– Zaczęło się od paru szaleńców, którzy zapytali: dlaczego w obozach uchodźców na Saharze nie miałoby być festiwalu filmowego? – Ahmed Mahmud Mami tak wspomina początki festiwalu FiSahara, którego dziewiętnasta edycja odbyła się na początku maja w obozie dla uchodźców z Sahary Zachodniej, Ausserd, w zachodniej Algierii.
Jednym z powodów mogłoby być to, że najbliższe kino znajduje się ok. 250 kilometrów na zachód od Ausserd, w marokańskim mieście Guelmin, do którego saharyjscy uchodźcy i tak nie mogą się wybrać. To przez marokańską inwazję i okupację terenu Sahary Zachodniej, przez ONZ wciąż uznawaną za hiszpańską kolonię z prawem do samostanowienia, ok. 125 tysięcy uchodźców żyje w obozach w Algierii. Najbliższe kino, do którego teoretycznie mogliby pójść, jest 700 kilometrów drogi przez pustynię, w algierskim mieście Béchar.

Kino na festiwal trzeba więc zbudować. W obozach brakuje niemal wszystkiego, ale jest sporo porzuconych kontenerów, którymi przywożona jest pomoc humanitarna. Bok takiego kontenera postawiony na naczepie ciężarówki staje się doskonałym ekranem. Rzutnik przywożą współorganizatorzy festiwalu z Hiszpanii. Przynajmniej o sale i zaciemnienie nie trzeba się starać – nocą na pustyni, gdy temperatury spadają, filmy można wyświetlać pod gwiazdami.
Widzowie siedzą na rozłożonych na kamienistej pustyni dywanach. Są nawet food trucki z szaszłykami z wielbłąda i obozowa pizzeria. Na koniec festiwalu jest też nagroda – biały wielbłąd, żywy i uparcie niechcący wejść na scenę, nie żadna statuetka. Zagraniczni laureaci zwykle przekazują to zwierzę z powrotem Saharawim. W tym roku nagrodę zdobył opowiadający o traumie ludobójczego wysiedlenia Palestyńczyków i okupacji ich kraju przez Izrael film All That’s Left of You Cherien Dabis.

Można by też powiedzieć, że festiwalu nie powinno być, bo są ważniejsze priorytety. W obozach brakuje żywności, szpitale ledwo zipią, brakuje środków na szkoły średnie i wyższe. Ale Ahmed Mami, który od 2012 r. jest dyrektorem saharyjskiej szkoły filmowej EFA i odpowiada za lokalną współorganizację festiwalu, podkreśla, że FiSahara odgrywa kluczową rolę dla saharyjskich uchodźców.
– Nie tylko dla rozrywki, którą zapewnia kino, choć to też jest częścią festiwalu, ale także jako narzędzie pokojowej walki, narzędzie do domagania się naszych praw, narzędzie podnoszenia świadomości na arenie lokalnej i międzynarodowej – wyjaśnia Mami.
Magia festiwalu
FiSahara to mały festiwal – w tym roku uczestnicy w ciągu pięciu dni zobaczyli 19 filmów, w tym kilka krótkometrażowych, oraz kilka produkcji lokalnej szkoły filmowej. Festiwal ma w zasadzie jedną „salę” na centralnym placu obozu Ausserd, choć niektóre filmy są wyświetlane w ciągu dnia w hali zgromadzeń, a równolegle z filmami festiwalowymi, na mniejszym ekranie po drugiej stronie placu jest ekran dla dzieci.
Ale zorganizowanie nawet tak niewielkiego festiwalu to nie lada wyzwanie. Saharyjscy uchodźcy w 1975 r. dostali schronienie od Algierii w pobliżu miasta Tinduf, ale nikt nie zakładał, że zostaną tam na tak długo, bo to fatalne miejsce do życia. Jałowa kamienista pustynia, na której niemal nic nie rośnie, mało wody, temperatury latem sięgające 50 stopni, burze piaskowe, a gdy w końcu zacznie padać, to zdarzają się nagłe powodzie.
Przez ponad pół wieku Saharawi zbudowali sporo murowanych domów (choć niektórzy wciąż mieszkają w tradycyjnych namiotach), Algieria doprowadziła prąd i światłowód z internetem, ale wodę i żywność wciąż dowożą organizacje humanitarne, których budżety w ostatnich latach mocno się skurczyły.
Tinduf ma niewielkie lotnisko z kilkoma krajowymi lotami dziennie. Hiszpańscy współorganizatorzy FiSahary co roku wynajmują więc samolot Air Algerie, aby przywieźć sprzęt i mniej niż 200 uczestników festiwalu z Madrytu; niektórzy goście i dziennikarze przylatują na własną rękę. W obozach nie ma hoteli, uczestników goszczą w swoich domach saharyjskie rodziny. Dotyczy to tak samo młodych aktywistek i filmowców, jak i gwiazd takich jak Javier Bardem, wieloletni sojusznik Saharawich, który odwiedził festiwal w 2008 r., a w tym roku połączył się zdalnie w trakcie ceremonii zamknięcia (jest producentem wykonawczym All That’s Left of You, filmu, który wygrał Białego Wielbłąda).
To wszystko wymaga współpracy algierskich władz i wojska (bo Tinduf to miasto graniczne i zmilitaryzowane), organizatorów festiwalu oraz Saharawich.
Maria Carrión, hiszpańska dziennikarka, aktywistka i dyrektorka FiSahary, zaangażowana w festiwal niemal od samego początku, mówi, że to, w jaki sposób udało się zorganizować to wydarzenie w takich warunkach, było oparte o jakąś trudną do nazwania magię. Ale równocześnie podkreśla, że dzięki olbrzymiej determinacji Saharawich i wsparciu zagranicznych aktywistów, FiSahara nie tylko trwa od ponad 20 lat, ale stała się bardzo ważnym elementem walki o samostanowienie.
– Saharawi byli zaangażowani od pierwszego dnia i to oni stworzyli ten festiwal. My, nie-Saharawi, pomagamy im w obliczu trudności związanych z tym, że uchodźcy nie mają ojczyzny. Jesteśmy mostem między tym, co dzieje się tutaj, a zasobami, których tu nie ma.
Carrión zwraca uwagę, że poza wsparciem finansowym i logistycznym zagraniczni aktywiści odgrywają też rolę w marketingu. Z hiszpańskim paszportem dużo łatwiej podróżować po świecie na inne festiwale i nagłaśniać FiSaharę oraz saharyjskie filmy niż z algierskimi dokumentami, które ma sporo Saharawich.
Polityka kulturalna i kultura polityczna
Mami i Carrión zgodnie podkreślają, że FiSahara to wydarzenie kulturalne, a nie polityczne. Ale równie zgodnie mówią, że i tak jest częścią polityki Sahary Zachodniej.
– Zawsze staramy się zachować równowagę między kulturą a polityką. Nie sądzę, by któryś z tych dwóch aspektów zniknął, przynajmniej dopóki Sahara nie jest wolnym krajem – mówi Carrión. – Ten festiwal jest wpisany w prawo do samostanowienia, w tym roku podkreślamy też prawo do powrotu, ale ostatecznie to festiwal filmowy, nie polityczny. Nie pozwolimy politykom go zawłaszczać.
Mami zwraca uwagę, że sam fakt istnienia saharyjskich obozów jest faktem politycznym. Uchodźcy nie znaleźli się w Algierii z powodu biedy – uciekli przed marokańską okupacją i inwazją. Wszystko, co robią, także FiSahara, służy więc temu, by mogli ostatecznie wrócić do wyzwolonej ojczyzny.
Dziś Maroko okupuje bogatsze w zasoby dwie trzecie terenu byłej hiszpańskiej kolonii i próbuje (ostatnio z silnym wsparciem rządu Donalda Trumpa) przekonać ONZ i resztę świata, że Sahara powinna być częścią Maroka z pewną autonomią. Sahara Zachodnia, która ogłosiła niepodległość w 1976 r. i kontroluje bardziej pustynną jedną trzecią dawnej kolonii, jest uznawana przez około 40 państw na świecie.
Lewicowa partia Polisario rządzi z uchodźstwa w Algierii, gdzie zbudowała realne struktury administracyjne i o żadnej autonomii nie chce słyszeć. Państwo ma rząd, ministerstwa, ambasady, a obozy – własną rozbudowaną administrację. Carrión podkreśla, że bez tytanicznej pracy i poświęcenie gubernatorki obozu Ausserd festiwal na pewno by się nie odbył, bo to ona odpowiada za przygotowanie wydarzenia na miejscu, koordynację logistyki i noclegów dla gości oraz zarządzanie skąpymi zasobami.

– Musimy zdawać sobie sprawę, że to nie jest jakaś fikcja. To część rządu na uchodźstwie, istniejącego od 50 lat, uznawanego przez szereg państw, członka Unii Afrykańskiej – wylicza dyrektorka festiwalu.
Na otwarciu festiwalu pojawił się więc prezydent Sahary Zachodniej, Brahim Ghali, ale ze sceny przemawiał minister kultury, Musa Salma.
Słowo na świat
Organizatorzy festiwalu trzymają więc polityków na pewien dystans, ale same filmy są polityczne na wskroś. FiSahara stawia na produkcje dotyczące praw człowieka. Zwykle w programie jest co najmniej kilka filmów o Saharze Zachodniej, ale też dzieła opowiadające o innych kryzysach. W tym roku wyświetlany był m.in. film o Saamach, ale szczególny nacisk padł na Palestynę. Między okupacją Sahary Zachodniej przez Maroko a Palestyny przez Izrael jest wiele elementów wspólnych; organizatorzy FiSahara podkreślali prawo do powrotu obydwu tych narodów, a do Ausserd przyjechało wielu palestyńskich aktywistów i filmowców.
– Dzięki festiwalowi, z jednej strony możemy informować Saharawich o różnych problemach, których być może nie są świadomi. Ale równocześnie pokazujemy obcokrajowcom naszą walkę, jej powody, pokazujemy im nasze marzenia o własnym państwie i byciu wolnym, powrocie do naszej ziemi – mówi Mami. Dodaje, że filmy mogą dotrzeć do osób, które normalnie są mniej zaangażowane w sprawę: filmowców, ludzi kultury, którzy mogą zobaczyć saharyjskie produkcje za granicą lub nawet przyjechać na FiSaharę.
Dlatego saharyjska szkoła filmowa jest tak ważna. Dzięki niej uchodźcy mogą opowiedzieć o kryzysie z własnej perspektywy, nie polegając tylko na obcokrajowcach. To nowe medium dla Saharawich, których kultura jest głównie oralna, ale co roku kolejne osoby uczą się pisać scenariusze, produkować filmy i edytować dźwięk.
Mami wie, że festiwal i działająca cały rok szkoła filmowa to finansowe wyzwanie.
– Nie jesteśmy pierwszym priorytetem dla władz obozów. Dużo bardziej znaczące są jedzenie, zdrowie, woda – to, co jest potrzebne do życia. To oczywiste i zrozumiałe. Ale kultura też jest częścią życia. Jeśli nie mielibyśmy kultury, to nie mielibyśmy tożsamości. A jeśli nie mielibyśmy tożsamości, to nie istnielibyśmy w dzisiejszym świecie – mówi dyrektor szkoły filmowej. – Kultura to oś naszego istnienia.
– Siła filmów tkwi w tym, że mogą podróżować tam, dokąd ludzie nie dotrą – dodaje Carrión.
**
Dominik Sipiński – dziennikarz zajmujący się sprawami międzynarodowymi i środowiskowymi, szczególnie w regionach Azji-Pacyfiku i Ameryki Łacińskiej. Doktorant stosunków międzynarodowych na Central European University w Wiedniu, bada secesjonizmy, nacjonalizmy i kwestie dotyczące suwerenności.








!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)


Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!