Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Bez USA da się żyć

UE przygotowuje się na świat po Trumpie. Japonia, Korea Południowa i Kanada mogą stać się kluczowymi sojusznikami Europy.

ObserwujObserwujesz
Walka

Przytyki Donalda Trumpa do NATO za bierność w obliczu wojny w Iranie wprawiły w konsternację całą Europę, z Polską na czele. Nad Wisłą klasa polityczna jest tradycyjnie podzielona. Rząd od początku kadencji próbuje rozwijać równolegle współpracę regionalną i z innymi państwami UE, szczególnie Francją, która jako jedyna dysponuje jakimś potencjałem jądrowym. PiS zaś nadal jest bezkrytycznie zapatrzony w ruch MAGA, nawet pomimo wielkiego niewypału, jakim była wizyta prezydenta na konferencji CPAC w Teksasie, gdzie Trump postanowił się nie pojawić, a wystąpienia Karola Nawrockiego wysłuchała garstka osób.

Na szczęście środowisko Kaczyńskiego kontroluje obecnie jedynie Pałac Prezydencki, dzięki czemu Polska nie znalazła się na zupełnym europejskim aucie. Państwa członkowskie UE nie zamierzają dołączać do najgłupszej wojny USA od czasów Wietnamu. Z Niemczech coraz wyraźniej słychać głosy, że trzeba będzie sobie ułożyć życie bez Wujka Sama. Francja szykuje rozszerzenie swojego parasola atomowego na inne kraje, Hiszpania ostentacyjnie wręcz stawia się Trumpowi, a z państw bałtyckich dobiega głośne: „co to będzie, co to będzie?”.

Czytaj także Żyć w Ameryce? To się nie opłaca Magdalena Bazylewicz

Na szczęście nawet opuszczona przez głowę zachodniej rodziny Unia Europejska nie jest skazana na samotność. Nawet gdyby USA zupełnie odwróciły się od Europy, co jest wątpliwe – wszak większość swoich usług Amerykanie eksportują na Stary Kontynent – to zawsze można sobie znaleźć rodzinę zastępczą. I to taką, w której to UE będzie pretendować do miana mamy lub taty.

Japonia się boi i zbroi

Na zbliżające się rozstanie z Waszyngtonem – lub przynajmniej rozluźnienie więzów – szykuje się również Tokio. Ogólnie rzecz biorąc, Japonia powinna być absolutnie najważniejszym kierunkiem nowej polityki UE oraz samej Polski. Japończycy odchodzą od swojej polityki nieutrzymywania sił zbrojnych, niedawno ogłosili największe zakupy broni od czasów II wojny światowej. Na ten rok zaplanowano wydatki zbrojeniowe sięgające około 56 mld dolarów. To nawet więcej, niż tegoroczny, rekordowy budżet polskiej obrony narodowej (około 54 mld dolarów). Równocześnie Japonia narzeka na opóźnienia w dostawach broni zakupionej nad Potomakiem. Na początku roku sięgały ponad 7 mld dolarów.

To dosyć znacząca informacja w kontekście polskich zakupów zbrojeniowych w USA. Wojna w Iranie niewątpliwie opóźni dostawy również nad Wisłę, szczególnie pocisków do Himarsów, Patriotów czy myśliwców F-35. Amerykanie najpierw będą musieli uzupełnić własne magazyny, opróżnione podczas szaleńczej wojny z Iranem.

Czytaj także Chiny już zastąpiły USA jako punkt odniesienia Galopujący Major

Amerykańskie wojska szykują się do częściowego opuszczenia baz na japońskich wyspach, między innymi na Okinawie. Tokio nie tylko samo się więc zbroi, ale też uzbraja pobliskich partnerów – między innymi Filipiny, którym dostarczy okręty wojskowe. Japonia jest też państwem „prawie-atomowym”. Oficjalnie nie dysponuje bronią jądrową, nawet jej wojsko jest dla niepoznaki nazywane „siłami samoobrony”, ale posiada potencjał do jej wytworzenia w razie potrzeby.

Podczas niedawnej wizyty premierki Sanae Takaichi w Białym Domu prezydent Stanów Zjednoczonych najpierw co prawda chwalił Japonię, ale chwilę później zapytany o to, dlaczego sojusznicy USA nie znali planów Waszyngtonu dotyczących wojny w Iranie, Donald Trump przypomniał, że przecież nikt nie rozumie wagi zaskoczenia lepiej niż Tokio, pytając Takaichi, dlaczego nie powiedziała mu o… Pearl Harbor. Jak widać sympatia Trumpa na pstrym koniu jeździ, z czego Japonia doskonale zdaje sobie sprawę.

Niechiński Daleki Wschód

Unia Europejska posiada już umowę handlową z Japonią (EPA), ale powinna się do niej zbliżyć militarnie. Kraj Kwitnącej Wiśni jest potęgą technologiczną, posiada chociażby rozbudowane możliwości tworzenia chipów, co jest niezwykle ważne nie tylko w technologiach cywilnych, ale też wojskowych. Poza tym jest zagorzałym wrogiem Rosji, z którą de iure wciąż jest w stanie wojny. Partnerstwo wojskowe europejskich krajów NATO z Tokio byłoby doskonałym rozwiązaniem na „czasy po USA”.

W znacznie trudniejszej sytuacji niż Japonia znalazła się Korea Południowa. Zajmuje ona południowy cypel półwyspu koreańskiego, ze wszystkich stron otoczona morzem, a od północy granicą ze śmiertelnym wrogiem z Phenianu. Równocześnie Seul ma znakomicie rozwinięte wojsko i technologie zbrojeniowe. W przeciwieństwie do dostaw znad Potomaku, polskie zakupy broni z Korei Południowej (artyleria, czołgi i myśliwce) przychodzą nawet przed czasem. Mimo świetnej armii Stany Zjednoczone są dla Seulu jedynym realnym gwarantem bezpieczeństwa w razie zawiązania przeciw nim sojuszu między Phenianem a Pekinem.

Tymczasem już w pierwszej kadencji Trumpa między USA a Koreą Południową dochodziło do napięć – kością niezgody były koszty utrzymania US Army na półwyspie. Złagodził je Joe Biden, ale powrót Trumpa do Białego Domu znów postawił Seul na nogi. Tym bardziej że Trump wymusił na Korei „umowę” handlową, czyli zgodę na jednostronne cła rzędu 15 proc. (jak na UE) oraz setki miliardów dolarów inwestycji nad Potomakiem. Współpraca z Koreą Południową to kolejny konieczny kierunek dyplomacji unijnej – a właściwie drugi element tego samego kierunku na niechiński Daleki Wschód.

Sojusz państw średnich

Jednym z głównych oponentów wobec polityki Trumpa stał się premier Kanady Mark Carney. Podczas tegorocznego szczytu w Davos stwierdził, że obecny porządek światowy się załamuje, a w jego miejsce powstaje stary, niedobry koncert mocarstw. Według Carneya odpowiedzią na ten nowy nieład powinien być sojusz państw średnich, które pojedynczo nie będą w stanie postawić się największym mocarstwom, ale wspólnie mogą stanowić niezwykle silny blok, którego nie będzie można lekceważyć.

Kanada i Meksyk to pierwsze kraje, które na własnej skórze odczuły skutki agresywnej polityki Trumpa. Prezydent USA oskarżał je o wszystko, co najgorsze – od nielegalnych imigrantów, po epidemię fentanylu – a ówczesnego premiera Kanady Justina Trudeau nazywał gubernatorem, sugerując, że północny sąsiad zostanie niedługo 51. Stanem USA. Bardzo wcześnie uderzył w nie również cłami. Prezydentka Meksyku Claudia Sheinbaum niedawno odrzuciła „ofertę” Waszyngtonu, by ten wysłał do jej kraju wojska.

Czytaj także Netanjahu najgorszym prezydentem USA? Atak na Iran a granice amerykańskiej suwerenności Patrycja Wieczorkiewicz

Oczywiście Meksyk jest słabym kandydatem na sojusznika – Mexico City nie potrafi zapanować nawet nad własnym terytorium. Co innego Ottawa, z którą UE łączy już umowa handlowa CETA. Poza tym Kanada jest członkinią NATO. W czerwcu zeszłego roku odbył się szczyt UE-Kanada, którego celem było wypracowanie ambitniejszego partnerstwa również na niwie polityki międzynarodowej i bezpieczeństwa.

Jeszcze bardziej interesujący jest pomysł Carneya na budowę sojuszu państw średnich. UE jako całość mogłaby stawać w szranki z największymi mocarstwami dzięki swojej sile gospodarczej i handlowej, ale aktualnie to wspólnota międzynarodowa, w której prym wiodą właśnie państwa średnie. Zorganizowane partnerstwo podobnie myślących o relacjach międzynarodowych państw średnich – czołowych państw UE (Francja, Niemcy, Polska, Hiszpania, Włochy, Rumunia, Holandia), Kanady, Japonii, Korei Południowej, Australii, Malezji, Indonezji, Nowej Zelandii czy Algierii – mogłoby się przeciwstawić mocarstwowym zapędom największych graczy.

Nowi partnerzy

W obliczu ofensywy taryfowej Trumpa UE musi też szukać nowych partnerów handlowych, gdyż z USA handlować będzie coraz ciężej. Na szczęście już to robi – niedawno podpisano porozumienie handlowe z krajami grupy Mercosur (Brazylia, Argentyna, Urugwaj, Paragwaj). W styczniu w New Delhi Unia Europejska zakończyła negocjacje w sprawie umowy handlowej z Indiami, czyli ogromnym rynkiem, który co prawda jest ogólnie bardzo niezamożny, ale ma swoje mocne strony – głównie enklawy, w których rozwój cyfrowy i finansowy jest posunięty względnie daleko. Indie mogą być interesującym partnerem w rozwoju usług cyfrowych, gdyż mieszka tam wielu utalentowanych informatyków. To kraj, który dysponuje również rozwiniętą technologią jądrową. Równocześnie UE ma doświadczenie w wyciąganiu regionów z ubóstwa, więc może zaoferować pomoc organizacyjną w tym zakresie.

Umowa handlowa z Indiami połączy drugą (UE jako całość) i czwartą (Indie) największą gospodarkę świata, które wspólnie wytwarzają nawet jedną czwartą globalnego PKB. Liberalizuje ona handel na towary odpowiadające za 97 proc. wartości eksportu z UE do Indii i 99 proc. wartości eksportu z Indii do UE. Cła na główne unijne produkty eksportowe (motoryzacja, farmaceutyki, maszyny, chemia) będą znoszone stopniowo (w perspektywie dekady), ale znacząco – taryfy na samochody spadną ze 110 do zaledwie 10 proc. To ogromna szansa dla europejskiego przemysłu, który dostał ostatnimi czasy zadyszki.

Kolejnym państwem, z którym Bruksela osiągnęła podobne porozumienie, jest Australia. Pod koniec marca tego roku przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen i premier Australii Anthony Albanese uzgodnili zręby umowy handlowej FTA. Już w 2024 roku handel między UE a Australią osiągnął łączną wartość 91 mld euro (towary plus usługi). Canberra, w przeciwieństwie do New Delhi, to bardzo zamożny partner, z którym pohandlować będzie można najbardziej zaawansowanymi produktami – które przynoszą też najwyższą marżę.

Odwrócony brexit

Parafrazując klasyka, brexit był największą katastrofą geopolityczną w dziejach. A przynajmniej w dziejach Starego Kontynentu. Bez Londynu Unia Europejska stała się realnie słabsza, a Warszawa utraciła ważnego sojusznika na platformie unijnej. Jednak wojna w Ukrainie zbliżyła nieco Wielką Brytanię i Europę, szczególnie że Londyn od początku opowiadał się jednoznacznie po stronie Ukrainy, a sam też zaoferował wsparcie dla wschodniej flanki NATO (chociażby przysyłając nad Wisłę eskadrę myśliwców). Obecnie większość Brytyjczyków uznaje brexit za błąd, co daje szansę na odwrócenie tego procesu i ponowne zbliżenie UE z Londynem. Oczywiście re-akcesja to wciąż political fiction, ale oba podmioty mogą wypracować nowe porozumienie, które umożliwi bliską współpracę w obszarze handlu oraz polityki międzynarodowej i bezpieczeństwa.

Członkostwo Wielkiej Brytanii w NATO tego nie załatwia, ale znacznie ułatwia. Bruksela mogłaby włączyć Londyn chociażby do wspólnego parasola jądrowego. Kłopot w tym, że w wizji Paryża to Francja miałaby samodzielnie kontrolować ten parasol, stając się mini Waszyngtonem, ale jeśli sytuacja w Europie i na świecie będzie się nadal zaogniać, być może zmieni się optyka nad Sekwaną.

Czytaj także Polityka w USA już polaryzuje się wokół AI. Zagrożenie dla klasy średniej i walka o regulacje Jakub Majmurek

Poza tym nie należy zapominać o możliwości poszerzonej współpracy regionalnej. Nad Bałtykiem funkcjonuje już grupa NB8 (państwa nordyckie i bałtyckie) oraz Rada Państw Morza Bałtyckiego, która obejmuje także Polskę i Niemcy. Funkcjonuje też tak zwana bukaresztańska dziewiątka, chociaż raczej w zamrożeniu. Wszystkie te inicjatywy mogłyby zostać rozszerzone o nowe obszary i stać się realnymi podmiotami, uzupełniającymi UE i NATO. Siły zbrojne państw Morza Bałtyckiego mogłyby zostać realnie połączone, by podzielić się obowiązkami wedle specjalizacji – przykładowo Skandynawowie odpowiadaliby za obronę morza i przestworzy, Polska za lotnictwo i siłę ogniową, a Bałtowie stworzyliby na swoim terenie infrastrukturę, która stanowiłaby wysunięte bazy (ale nie dla 2 tys. żołnierzy, tylko 20 tys.). Oczywiście nie stanowiłoby to tak silnego odstraszania, jak 20 tys. amerykańskich żołnierzy, ale dawałoby agresorowi świadomość, że atak spotka się z automatyczną odpowiedzią, także ofensywną (z Estonii do Petersburga jest przecież rzut rakietą).

Większość wyżej zarysowanych kierunków już jest rozwijana. UE jest dosyć silnie powiązana z Tokio, Seulem, Ottawą czy Canberrą, spotkania na szczycie z Londynem są ostatnio bardzo częste, a nad Bałtykiem powstają równolegle polska Tarcza Wschód i Bałtycka Linia Obrony. Zamiast pchać się do radykalnie niemądrej wojny z Iranem, lepiej intensywnie rozwijać te kierunki, licząc, że Waszyngton w końcu się opamięta i wróci do dobrych stosunków z Europą.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie