Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

80 > 250, czyli urodziny państwa Trumpa

250. urodziny wyprawiają Stanom republikanie, czyniąc z nich huczne obchody na cześć Trumpa, a demokraci mają ochotę zabrać zabawki i iść do domu.

ObserwujObserwujesz
Donald Trump na gali MMA
Walka

4 lipca Amerykanie świętują nie tylko Dzień Niepodległości, ale również 250. urodziny Stanów Zjednoczonych. To trudny moment dla spolaryzowanego narodu i dla obserwatorów wydarzenia.

Zatrzymać się na moment i pomyśleć chyba chciałby każdy – ostatecznie to już ćwierć tysiąca lat amerykańskiego eksperymentu, teoretycznie wielorasowej i multietnicznej demokracji. Jednak ta połowa Ameryki, która jest zdruzgotana kierunkiem, w jakim rządząca administracja pcha ich kraj, wolałaby rozliczać się z historią USA prywatnie, przy tradycyjnym grillu.

Dla wielu z tych osób amerykański patriotyzm to przemysł (flagi, kubki, czapki, chorągiewki), na który prawica ma monopol od lat, jak gdyby jedynym znakiem przywiązania do miejsca urodzenia była nieustająca deklaracja, że Stany to najlepszy kraj na świecie.

Czytaj także Tegoroczny mundial to obsceniczny spektakl. Tak obrzydliwie jeszcze nie było Wojtek Żubr Boliński

Nie wiedzą, jak reagować na setki patriotycznych wydarzeń, od koncertów i wystaw do symbolicznych marszy, a te wyprawiane są  na wszystkich możliwych poziomach – od lokalnego festynu orkiestrą dętą za rogiem, przez stanowy, po imprezy federalne. Nadchodzące celebracje w stolicy, w parku National Mall, który rozciąga się od pomnika Jerzego Waszyngtona do Kapitolu, od dawna budzą kontrowersje.

Zaczęło się o tego, że Donald Trump wyznaczył specjalną komisję, której powierzył organizację urodzin Ameryki w Waszyngtonie. Ekipa „Freedom 250” przejęła fundusze przeznaczone dla już istniejącej, bezpartyjnej komisji „America 250”. De facto więc to partia republikańska wyprawia Stanom urodziny, co sprawia że demokraci mają ochotę zabrać zabawki i pójść do domu. Jednym z elementów celebracji ma być wiec MAGA, mówimy zatem o maksymalnym upolitycznieniu narodowego wydarzenia. Ostatecznie to wielkie, agresywne wiece takie jak te, które pomogły Trumpowi wygrać prezydenturę,  na których wysyłano Hilary Clinton na stos i wygwizdywano pracujących dziennikarzy.

„Setki muzyków, przeloty i pokazy wojskowych samolotów i NAJWIĘKSZE fajerwerki w historii” – napisał Trump na swojej platformie społecznościowej.

Jeśli tylko 36 proc. Amerykanów popiera prezydenta Donalda Trumpa, oznacza to, że 64 proc. Amerykanów musi uważać, że wypuszczenie dwustupięćdziesięciodolarowego banknotu z facjatą Trumpa to po prostu bezczel. Nie wspominając o gali MMA (mieszanych sztuk walki) na trawniku przed Białym Domem, która odbyła się 14 czerwca, w 80. urodziny prezydenta, zacierając granicę między celebracją historii kraju w 250. roku jego istnienia a celebracją ego pomarańczowego Donalda. Pojedynki w oktagonie oglądało na żywo cztery tysiące ludzi, a demokraci przy tej okazji porównali Trumpa do Mussoliniego, podkreślając związek między wielkimi wydarzeniami sportowymi a nacjonalizmem.

Inna kontrowersja dotyczy wojskowych, którzy mają być obecni i widoczni na National Mall. Podobno trwa rekrutacja przystojnych amerykańskich żołnierzy, którzy mogą dostąpić honoru uczestnictwa w 250.  urodzinach swojego kraju, jeśli wykażą się odpowiednim wzrostem i wagą.

Grupa północnych stanów z Massachusetts na czele zapowiedziała, że nie dołączy do celebracji 4 lipca w stolicy, a część zapowiedzianych już muzyków odwołała występy, gdy okazało się, że zatrudniła ich partyjna komisja, a nie ta wyznaczona przez Kongres w 2016 roku. Na placu boju został tylko zespół Vanilla Ice, który oświadczył, że nie rozumie, dlaczego jego koledzy i koleżanki zachowują się w ten sposób. Przecież chodzi o to, żeby mieć celebrować Amerykę i mieć fun.

Czytaj także Fallokracja. Rządy alfonsów i gwałcicieli Jakub Szafrański

Z kolei dla Trumpa i jego wyborców huczne urodziny Ameryki to okazja do wielkiej politycznej manifestacji. Wciąż mamy spory blok wyborców, którzy uwielbiają Trumpa i tak jak on widzą jego politycznych wrogów jako wrogów Ameryki. Republikanie mają za złe demokratom, że kolejne pokolenia młodych są coraz mniej dumne ze swojego kraju i że nie wierzą w wiekuistą genialność amerykańskiej Konstytucji. Że nie rozumieją, że zrzucenie bomby na Hiroszimę albo wygranie Zimnej Wojny było absolutnie konieczne z punktu widzenia amerykańskiego interesu narodowego. Albo że przeszkadza im wojna w Iranie, która wydaje się tylko potwierdzać, że Ameryka narodziła się z wojny, urosła w potęgę dzięki wojnie i w wojnę nieustająco wierzy. Nawet 76-metrowy łuk triumfalny nad przepływającą przez Waszyngton rzeką Potomac, zaprojektowany dla upamiętnienia amerykańskiej historii wojskowej, sugeruje, że wojna jest jednym z najważniejszych przemysłów USA.

Wielkie urodziny Ameryki prowadzą do pytania o to, co właściwie świętujemy i jakie były okoliczności powstania Stanów Zjednoczonych.

Kiedy przyszły prezydent Tomasz Jefferson pisał Deklarację Niepodległości w wynajętym mieszkaniu w Filadelfii, obsługiwał go 14-letni niewolnik, Robert Hemmings, zresztą krewny Jeffersona. Paradoks polega na tym, że uzasadniając konieczność secesji amerykańskich kolonii od Anglii w 1776 roku,  właściciel niewolników pisał o niewoli, w jakiej król trzyma amerykański lud.

Ten niedoskonały, pełen hipokryzji początek Stanów Zjednoczonych wyznaczył początek wielkiej wojny o idee, jaką jest historia USA. Jej wczesnym przejawem był spór między Jeffersonem a Hamiltonem – o to, czy prezydent powinien mieć więcej władzy niż Kongres, o zakres samodzielności poszczególnych stanów i o to, czy władza należy do elit, czy do ludu. Ta dyskusja trwa zresztą do dzisiaj i przebiega po liniach partyjnych.

Jednym z powodów obecnego ataku na amerykańskie szkolnictwo jest przeświadczenie prawicy, że to za sprawą lewicy  tak duża część amerykańskich dzieci poznaje dziś prawdziwą historię swojego kraju, która obejmuje niewolnictwo, ludobójstwo osób rdzennych i bezwzględny imperializm. Świadomość tego, że Ameryka wciąż nie umie rozpoznać swoich grzechów – bo czym innym jest wojna w Iranie? – budzi smutek i strach.

Czas podsumowań prowadzi w końcu do pytań o przyszłość Ameryki, która nie maluje się wcale tak różowo. Nawet najbardziej odporni psychicznie spodziewają się przynajmniej krachu gospodarczego, a istnieje też spora liczba dobrze wykształconych normalsów, którzy nie wierzą, że Stany mają przed sobą jakąkolwiek przyszłość, i spodziewają się rozpadu całego systemu w najbliższych latach lub nawet miesiącach.

Czytaj także Żyć w Ameryce? To się nie opłaca Magdalena Bazylewicz

Przykładem takiej wewnętrznej apokalipsy jest historia filmowca, który szuka odkupienia grzechów jako Amerykanin – dla siebie i dla swojej rodziny.

Mike Buffo z Kalifornii właśnie bierze udział w czterodniowym wydarzeniu o nazwie National Pilgrimage (Narodowa Pielgrzymka), której przewodzi autor i trener przywództwa Brandon Peele. Celem przedsięwzięcia jest odnowa amerykańskiej demokracji oraz poczucia celu i przynależności. 9 czerwca wyruszył z Filadelfii konwój złożony z amerykańskich rodzin, w tym rodzina Mike’a. Uczestnicy odwiedzają miejsca związane z historią walki o prawa obywatelskie, dziedzictwem rdzennych mieszkańców, prawami kobiet oraz obywatelskim rozrachunkiem z przeszłością, a podróż zwieńczy Zgromadzenie Narodowe w Chicago, zaplanowane na 6–7 lipca.

„Otrzymałem zlecenie udokumentowania tej podróży, której misją jest sformułowanie nowej wizji obywatelskiej dla narodu” – powiedział Buffo, który jest również związany z organizacją non-profit ManKind Project USA, oferującą takie inicjatywy jak „The New Warrior Training Adventure” – „najpotężniejsze doświadczenie związane z rozwojem osobistym, w jakim kiedykolwiek uczestniczyli”. ManKind Project USA bierze udział w tej pielgrzymce i obie organizacje prowadzą wielkie zbiórki pieniędzy na projekt.

Czytaj także Bez USA da się żyć Piotr Wójcik

Z drugiej strony Poynter Institute for Media Studies na Florydzie opublikował artykuł, porównujący nastroje w 2026 roku z tymi z roku 1976, kiedy Ameryka obchodziła swoje dwusetne urodziny.

Dowiadujemy się, że w 1976 roku Ameryka była w kwaśnym humorze: rosły ceny paliw, szalała inflacja, a wojna kulturowa trwała w najlepsze. Prezydent – wtedy Richard Nixon – też nie cieszył się poparciem narodu.

Więc może nie ma się o co martwić? Może powinniśmy zignorować wiec MAGA na National Mall jako próbę odciągnięcia naszej uwagi od problemów administracji Trumpa?

Ostatecznie nie wszystkie wiadomości są złe. Z okazji 250. urodzin Ameryki McDonald’s będzie serwować (tylko do 4 lipca) swoją słynną smażoną szarlotkę tak, jak podawano ją w latach 60. Szarlotkę przestano smażyć, a zaczęto piec, dopiero w 1992 roku, kiedy w USA zapanowała moda na fitness.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x