Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Pięćdziesiąt twarzy Heathcliffa

„Wichrowe wzgórza”, reż. Emerald Fennell

Mówiąc językiem współczesnej poppsychologii, Emily Brontë w „Wichrowych wzgórach” uczy czytelniczki rozpoznawać czerwone flagi. Co z tego progresywnego, protofeministycznego myślenia zostało w adaptacji Emerald Fennell? Praktycznie nic.

Anna Gutowska
Anglistka, badaczka adaptacji filmowych literatury
Recenzja
Walka

Zdaniem brytyjskiej literaturoznawczyni Lindy Hutcheon publiczność oglądająca ekranowe adaptacje literatury odczuwa jednocześnie „przyjemność rozpoznawania” (adaptacja przedstawia na ekranie postaci i wydarzenia, które znają z tekstu) oraz „przyjemność nowości” (każda adaptacja zawiera zmiany w stosunku do oryginału). Rozpoznawalne elementy tekstu źródłowego dają widzom swego rodzaju poczucie bezpieczeństwa: na podstawie znajomości utworów literackich wiemy, jak potoczą się losy Hamleta, Romea i Julii czy Lizzie Bennet i pana Darcy’ego. Z drugiej strony, zmiany wprowadzone przez twórców adaptacji przynoszą nam zaskoczenie i poczucie ekscytacji. Udana adaptacja opierać się będzie na równowadze pomiędzy starym i nowym.

Przemyślenia Hutcheon wydają się dobrym punktem wyjścia do omówienia najnowszej adaptacji Wichrowych wzgórz Emily Brontë, której scenarzystką i reżyserką jest Emerald Fennell. Obok Odysei Christophera Nolana owa wersja Wichrowych wzgórz była bez wątpienia jednym z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku.

Seks, śmierć, przemoc

Jednym z powodów medialnej gorączki poprzedzającej premierę filmu jest status Emerald Fennell w popkulturze. Twórczyni w 2020 roku zdobyła Oscara za najlepszy scenariusz oryginalny swojego debiutanckiego filmu, Obiecująca. Młoda. Kobieta (za który była też nominowana za reżyserię). Jej drugi film, Saltburn (2023), który był ryzykowną hybrydą gotyckiego thrillera i czarnej komedii, podzielił widzów i krytyków, ale z pewnością umocnił reputację Fennell jako wschodzącej gwiazdy kina, umiejętnie łączącej autorską wizję z wymaganiami kina komercyjnego. Po dwóch filmach reżyserki (a także po jej wcześniejszej pracy przy serialu Obsesja Eve (Killing Eve) było wyraźnie widać, że jej znakiem rozpoznawczym jest wybuchowa Freudowska mieszanka seksu, śmierci i przemocy.

Czytaj także Traktuję pisanie o literaturze jak dziennikarstwo śledcze Anna Gutowska

Kiedy w połowie 2024 roku Fennell ogłosiła, że pracuje nad adaptacją Wichrowych wzgórz, wśród fanów książki zapanowała atmosfera oczekiwania. Dotychczasowy dorobek Fennell wydawał się gwarantować, że reżyserka zaproponuje świeżą i odważną adaptację. Wichrowe wzgórza jak mało która wiktoriańska powieść zasługują na to, żeby wyzwolić je z poetyki „kina lektur szkolnych”.

Jest to debiutancka (i jedyna) powieść Emily Brontë, która zmarła na gruźlicę pół roku po jej publikacji. Obecnie uznawana za arcydzieło literatury, mimo że po publikacji w 1847 roku pierwsze recenzje były w większości nieprzychylne. Większość wiktoriańskich recenzentów dostrzegała co prawda oryginalność powieści, jednak główne zarzuty wynikały z tego, że Wichrowe wzgórza łamały wiktoriańskie normy obyczajowe obrazowymi opisami przemocy domowej, alkoholizmu oraz zdrady małżeńskiej. Dla dziewiętnastowiecznych recenzentów praktycznie niewyobrażalne było, że tak brutalny i mroczny tekst mógł wyjść spod pióra kobiety (w dodatku starej panny, mieszkającej na plebanii z ojcem-pastorem). Nieliczni recenzenci podziwiali jednak mroczną siłę powieści.

Czytaj także Mit Darcy’ego miesza lęki i ostrzeżenia z fantazją romantyczną Rachel Feder

Dobrym przykładem jest wiktoriański poeta i artysta Dante Gabriel Rossetti, który w liście do przyjaciela napisał, że nie może się otrząsnąć po lekturze Wichrowych wzgórz oraz że akcja książki „rozgrywa się w piekle – tyle że nazwy miejsc i imiona postaci brzmią z angielska”. W pierwszych dekadach dwudziestego wieku odbiór powieści zmienił się na dużo bardziej pozytywny, aż wreszcie zajęła miejsce w panteonie literatury brytyjskiej.

Mniej niż połowa

Wichrowe wzgórza to gorzka, skomplikowana powieść, której głównymi tematami są niesprawiedliwość społeczna, dziedziczona międzypokoleniowa trauma oraz zemsta. Posiada wyrafinowaną strukturę szkatułkową (większość powieści to opowieść starej służącej, która przedstawia dzieje okolicznych rodzin nowemu najemcy posiadłości). Powieść jest wyraźnie podzielona na dwie części, przedstawiające losy dwóch pokoleń rodzin Earnshawów oraz Lintonów w drugiej połowie XVIII wieku.

Najważniejszym wątkiem pierwszej części jest trójkąt miłosny pomiędzy odważną i pewną siebie Cathy Earnshaw, adoptowanym przez jej ojca znajdą Heathcliffem oraz zamożnym sąsiadem Edgarem Lintonem. Cathy kocha Heathcliffa, ale wie, że małżeństwo z nim będzie oznaczało społeczną degradację, więc decyduje się na związek z rozsądku z Edgarem. Odtrącony Heathcliff znika na kilka lat i powraca z majątkiem, który zdobył w tajemniczych okolicznościach. Odkupuje rodzinną posiadłość Earnshawów od brata Cathy Hindleya, który popadł w problemy finansowe z powodu alkoholizmu, i planuje zemstę na Cathy i rodzinie Lintonów. Druga część powieści zaczyna się po upływie kilkunastu lat i śledzimy w niej losy drugiego pokolenia, a więc córki Cathy, syna Heathcliffa oraz syna Hindleya, których relacje i decyzje uzdrawiają traumy poprzedniego pokolenia.

Emerald Fennell podjęła decyzję, żeby w swojej adaptacji skoncentrować się tylko na wątku trójkąta miłosnego w pierwszym pokoleniu. Jej film adaptuje mniej niż połowę książki oraz w znaczący sposób zmienia charakterystyki postaci i przebieg fabuły. Oczywiście, w 2026 roku domaganie się od adaptacji wierności wobec oryginału książkowego jest świadectwem naiwności, a może wręcz konserwatyzmu. Historia kina ostatnich kilku dekad pełna jest bardzo udanych adaptacji klasyki, które mają luźny stosunek do oryginału. Dobrymi przykładami są zwłaszcza uwspółcześnione adaptacje sztuk Szekspira, na przykład Romeo i Julię Baza Luhrmana z 1996 roku z Claire Danes i Leonardo di Caprio, która zachowuje szekspirowski język w dialogach, ale przenosi akcję sztuki do współczesnej Kalifornii, albo adaptację filmową Koriolana (2016) w reżyserii Ralpha Fiennesa, która zawiera odniesienia do wojny w byłej Jugosławii.

Emerald Fennell nie idzie jednak drogą adaptatorów Szekspira, którzy przenoszą akcję sztuk w czasy współczesne. Osadza swoją adaptację w osiemnastym wieku (choć strona wizualna filmu obfituje w anachronizmy) i dokonuje dramatycznego skrócenia i uproszczenia akcji książki. W wywiadach reżyserka broni swojej wizji na kilka sposobów.

Po pierwsze mówi, że w swojej adaptacji inspirowała się wspomnieniami wrażenia, jakie na niej zrobiła lektura książki w wieku czternastu lat. Koncentrowała się wtedy na wątku romantycznym i dlatego teraz podjęła decyzję, żeby zaadaptować tylko tę część książki. Po drugie twierdzi, że powieść jest tak skomplikowana i trudna, że wierna adaptacja filmowa tego materiału jest praktycznie niemożliwa.

Czytaj także Jane Austen jedzie do Hollywood Anna Gutowska

Jest to o tyle dyskusyjna teza, że Wichrowe wzgórza były ekranizowane wielokrotnie, i to z sukcesami. W kinematografii anglosaskiej najbardziej znane są adaptacje z 1939 roku (reż. William Wyler, wyk. Merle Oberon, Laurence Olivier), z 1992 roku (reż. Peter Kosminsky, wyk. Juliette Binoche, Ralph Fiennes) oraz z 2011 roku (reż. Andrea Arnold, wyk. Kaya Scodelario, James Howson). Najpełniejszą adaptacją książki pod względem wierności fabule jest ta z 1992 roku, która ekranizuje całą fabułę powieści. Pozostałe dwie adaptacje podobnie jak film Fennell koncentrują się na pierwszym pokoleniu, ale poza wątkiem miłości Cathy i Heathcliffa pokazują dużo szerszy obraz relacji rodzinnych Earnshawów i Lintonów.

