Akta Epsteina wywołują trzęsienie ziemi w kolejnych zachodnich demokracjach. W czwartek 19 lutego w związku z zawartymi w nich informacjami aresztowany został – jako pierwszy członek rodziny królewskiej od czasu Karola I w połowie XVII wieku – młodszy brat angielskiego monarchy, były książę Yorku, Andrew Mountbatten-Windsor. Akta zdyskredytowanego finansisty i przestępcy seksualnego mogłyby jednak nigdy nie ujrzeć światła dziennego, gdyby nie wysiłek dwóch członków amerykańskiej Izby Reprezentantów – Ro Khanny i Thomasa Massiego. To ich wielomiesięczna kampania złamała opór Trumpa i republikańskiego przywództwa Izby Reprezentantów, wymuszając głosowanie nad ustawą zobowiązującą Departament Sprawiedliwości do ujawnienia dokumentów.
Khanna i Massie reprezentują dwie strony politycznego sporu i dwie Ameryki, które teoretycznie nigdy nie powinny się ze sobą porozumieć. Pierwszy jest potomkiem migrantów z Indii, prawnikiem po Yale, specjalizującym się w ochronie własności intelektualnej i pracującym przez lata dla firm z Doliny Krzemowej. W Izbie reprezentuje jeden z najbogatszych i najbardziej liberalnych okręgów wyborczych w kraju, położony głównie w hrabstwie Santa Clara nad Zatoką San Francisco, gdzie siedzibę mają największe korporacje cyfrowe. Politycznie sytuuje się na lewym skrzydle Partii Demokratycznej; w 2020 roku był jednym szefów kampanii Berniego Sandersa w prawyborach prezydenckich.
Massie z kolei reprezentuje w Izbie okręg w północnym Kentucky, gdzie mieszka na farmie w Appalachach we własnoręcznie wybudowanym domu. Do Kongresu został wybrany w 2012 roku na fali ruchu Tea Party i libertariańsko-populistycznej rewolty przeciw polityce pierwszej administracji Obamy. Massie jest przeciwnikiem aborcji, konsekwentnie głosował przeciw wszelkim ustawom zwiększającym kontrolę dostępu do broni palnej, a po jednej ze szkolnych strzelanin opublikował na platformie X zdjęcie swojej rodziny na tle choinki, na którym każda z siedmiu osób trzyma broń palną. Podpis: „Mikołaju, przynieś amunicję”.
Jak ta dwójka spotkała się w sprawie akt Epsteina i co ich ujawnienie oznacza dla dalszych politycznych trajektorii obu polityków?
„Progresywny kapitalista” projektuje nową politykę przemysłową
Nie jest to pierwsza współpraca tej dwójki. W trakcie pierwszej kadencji Trumpa Khanna i Massie wspólnie przygotowali i doprowadzili do przegłosowania w Kongresie ustawy blokującej amerykańską pomoc wojskową dla saudyjskiej interwencji w Jemenie. Trump ją co prawda zawetował, ale ta sprawa przetarła szlak współpracy.
Obaj politycy znani są ze sceptycyzmu wobec zaangażowania Stanów Zjednoczonych w odległe konflikty – teraz przewodzą w Izbie opozycji wobec ewentualnej wojny w Iranie. Opozycja ta wypływy jednak z różnych źródeł. W przypadku Khanny bierze się z przekonania, że demokraci powinni ponownie stać się „partią pokoju” i skupić się na budowaniu dobrych miejsc pracy w Stanach, a nie na wojskowych interwencjach w odległych zakątkach globu. To sprawia, że Khanna zajmuje niekiedy stanowiska bardzo wątpliwe, zwłaszcza z punktu widzenia naszego regionu: dwa tygodnie przed rozpoczęciem pełnoskalowej inwazji kongresman z Kalifornii przestrzegał administrację Bidena przed wysyłaniem śmiercionośnej broni Ukrainie i „eskalowaniem” konfliktu. Choć później jednoznacznie potępił niesprowokowaną inwazję i opowiadał się za pomocą Ukrainie, to wciąż dość naiwnie wzywał do unikania eskalacji i działań drogą „dyplomacji”.
Jednak to nie polityka zagraniczna jest głównym obszarem działania Khanny, ale gospodarka. Odkąd po raz pierwszy objął mandat w 2017 roku, polityk z Kalifornii szybko stał się jednym z głównych głosów swojej partii w kwestiach gospodarki: innowacji i sprawiedliwej redystrybucji jej efektów; nowej polityki przemysłowej, pozwalającej całym Stanom uczestniczyć w owocach wzrostu; nowej umowy społecznej odpowiadającej czasom cyfrowej gospodarki; wreszcie demokratycznej polityki pozwalającej podporządkować technologiczną rewolucję celom społecznym – wszystkie te kwestie porusza jego książkaGodność w erze cyfrowej. Myślenie Khanny znalazło pewne przełożenie na politykę administracji Bidena, zwłaszcza na przyjęty w jej czasie Chips and Science Act – ustawę, która uruchomiła środki na wspieranie badań nad półprzewodnikami i ich produkcję na terenie Stanów.
Khanna sytuuje się więc na lewym skrzydle Partii Demokratycznej, ale inaczej niż Sanders określa się nie jako „demokratyczny socjalista”, ale jako „progresywny kapitalista”. W 2016 roku startował do Kongresu z poparciem kilku technobaronów i do dziś ma dobre relacje z Doliną Krzemową mimo skrętu tej ostatniej na prawo i mimo wszystkich zgłaszanych przez polityka propozycji regulacji Big Techów.
Jak w artykule na temat Khanny z czerwca zeszłego roku zauważył brytyjski „New Statesman”, kalifornijski kongresman łączy populistyczny gniew Sandersa z optymizmem Obamy i przekonaniem byłego prezydenta o wyjątkowości Stanów jako państwa, do którego należy przyszłość. W rozmowie z brytyjskim dziennikarzem amerykański polityk lekceważąco wypowiada się o europejskich gospodarkach i ich nieudolnych próbach regulacji nowych, tworzonych poza Europą technologii – porównując to do próby napisania nowych reguł dla footballu amerykańskiego przez kogoś, kto nigdy nie uprawiał tego sportu. Khanna jest też znacznie bardziej optymistyczny wobec takich technologii jak AI niż Sanders i część amerykańskiej lewicy, wierząc, że odpowiednio uregulowane mogą one stać się narzędziem budowania społeczeństwa niespotykanego wcześniej powszechnego dobrobytu.
Biorąc to wszystko pod uwagę, Khanna nie wydaje się oczywistym kandydatem do tego, by zająć się aktami Epsteina. W artykule opublikowanym na łamach lewicowego tygodnika „The Nation” polityk przedstawił bardzo ciekawą argumentację, dlaczego progresywna lewica powinna walczyć o ujawnienie akt: bo jest to konieczne dla budowy odpowiadającego wyzwaniom XXI wieku odpowiednika rooseveltowskiego Nowego Ładu. Jeśli mamy rozbudować państwo, by lepiej radziło sobie z polityką przemysłową czy nierównościami, argumentuje Khanna, to musimy poradzić sobie z problemem elementarnej nieufności Amerykanów do państwa i jego elit. A nie zrobimy tego, jeśli ludzie będą mieli poczucie, że elity stoją ponad prawem; że nawet w tak moralnie oburzającej sprawie opinia publiczna nie może liczyć choćby na transparentność, nie mówiąc już o sprawiedliwości.
Całe życie przeciw dużemu rządowi
Kwestia odpowiedzialności elit bliska jest też Massiemu, choć kongresman z Kentucky z pewnością nie zgodziłby się ze swoim kolegą z Kalifornii, że trzeba rozbudować państwo – w jakimkolwiek celu. Przeciwnie, cała polityczna kariera libertarianina sprowadza się do walki przeciw temu, co postrzega jako rozrost rządu i jego ingerencji w życie Amerykanów. Polityk przygotował kiedyś ustawę likwidującą Departament Edukacji, konsekwentnie krytykował też swoją partię za to, że nie zniosła Obamacare.
Massie nazywa Waszyngton „Mordorem”, a farmę w Kentucky, gdzie mieszka, „Shire”. Farma jest zaprojektowana pod kątem maksymalnej samowystarczalności; nawet większość energii elektrycznej produkuje sama, z paneli słonecznych. Zanim Massie osiadł w Appalachach, ukończył MIT – jedną z najlepszych uczelni technicznych na świecie – i prowadził założoną przez siebie i swoją pierwszą, dziś nieżyjącą już żonę, firmę zajmującą się wirtualną rzeczywistością i technikami haptycznymi. Amerykańskie media podają, że ma na swoim koncie ponad 20 patentów.
Mimo naukowego backgroundu Massie neguje antropogeniczne ocieplenie klimatu. Do swojego „Shire” jeździ półciężarówką z plakietkami popierającymi energię z węgla. Konsekwentnie głosuje przeciw wszelkim ustawom kierującym jakiekolwiek federalne środki do firm zajmujących się zielonymi technologiami – co stawia go na przeciwnym biegunie niż Khannę w sporze o nową politykę przemysłową.
Radykalny libertarianizm Massiego z europejskiego punktu widzenia wygląda dość karykaturalnie, zwłaszcza, że jest niekonsekwentny w kwestii praw reprodukcyjnych, gdzie polityk dopuszcza ingerencję rządu w najbardziej prywatny wymiar życia obywatelek. Z drugiej strony można spojrzeć na niego przychylniejszym okiem, jak autor portretu kongresmana opublikowanego trzy lata temu w „New York Timesie”, który zauważał, że polityka Massiego „opiera się na dążeniu do zmniejszenia skali – by systemy, od których zależy nasze życie, były mniejsze, bardziej lokalne i prostsze”.
Z pewnością nawet u osób niezgadzających się z polityką Massiego uznanie może budzić jego pryncypialność i zdolność do głosowania zgodnie ze swoimi poglądami, a w kontrze do przywództwa własnej partii. W tym wobec Trumpa, z którym Massie wszedł w konflikt w sprawie akt Epsteina i mobilizując wokół siebie bazę MAGA, zmusił prezydenta do zmiany zdania. Obok Marjorie Taylor Greene żaden inny republikanin w Izbie Reprezentantów nie zbierał w obecnej kadencji tyle hejtu ze strony prezydenta co Massie.
Co dalej?
W maju Massiego czekają prawybory, od których zależy, czy utrzyma nominację republikanów jako ich kandydat do Izby Reprezentantów w swoim okręgu. Trump od prawie roku domagał się wyeliminowania nieopornego kongresmana w prawyborach i oficjalnie poparł jego konkurenta. Do tej pory Massie umiał skutecznie opierać się Trumpowi. Ataki ze strony prezydenta zwiększały jego widoczność i uruchamiały strumień środków od darczyńców. Jak w zeszłym roku pisał portal serwis Politico, decydowała o tym specyfika bardzo libertariańskiego okręgu oraz to, że Massie występował jako ktoś, kto potrafi zajść Trumpa z prawej strony. Prawybory w maju okażą się testem, na ile ten mechanizm dalej działa.
Khanna ma znacznie mocniejszą pozycję w swojej partii. Już w 2024 roku mówiło się o nim jako o potencjalnym kandydacie demokratów na prezydenta. Sprawa akt Epsteina, dzięki którym kongresman nie opuszcza mediów, zwiększa jego rozpoznawalność. Jeśli Alexandria Ocasio-Cortez zdecyduje się odpuścić za dwa lata prawybory i skupić na przykład na wyborach do Senatu, to Khanna stanie się naturalnym kandydatem progresywnego skrzydła partii do prezydenckiego wyścigu.
Czy ma szansę na nominację albo przekonanie do siebie większości Amerykanów? Czy nie będzie dla nich zbyt progresywny, zbyt kalifornijski, zbyt imigrancki? W niedawnej rozmowie z „Guardianem” Khanna mówił, że współpraca z Massiem i z częścią ruchu MAGA w sprawie akt Epsteina pokazała mu, że ponadpartyjnych porozumień wcale nie trzeba koniecznie budować w centrum, że czasem możliwa jest synergia między dobrym, populistycznym gniewem z lewa i prawa.
O Khannie mówi się czasem, że chce budować „niebieskie MAGA”, progresywno-ludową koalicję przypominającą tę, którą w latach 30. ubiegłego wieku stworzył Franklin Delano Roosevelt, łącząc liberalnych intelektualistów z campusów i redakcji Wschodniego Wybrzeża, uzwiązkowioną klasę robotniczą z północy i wiejskie południe. Do tego, by w 2026 roku Khanna znalazł się w miejscu, gdy mógłby choćby zacząć to dzieło, jeszcze daleka droga. Ale działanie polityka w sprawie akt Epsteina na pewno zbliża go do tego celu.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.