Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Ukraiński socjalista na froncie. Pytania o wojnę i pokój

„Antywojenni” lewicowcy zdają się kierować następującą logiką: „To my sprowokowaliśmy tę wojnę, dlatego teraz ofiary należy ograbić i rzucić na pożarcie wilkom”. Rozmowa opublikowana w magazynie Jacobin.

Rozmowa
Walka

Taras Bilous, wcielony do armii Ukrainy socjalista, od dawna wzywa do międzynarodowej solidarności z ukraińskim narodem, który walczy z najeźdźcą. Krytykuje lewicowe głosy popierające odcięcie zachodniej pomocy dla Kijowa, twierdząc, że byłaby to nagroda dla rosyjskiego agresora. W wywiadzie udzielonym Sashy Talaver wyjaśnia, dlaczego Ukraińcy coraz głośniej domagają się zawieszenia broni, jednak nie chcą przystać na pokój, który nie zagwarantuje ich krajowi bezpieczeństwa w przyszłości.

Sasha Talaver: Od blisko czterech lat jesteś w wojsku. Czym się teraz zajmujesz? Jak się czujesz?

Taras Bilous: Jestem operatorem dronów odpowiedzialnym za rozpoznanie powietrzne. Obecnie przebywam na urlopie, dochodzę do siebie po doznanych obrażeniach. W ciągu ostatnich trzech lat nie miałem tyle wolnego czasu, co teraz. Czuję się dobrze. W mojej wątrobie nadal tkwi fragment szrapnela, ale poza tym wróciłem do pełni sił. Aktualnie przebywam w Kijowie u rodziców, niedługo skończy mi się urlop.

Jaka sytuacja panuje w Kijowie po rosyjskim ostrzale infrastruktury energetycznej?

W końcu zaczęło się ocieplać, więc sprawy idą ku lepszemu. Najgorsze za nami. Nie powinno być już takich siarczystych mrozów. Co do zasady wszystko zależy od lokalizacji. Są takie miejsca, gdzie od stycznia nie działa ogrzewanie. Najtrudniej było ludziom ubogim czy z niepełnosprawnościami.

Czytaj także Ukraińcy mają już dość narracji o swojej odporności Paulina Siegień

Na pewno była to najcięższa jak dotąd zima dla cywilów. Ale i tak dla wielu osób spoza grup szczególnie zagrożonych najtrudniej było jesienią 2022 roku, kiedy Rosja po raz pierwszy zaczęła ostrzeliwać ukraińską infrastrukturę energetyczną. Wtedy zgasły światła, przestały działać wodociągi, Internet, sieć mobilna – awarie często trwały przez cały dzień. Teraz nawet jeżeli nie ma prądu, to chociaż jest woda i stabilna komunikacja.

W lutym 2022 roku napisałeś słynny już list do zachodniej lewicy, w którym skrytykowałeś ją za to, że utrzymuje, iż jej naczelny wróg znajduje się we własnym kraju oraz za brak solidarności ze zbrojnym oporem wobec rosyjskiej inwazji. Jak oceniasz sytuację teraz, odkąd Donald Trump zaczął naciskać na negocjacje?

Uważam, że porażka Trumpa w rokowaniach pokojowych tylko potwierdza napisane przeze mnie wówczas słowa: „Próżne jest nawoływanie do dyplomacji, jeżeli abstrahuje się od stanowisk negocjacyjnych, konkretnych ustępstw, nie dostrzega braku woli stron do przestrzegania podpisanego ewentualnie porozumienia”. Jeżeli chodzi przykładowo o zawieszenie broni, Ukraina już od kwietnia 2025 roku opowiada się za bezwarunkowym wstrzymaniem działań wojennych, jednak Rosja wciąż nie chce na to przystać.

Jak oceniasz postępy w rokowaniach pokojowych?

W zasadzie dopiero od niedawna można w ogóle mówić o tym, że toczą się jakiekolwiek realne negocjacje. Bo to, czego byliśmy świadkami w ciągu ostatniego roku, było jedynie pokazówką Trumpa. Zaangażował się w rokowania nie mając pojęcia, o co chodzi, pełen idiotycznych iluzji, i tylko zamącił.

Kiedy wygrał Trump, uznałem, że nasza sytuacja najprawdopodobniej się pogorszy, ale przyznaję, że gdzieś w głębi duszy tliła się nadzieja, że mimo wszystko nastąpi jakiś cud. Choć Trump to ostatnia osoba, u której chciałbym szukać pomocy, to jednak na niczym nie zależy mi równie mocno, jak na tym, by ta przeklęta wojna wreszcie się skończyła – podobnie jak innym Ukraińcom. Niestety, bardzo szybko okazało się, że nie należy spodziewać się niczego dobrego.