Mylne poczucie kontrowersji

Konstatacja Fennell, że łącząca Cathy i Heathcliffa relacja to wielka romantyczna miłość jest wysoce problematyczna. W powieści Cathy i Heathcliff poznają się jako dzieci i rodzi się między nimi więź siostrzano-braterska, która później przeradza się w miłość erotyczną. Jest w niej jednak zawsze pierwiastek toksycznej zaborczości. Powieściowy Heathcliff z pewnością nie jest romantycznym kochankiem, do którego wzdychają czytelniczki. Złamany spotykającymi go szykanami i odrzuceniem przez Cathy, po powrocie zaczyna realizować swój plan zemsty na wszystkich, którzy go skrzywdzili i staje się praktycznie psychopatą.

W przeciwieństwie do Emerald Fennell, Emily Brontë nie jest bezkrytycznie zakochana w swoim bohaterze. Wręcz przeciwnie, tworząc Heathcliffa jako postać z pozoru Byroniczną, a w istocie człowieka okrutnego i brutalnego, wpisuje w swój tekst przestrogę dla czytelniczek. W powieści Heathcliff po powrocie do Wichrowych Wzgórz cynicznie uwodzi młodszą siostrę Edgara Izabellę. Po pośpiesznym, ukradkowym ślubie przejmuje całkowitą kontrolę nad jej majątkiem i stosuje wobec niej przemoc fizyczną i psychiczną. Wątek Izabelli pokazuje jasno, co dzieje się, jeśli dziewczyna zakocha się w „bad boyu” i wejdzie z nim w związek, myśląc, że go zmieni i uleczy. Emily Brontë dekonstruuje w powieści mit miłości romantycznej i wypowiada wojnę dziedzictwu lorda Byrona, pokazując, że jego idee są szkodliwe i niebezpieczne dla kobiet. Mówiąc językiem współczesnej poppsychologii, Brontë w swojej powieści uczy czytelniczki rozpoznawać czerwone flagi.

Co z tego progresywnego, protofeministycznego myślenia zostało w adaptacji Emerald Fennell? Praktycznie nic. Zamiast powieści, która mówi nam trudne prawdy o obsesji, niesprawiedliwości i dziedziczonej traumie, dostajemy lukrowany trójkąt miłosny w estetyce Tima Burtona, który na poziomie skomplikowania fabuły czy prawdy psychologicznej niewiele różni się od Zmierzchu.

Co ciekawe, mimo że kampania promocyjna i zwiastuny obiecywały publiczności projekt nasycony erotyką i transgresywny, sam film jest raczej waniliowy. Zawiera co prawda kilka scen łamiących obyczajowe tabu (na przykład otwierającą sekwencję egzekucji, podczas której Fennell daje upust swojej fascynacji seksem i śmiercią), ale sceny te nie są połączone z głównym wątkiem i sprawiają wrażenie doklejonych właśnie po to, żeby spowodować szok widowni, oraz wywołać mylne poczucie, że oglądamy film ostry i kontrowersyjny.

Wiele decyzji scenariuszowych Fennell jest nietrafionych. Mój największy opór wzbudzają zmiany wprowadzone w charakterystyce siostry Edgara, Izabelli (granej w filmie przez Alison Oliver). Z wiktoriańskiej wersji Domu dobrego, a więc poruszającej historii młodej dziewczyny, która popełnia tragiczny błąd i wychodzi za mąż za psychopatę, a później ledwie uchodzi z życiem, uciekając od męża w zaawansowanej ciąży, w filmie Fennell dostajemy wątek komediowy.

Jej Izabella jest infantylna, wychowana w luksusie i zainteresowana wyłącznie modą i strojami, a po zawarciu znajomości z Heathcliffem odkrywa w sobie skłonności do BDSM i z entuzjazmem wchodzi w rolę uległej. Scena, w której ubrana w uprząż na rozkaz Heathcliffa zachowuje się jak piesek, wywołała podczas seansu kinowego, na którym byłam, chichoty zażenowania. Spłycenie tego wątku oraz przedstawienie cierpienia powieściowej Izabelli w sposób komediowy pokazuje moim zdaniem niedostatki Emerald Fennell jako scenarzystki i reżyserki. Skonfrontowana z trudnym i wymagającym tekstem oryginału decyduje się na kontrowersyjne rozwiązania, których „bezkompromisowość” ma maskować jej brak wizji.

Dlaczego „Wichrowe wzgórza” poniosły porażkę

Dużym problemem projektu jest także casting. Jeszcze podczas realizacji filmu informacje o tym, że Cathy i Heathcliffa zagrają Margot Robbie i Jacob Elordi wywołały internetową burzę. Jeśli chodzi o Margot Robbie, jest ona dużo starsza od Cathy (która w powieści umiera w wieku lat osiemnastu). Zmiana wieku bohaterów w adaptacji w stosunku do książki jest oczywiście możliwa, jednak powinny za tym iść także odpowiednie zmiany w ich emocjach i zachowaniu. Książkowa Cathy zachowuje się jak impulsywna i egoistyczna nastolatka, co jest trudne do zrozumienia, kiedy postać ma ponad trzydzieści lat i fizyczność Margot Robbie.

