecznego.

Standing wydaje się zdawać sobie sprawę z ryzyka, jakie niesie za sobą traktowanie prekariatu jako nowej, jak sam przyznawał, jeszcze nie do końca ukształtowanej klasy społecznej i dlatego proponuje jeszcze inny sposób spojrzenia na problem, jako pewnego procesu – prekaryzacji. W tym rozumieniu zarówno np. część salariatu, jak i tradycyjnej klasy robotniczej po prostu dryfuje ku bardziej niestabilnym i elastycznym formom zatrudnienia.

Czy prekaryzacja się rozwija?

Jak dalece przewidywania Standinga dotyczące prekaryzacji stosunków pracy się sprawdziły? Podstawowe pytanie brzmi: czy prekariat staje się liczniejszy? Według jednego z badań w Stanach Zjednoczonych coraz większy odsetek pracowników określa siebie jako „niezależnych”, czyli zarabiających „na własny rachunek”; w 2016 roku było to 27 proc., a w 2022 roku już 36 proc. Tę grupę rozumiano szeroko i zaliczono do niej różne obszary wykonywanej pracy: od wysoko opłacanych aktorów i prawników, po słabo wynagradzanych kierowców z logistyki i pracowników sektora gig economy, a także osoby dorabiające i np. wynajmujące swoje mieszkania na krótki okres. Wielu z nich, których w ślad za Standingiem moglibyśmy uznać za prekariat, nie ma możliwości zaspokojenia podstawowych potrzeb, takich jak niedroga opieka zdrowotna, odpowiednie mieszkanie, transport, opieka nad dziećmi itp. Co więcej, owa „niezależność” jest często przejawem nie tylko prekaryzacji, ale też pauperyzacji.

Czytaj także Uberyzacja. Elastyczność albo prawa pracownicze – to fałszywa alternatywa Katarzyna Duda

Według formalnego ujęcia i twardych danych statystycznych, alternatywne czy elastyczne formy zatrudnienia w USA stanowią obecnie nieco ponad 10 proc. ogółu. Trzeba jednak zwrócić uwagę na fakt, że w kraju tym niestabilne formy zatrudnienia wpisane są w sam rdzeń ustroju pracy, gdzie umowy o pracę nie są dla pracodawców obwarowane licznymi ograniczeniami (employment-at-will), które są charakterystyczne dla większości krajów europejskich. Z tej perspektywy amerykański rynek pracy jest z zasady bardziej elastyczny.

Na podstawie powyższych badań moglibyśmy dodatkowo dojść do przekonania, że w sercu ekonomii kapitalistycznej prekaryzacja się pogłębia i jednocześnie stanowi ona dziś wyraźny problem polityczny; kwestia „stabilnego zatrudnienia” znalazła się w samym centrum programu MAGA – oczywiście w specyficznie prawicowym ujęciu problemu.

Z kolei w Polsce sytuacja się nieco poprawiła, przynajmniej gdyby wnosić o tym na podstawie niektórych wskaźników np. odsetka umów na czas określony. Trzeba jednak jasno podkreślić, że był on w Polsce na tle Europy rekordowy. W roku wydania po polsku książki Standinga (2014) odsetek umów na czas określony osiągnął (według danych GUS) swój szczyt (28,5 proc.), aby spaść dziś do poziomu ok. 14-15 proc.. W Niemczech te zmiany nie są tak wyraźne, ale procent umów na czas określony nigdy nie był tak wysoki, jak w Polsce; dziś to ok. 7 proc.

Jednym z kluczowych czynników wpływających na stosunki pracy jest bezrobocie. W tym kontekście trzeba zwrócić uwagę, że tak w Polsce, jak też w wielu innych krajach i generalnie na świecie, mamy ostatnio do czynienia ze spadkiem stopy bezrobocia. W Polsce – według danych GUS – bezrobocie wynosiło w 2003 roku 20 proc., w 2011 roku ok. 12 proc., a obecnie ok. 6 proc.

Czytaj także Celem skrócenia czasu pracy powinno być skrócenie czasu pracy, nie wzrost produktywności Hubert Walczyński

Trudniej w Polsce jest natomiast ustalić, na podstawie danych statystycznych, trend zmian w zakresie samozatrudnienia i umów cywilnoprawnych; prawdopodobnie – pomimo wahnięć – wiele się tu nie zmieniło. Trzeba jednak zauważyć, iż czym innym są te formy zarobkowania w warunkach wysokiego i niskiego bezrobocia. Dodatkowo poprzez zmiany w polskim prawie różnice między umowami cywilnoprawnymi a umowami o pracę zostały przynajmniej częściowo zniwelowane.

Idąc dalej: z jednej strony zwiększyły się w Polsce transfery socjalne, choćby pod postacią 500 plus (800 plus) i trzynastych emerytur, z drugiej strony wiele polskich rodzin trwa w sytuacji zadłużenia i żadnych lub niewielkich finansowych oszczędności.

Wracając do podstawowego wskaźnika prekaryzacji: w Polsce, w drugiej połowie lat 90., odsetek umów na czas określony oscylował ok. 5 proc. i daleko nam jeszcze do tego, aby do niego wróci. Wniosek w tym miejscu byłby taki, że choć następuje zahamowanie rozwoju niestabilnych form zatrudnienia, to odbywa się to z trudem.

Upadek socjaldemokracji?

Rozwój niestabilności zatrudnienia wiąże się także z rozpadem dotychczasowych form reprezentacji klasy robotniczej, o czym pisze Standing, obawiając się, że niekorzystne zmiany w ustroju pracy prowadzić będą dodatkowo do destabilizacji demokratycznych państw. Uznajmy niemieckie związki zawodowe i socjaldemokrację za emblematyczny przykład tych zmian – co wydaje się uzasadnione z historycznego punktu widzenia. Wskaźnik uzwiązkowienia spadł u naszych zachodnich sąsiadów w okresie neoliberalizmu o połowę. SPD od czasów Willy’ego Brandta, kiedy w wyborach do krajowego parlamentu uzyskała rekordowy wynik – blisko 46 proc. poparcia w 1972 r. – sukcesywnie traci. Jej tradycyjny elektorat ulegał fragmentaryzacji, uciekając najpierw do Partii Zielonych, a później także do PDS i Die Linke. W ostatnich wyborach SPD uzyskała jedynie 16,4 proc. poparcia, a bieżące sondaże wskazują na to, że raczej rychło nie odzyska wyższych notowań.

W USA stara klasa robotnicza ma odczuwać głęboką deprywację w porównaniu z poziomem życia swoich rodziców, co ma ich czynić podatnymi na prawicową i populistyczną narrację obozu MAGA. Jak się okazuje, przesadą są twierdzenia, że Donald Trump dwukrotnie wygrał dzięki głosom białych robotników. Jednak przeniesienie ich preferencji na Republikanów obserwuje się już od początku lat 90. Ostatnie wybory prezydenckie w USA tylko potwierdzają ten trend. Kamala Harris straciła nie tylko (choć nieznacznie) wśród białej klasy robotniczej, ale także (i to o wiele bardziej) wśród kolorowej.

W Polsce uzwiązkowienie – według deklaracji badanych przez CBOS – spadło z ok. 28 proc. z początku lat 90. do ok. 13 proc. obecnie. Lewica nie może się pozbierać od klęski z 2005 roku. Jedynie co jest pocieszające, to że poziom uzwiązkowienia tak w Polsce, jak też w wielu innych krajach przestał spadać (a tam, gdzie było ono zawsze na względnie wysokim poziomie, jak w Skandynawii, wiązało się z „dospawaniem” związków do struktury państwa i jego zadań związanych ze świadczeniami socjalnymi).

Opór bez lewicy i chaos obecnych elit

W moim odczuciu w Polsce istnieją dwie główne interpretacje dotyczące malejącego znaczenia dotychczasowych form reprezentacji pracowników najemnych, czyli spadającego uzwiązkowienia i słabych wyników wyborczych szeroko rozumianej mainstreamowej lewicy (choć rozkładowi uległy także struktury lewicy pozaparlamentarnej). Pierwsza z nich twierdzi, iż to dlatego, że organizacje te porzuciły dotychczasowe symbole, radykalne formy walki, klasę robotniczą i odcięły się od korzeni łączących je z nią. Druga interpretacja jest taka, że związki zawodowe i partie lewicowe po prostu nie nadążały za strukturalnymi zmianami w łonie klasy pracowników najemnych.

Czytaj także Tort na twarzy, odchody na bramie. O lubianych i nielubianych formach aktywizmu Weronika Brykalska

Nie chodzi o to, że ta klasa zanika (tę tezę już dawno odrzucono), ale jej rdzeń stanowi teraz nie proletariat, ale prekariat. Dlatego wraz z prekaryzacją lewica i związki zawodowe słabną, pomimo że wystąpień społecznych od końca lat 90. przybywa i dziś osiągają poziom niespotykany od zakończenia dwóch wojen światowych (pisałem o tym w innym miejscu). Co prawda noszą one amorficzny charakter, nie zawsze czytelny z lewicowego punktu widzenia, ale jednak przeważnie są związane z szeroko rozumianymi żądaniami ekonomicznymi i socjalnymi. I jeżeli od czasów wydania książki Standinga, coś się w losie prekariuszy poprawiło, to z pewnością wiązało się z coraz silniejszą presją z ich strony i chaosem politycznym, w którym pogrążają się obecne elity.

**

Jarosław Urbański – socjolog i działacz społeczny. W latach 80. uczestniczył w ruchu Wolność i Pokój. Współzakładał Federację Anarchistyczną, którą związany jest do dziś. Były członek Komisji Krajowej Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza. Autor m.in. książek: Prekariat i nowa walka klas (2014), Społeczeństwo bez mięsa (2016), Strajk. Historia buntów pracowniczych (2024)

*

Artykuł powstał we współpracy z Festiwalem Myśli Abstrakcyjnej. Hasłem tegorocznej edycji jest pleonazm „Na owsianym, bez laktozy” – punkt wyjścia do rozmów o klasach społecznych, guście i przywilejach. Sprawdź program i dołącz do wspólnych rozmów o klasach społecznych 21-24 października w Komunie Warszawa.

Projekt finansowany ze środków Miasta Stołecznego Warszawy oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x