Co ważne, Trump wrócił do Białego Domu w momencie, kiedy tak Ukraina, jak i Rosja były już bardzo wyczerpane, choć z pewnością nie tak bardzo, jak teraz. Po nieudanej kontrofensywie w 2023 roku argument, że „nie możemy zostawić naszych ludzi pod okupacją”, stał się bezzasadny. W 2024 roku w Ukrainie, w tym również w szeregach wojska, nastroje zaczęły stopniowo zmieniać się na rzecz zamrożenia konfliktu. Rokowania pokojowe rozpoczęłyby się bez względu na to, kto wygrałby w amerykańskich wyborach. Wydaje się, że rząd ukraiński również zdawał sobie z tego sprawę. Próbę wzmocnienia jego pozycji przed negocjacjami stanowił m.in. szczyt pokojowy w Szwajcarii w 2024 roku i operacja kurska.

Uważam, że wielu zachodnich analityków nie rozumie, że Wołodymyr Zełenski zmienia obecnie swoje podejście do zawieszenia broni nie z powodu presji ze strony Trumpa, ale przede wszystkim pod wpływem zmiany nastrojów wśród ukraińskiego społeczeństwa oraz rzeczywistej sytuacji na froncie. Zełenski już w listopadzie 2024 roku zaczął nieco ustępować i zgodził się na ewentualne zamrożenie konfliktu, odstępując od żądania zwrotu wszystkich okupowanych ziem przez Rosję. Wszystko zdawało się popychać go w tym kierunku. Już od wiosny 2024 roku wszelkie wzmianki na temat granic Ukrainy z 1991 roku miały charakter raczej sarkastyczny.

Czy zmieniły się również opinie w wojsku?

Jasne. Być może nawet wcześniej, niż w samym społeczeństwie. Po raz pierwszy słyszałem rozmowy żołnierzy – tych, którzy walczyli pod Bachmutem, a następnie zostali przeniesieni na tyły – o tym, że dobrze byłoby zamrozić konflikt, jesienią 2022 roku. Ale taki pogląd należał wówczas do rzadkości. Po pomyślnej operacji pod Charkowem dominował optymizm. Sytuacja zaczęła stopniowo ulegać zmianie w 2024 roku.

W jaki sposób na inicjatywy Trumpa zareagowali ludzie z twojej jednostki?

Początkowo reakcje były mieszane: pojawiły się obawy, że Trump odetnie pomoc wojskową, ale równocześnie nadzieja, że wojna wreszcie się skończy. Jednak stopniowo rozmowy na ten temat cichły. Kiedy jesienią ubiegłego roku światło dzienne ujrzało dwadzieścia osiem punktów, niektórzy zagraniczni dziennikarze pytali mnie, co na to zwykli żołnierze, ale ja nie potrafiłem udzielić odpowiedzi, bo miałem wrażenie, że już nikt nie zwraca na takie rzeczy uwagi. Generalnie żołnierze rzadko rozmawiają na podobne tematy. Każdy jest zajęty swoimi codziennymi obowiązkami. W tamtym czasie uwagę mojego oddziału najbardziej zaprzątały myszy w okopach, a nie Trump.

Ale Ukraina była gotowa na zamrożenie konfliktu.

Tak, ale żeby wojna się skończyła, konieczne było wywarcie przez Trumpa większej presji na Rosję. Zamiast tego doczekaliśmy się farsy i czerwonego dywanu rozwiniętego dla Władimira Putina na Alasce. Oczywiście Ukraina Trumpowi zwisa, dlatego wydawało mu się, że szybko osiągnie pokój, zmuszając Ukrainę do przystanięcia na rosyjskie warunki. Tymczasem nie rozumie ani Ukrainy, ani Rosji. Jeżeli naprawdę zależało mu na szybkim zakończeniu wojny, to jego działania przyniosły efekt odwrotny do zamierzonego. Trump mógłby napisać poradnik pt. Sztuka niedochodzenia do porozumienia.

Czytaj także Musimy opowiedzieć sobie Rosję. Trzeba ją znać, by umieć się z nią zmierzyć Stasia Budzisz

Rezygnował z kolejnych postulatów, odstąpił od żądania bezwarunkowego zawieszenia broni, dał Putinowi więcej, niż ten chciał: uznanie i drogę wyjścia z międzynarodowej izolacji. Krótko mówiąc, Putin przez cały rok robił z niego głupca i najwyraźniej dopiero po lekcji historii na Alasce Trumpowi zaczęło świtać, z kim ma do czynienia. Teraz jednak Rosjanie odrzucają wszelkie propozycje, przywołując „ducha Anchorage”. To wszystko zasługa Trumpa.

Ale wspomniałeś, że w końcu zaczęły się prawdziwe rokowania. Dlaczego prawdziwe?

Po pierwsze, rozpoczęły się bezpośrednie negocjacje między Ukrainą i Rosją, bez całego tego show, w którym „mocarstwa” uzgadniają coś bez udziału Ukrainy.