Jednak najpoważniejsze zarzuty dotyczyły castingu Jacoba Elordiego jako Heathcliffa. Fennell oskarżana jest o „wybielenie” (whitewashing) tej postaci. W książce Heathcliff, który został znaleziony przez pana Earnshawa jako bezdomne dziecko na ulicy portowego Liverpoolu, opisywany jest jako chłopiec o ciemnej karnacji. Nie wiemy, jaka jest jego etniczność, ale inni bohaterowie domniemują, że może być dzieckiem romskim, lub nawet „synem chińskiego cesarza i hinduskiej królowej” – jest więc zdecydowanie osobą niebiałą. We wcześniejszej ekranizacji powieści wyreżyserowanej przez Andreę Arnold Heathcliff grany był przez czarnego aktora Jamesa Howsona. Obsadzenie w tej roli Elordiego, a więc przystojnego, białego aktora wydaje się w tej sytuacji krokiem wstecz. Cały rasowy aspekt spadających na Heathcliffa prześladowań znika z adaptacji Fennell.

Czytaj także Krew, pot i śmiech, czyli Chopin a kino dziedzictwa Anna Gutowska

Fakt, że Heathcliff jest osobą niebiałą, w powieści podbudowuje też niemożność jego związku z Cathy, która jest przekonana, że małżeństwo z nim sprawiłoby, że straciłaby swoją pozycję społeczną. W wersji Fennell cały ten wątek jest strywializowany: Heathcliff co prawda rzadko używa grzebienia i występuje głównie w rozchełstanej białej koszuli, ale nie wydaje się, żeby dzieliła go od Cathy jakaś nieprzekraczalna przepaść społeczna. Dodatkowo zgodnie z modą na inkluzywny casting, w roli Edgara obsadzony jest Shazad Latif, aktor pochodzenia pakistańskiego, co tym bardziej stawia na głowie aspekt rasowy całej historii.

Wracając do przemyśleń Lindy Hutcheon na temat „przyjemności rozpoznania” oraz „przyjemności nowości”, trzeba z przykrością powiedzieć, że nowa wersja Wichrowych wzgórz ponosi porażkę na obu tych polach. Fakt, że na ekranie widzimy tylko wątek miłosny, a nie całą fabułę książki, sprawia, że osoby znające powieść mogą odczuwać rozczarowanie. Brak drugiego pokolenia oznacza też, że zamiast mrocznej i nieoczywistej historii o międzypokoleniowej traumie, otrzymujemy mało oryginalny romans w stylu Pięćdziesięciu twarzy Greya.

Romans ten jest zresztą raczej mdły (także z powodu dramatycznego braku chemii między trójką wykonawców głównych ról). Reżyserka w wywiadach upiera się wbrew faktom, że jest inaczej i że zaproponowała nam dzieło ociekające erotyką, innowacyjne i bezkompromisowe, ale te deklaracji nie znajdują potwierdzenia w filmie. Jeśli zaś chodzi o „przyjemność nowości”, zmiany zaproponowane przez Fennell wydają się płytkie i infantylne, a także sprzeczne z duchem powieści. Koronnym przykładem jest tutaj strywializowane i antyfeministyczne poprowadzenie wątku Izabelli Linton.

Czy Wichrowe wzgórza zasługują na nowoczesną ekranizację, która nie będzie wygładzać kontrowersyjnych i problematycznych aspektów powieści? Na pewno tak. Czy zgodnie z deklaracjami Fennell jej film wypełni tę lukę? Moim zdaniem nie. Myślę jednak, że ta ekranizacja powieści Bronte zapisze się w popkulturze jako swego rodzaju fenomen. Jest to film, który podzielił krytyków i publiczność i doprowadził do wielu gorących debat internetowych. Mimo wszystkich zastrzeżeń wobec samego filmu tak gorąca temperatura dyskusji o adaptacji prawie dwustuletniego tekstu jest dużym osiągnięciem Fennell.

Anna Gutowska
Anglistka, badaczka adaptacji filmowych literatury

Pracuje jako adiunktka na Uniwersytecie SWPS oraz jako specjalistka ds. developmentu w Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych w Warszawie, gdzie zajmuje się ocenianiem nowych projektów scenariuszowych. Jest członkinią zarządu międzynarodowego stowarzyszenia badaczy adaptacji Association of Adaptation Studies. Jej zainteresowania naukowe obejmują kino biograficzne oraz adaptacje filmowe literatury dziewiętnastowiecznej.

Tagi:
Wydanie: 20260221

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie