Na początku października Dmitrij Pieskow, wąsaty rzecznik Putina, przekonywał, że Rosja nie zamierza używać broni jądrowej przeciwko Europie czy szerzej NATO, które nie mają żadnych powodów do obaw, o ile nie planują wrogich działań przeciwko Rosji. „Europejczycy sądzą, że Rosja zamierza użyć broni jądrowej, co wywołuje u nich histeryczne reakcje. Wzywamy do uspokojenia emocji i obiektywnego podejścia do sytuacji” – mówił Pieskow. To doskonały przykład kremlowskiego sofizmatu, plątaniny, w której łatwo zgubić wątek. Czyli że Rosja nie grozi, tylko Europa histeryzuje, ale jednak jeśli Europa coś, to Rosja mogłaby.
Dzień później podczas wystąpienia na owianym złą sławą wałdajskim forum, które zajmuje się snuciem imperialnych wizji świetlanej przyszłości Rosji, Putin był bardziej konkretny. Stwierdził, że jeśli dojdzie do blokady obwodu królewieckiego lub ataku na jakikolwiek inny region Rosji, to Rosja użyje broni jądrowej.
Zaraz, zaraz, a skąd w tej historii wziął się nasz sąsiedzki rosyjski obwód? Parę lat temu do blokady Królewca, wtedy jeszcze Kaliningradu, wzywał Adrian Zandberg – czyżby to na jego apel z opóźnionym zapłonem reagował Kreml? 28 września, kilka dni przed wystąpieniem Putina i przed słowami Pieskowa, sekretariat NATO w Brukseli otrzymał notę dyplomatyczną od rosyjskiej ambasady. Nie znamy jej dokładnej treści, ale Mark Rutte, przewodniczący Sojuszu, stwierdził, że Rosja powinna przestać grozić bronią atomową, bo nie sprzyja to porozumieniu. Według różnych źródeł Rosja w swojej nocie miała wskazywać na zdobyte informacje, że NATO szykuję blokadę powietrzną i morską rosyjskiej eksklawy nad Bałtykiem.
Zanim znowu pogubimy się w tym, kto rozpętał w Europie wojnę największą od czasów II wojny światowej, to trzeba przypomnieć, że od kilku tygodni pojawia się coraz więcej sygnałów o możliwej rosyjskiej eskalacji, która miałaby dotknąć jednego (albo i więcej) z państw bałtyckich.
Parę dni przed rosyjską notą i dobry tydzień przed Putinem na Wałdaju rosyjska agencja informacyjna Ria Nowosti opublikowała „felieton” Aleksandra Nosowicza, lojalnego reżimowi propagandysty z obwodu kaliningradzkiego, znanego z chamskich wycieczek pod adresem sąsiednich państw. Tym razem Nosowicz reaguje na zmiany w litewskiej konstytucji, które otwierają możliwość składowania na terytorium kraju sojuszniczych głowic jądrowych. Autor w niewybrednych słowach, opisując litewskie władze jako skrajnie głupie, pozbawione mózgu i chciwe, dochodzi do wniosku, że Rosja będzie musiała przeprowadzić jeszcze jedną „specoperację”, ale tym razem będzie ona krótka, bo Litwa jest w końcu o wiele mniejsza od Ukrainy. A w sumie po co, skoro najszybciej i najefektywniej byłoby użyć broni jądrowej? Uważam, że niskim byłoby wchodzenie w polemikę z taką postacią jak Nosowicz, ale nie mogę się opędzić od pytania, jak bomba atomowa zrzucona na Litwę wpłynęłaby na komfort życia w Królewcu i stopę zwrotu z inwestycji rosyjskiej elity biznesowej w tamtejsze nadmorskie nieruchomości.
Państwowa rosyjska agencja opublikowała tekst, po czym go zdjęła, z oświadczeniem, że przeczy on zasadom i wartościom agencji (tej samej, która w 2022 roku opublikowała ludobójcze wizje rosyjskiej okupacji Ukrainy), ale kto miał tekst przeczytać, ten zdążył to zrobić, a kto nie zdążył może to zrobić korzystając z internetowego archiwum.
Puzzle układają się w spójna układankę. Rosja od jakichś dwóch tygodni wkłada sporo energii w szum informacyjny wokół rzekomej blokady Królewca, która ni to jest, ni to ma nastąpić, w połączeniu z nowym szantażem atomowym. Kreml tworzy w ten sposób informacyjne podglebie pod prowokacje, choć nikt na poziomie rządów czy dowództwa armii lub NATO nic o blokadzie Królewca nie wspominał.
Ale jeśli na chwilę się zastanowimy, to w przypadku rosyjskiej eskalacji jakaś forma blokady obwodu królewieckiego to oczywiste, logiczne posunięcie sojuszników z NATO. Od dawna rosyjska propaganda kreuje ten region na miejsce szalenie niebezpieczne i groźne dla Europy, usiłując w ten sposób przykryć prosty fakt, że jest to spłachetek lądu o wymiarach mniej więcej 100 na 200 kilometrów, na lądzie i morzu otoczony państwami NATO, a więc niezwykle wrażliwy w przypadku działań militarnych.
Kiedy zamartwiamy się zagrożeniem dla tzw. przesmyku suwalskiego, którego zajęcie przez Rosję pozwoliłoby jej połączyć siły z obwodu z siłami z Białorusi i białoruską armią (choć ta ostatnia raczej się nie pali do takich awantur), zapominamy, że to działa w dwie strony – zabezpieczony i dobrze broniony przesmyk uniemożliwia skuteczne wykorzystanie militarnego potencjału obwodu do ataku na sąsiadów. Putin ma więc realne powody, by obawiać się, że jego plan eskalacji przyniesie niepożądane skutki. Bo plan polega na tym, by obnażyć natowski bezwład i doprowadzić do faktycznej dezintegracji Sojuszu, a nie do blokady obwodu. Kreml podnosi więc stawki, a że niewiele już zostało do obstawienia, to wraca szantaż atomowy.
Swoją drogą, rosyjska doktryna rzeczywiście zakłada szeroki wachlarz możliwości zastosowania broni jądrowej w przypadku ataku na własne terytorium. Ale ani drony walące po Moskwie, ani atak ukraińskiej armii na obwód kurski, ani blokada okupowanego Krymu, ani pełzający w żółwim tempie front na Donbasie, ani kryzys paliwowy nie przekonały na razie Putina do naciśnięcia czerwonego guzika.
Z moją przyjaciółką z Królewca jeszcze w 2022 roku rozmawiałyśmy o strachu przed bombą atomową i zgodnie doszłyśmy do wniosku, że czego jak czego, ale tego nie ma sensu się bać, bo to strata czasu. I choć uważam, że ryzyko eskalacji jest ogromne, największe od czterech lat i nie można go lekceważyć, to w sprawie bomby atomowej podtrzymuję stanowisko, przywołując w pamięci być może jedyną wypowiedź Andrzeja Dudy o charakterze strategicznym, z którą się głęboko zgadzam.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!