Po drugie, zmienił się skład osobowy delegacji, a co za tym idzie – charakter rokowań. Pomijając okoliczności polityczne, konieczne jest rozstrzygnięcie ważnych kwestii technicznych, w szczególności tego, jak zawieszenie broni będzie nadzorowane. Tego typu kwestie techniczne lepiej uzgodnić jeszcze zanim otworzy się droga do porozumienia na płaszczyźnie politycznej. W kwestiach politycznych Rosja nadal wysuwa warunki niemożliwe do zaakceptowania przez Ukrainę, dlatego mamy impas.

Po trzecie, w październiku Trump wreszcie zaczął wywierać presję na Rosję i nałożył nowe sankcje na rosyjskie koncerny naftowe. To wciąż za mało, ale zawsze coś.

Ponadto w ubiegłym roku rosyjska gospodarka w końcu zaczęła borykać się z poważnymi problemami, zmierzając ku stagnacji. Trudno na razie mówić o załamaniu, jednak problemy gospodarcze narastają. Rosja wydała już większość swoich funduszy rezerwowych w poprzednich latach na pokrycie konsekwencji sankcji i inwestycje w kompleks militarno-przemysłowy.

Jakie jest twoje zdanie w najbardziej naglącej kwestii dotyczącej negocjacji, czyli na temat gwarancji bezpieczeństwa?

Spójrzmy na to trzeźwym okiem. W kontekście załamania międzynarodowego porządku nie można już polegać na żadnych pisemnych gwarancjach. Dla Ukrainy istnieją dwie główne gwarancje bezpieczeństwa: armia i to, że Rosja poniosła dotkliwe straty w trakcie tej wojny. Następnym razem dobrze się zastanowią, zanim nas zaatakują.

Czytaj także 64 proc. Ukraińców wierzy, że za 10 lat ich kraj będzie kwitł i należał do UE Edwin Bendyk

Jeżeli chodzi o same negocjacje, porównajmy je z rokowaniami w Istambule wiosną 2022 roku, kiedy to Rosjanie domagali się od Ukrainy ograniczenia liczebności wojska do 85 tys. żołnierzy i żołnierek. Teraz domagają się tego samego, ale już nikt nie pozwala sobie rzucać takimi śmiesznymi liczbami. Wtedy żądali przyznania Rosji prawa weta wobec pomocy wojskowej dla Ukrainy w razie napaści. Byłoby to równie wartościowe porozumienie, co Memorandum budapesztańskie z 1994 roku. Ukraina nie mogła się na to zgodzić. Nie znamy wszystkich warunków stawianych obecnie przez Rosję, ale wydaje się, że odstąpili od żądania takiego weta.

Zdaniem niektórych autorów Ukraina i Rosja były blisko podpisania układu pokojowego w Istambule, jednak wszelkie nadzieje na pokój pogrzebał Boris Johnson.

Nie rozumiem, dlaczego wciąż się do tego wraca. Przecież opublikowano już projekt porozumienia w sprawie gwarancji bezpieczeństwa, ukazał się też artykuł Samuela Charapa i Siergieja Radczenki opisujący tamte rokowania. Wynika z nich, że nawet w tamtym porozumieniu istniały między obiema stronami zasadnicze różnice stanowisk w kluczowych kwestiach. Co więcej, w tamtym czasie nawet nie podjęto kwestii terytorialnych, które odroczono na czas osobistego spotkania między Zełenskim i Putinem. Teraz toczą się rozmowy na dotyczące ziem, a jest to temat najtrudniejszy. Zresztą, zdaniem Ilji Matwiejewa, rosyjskiego lewicowego politologa, Charap i Radczenko przeceniają chęci Putina do przystąpienia nawet na warunki, które były przedmiotem tamtych negocjacji.

Jeżeli zaś chodzi o kraje zachodnie, główny problem polega na tym, że nie zechciały dać Ukrainie gwarancji bezpieczeństwa, których pragnął Kijów, dlatego właśnie Ukraina chciała zaangażować w negocjacje m.in. USA. Ale nawet kraje, które zaproponowały gwarancje, obiecywały jedynie dalsze dostawy broni. A Ukraina chciała więcej. Jeśli zaś chodzi o tych, którzy wypisują, że Johnson storpedował proces negocjacyjny: jeżeli Zachód rzeczywiście zgodziłby się na udzielenie gwarancji bezpieczeństwa postulowanych przez ukraiński rząd, to właśnie tacy autorzy jako pierwsi sprzeciwiliby się temu. Oznaczałoby to bowiem, że w razie rosyjskiej agresji Zachód musiałby dołączyć do wojny po stronie Ukrainy.

Jeżeli zatem dobrze rozumiem, uważasz, że najlepszym w tym momencie rozwiązaniem byłoby zamrożenie konfliktu. Czy jednak nie wiązałoby się z tym znaczne ryzyko?

Oczywiście, ryzyko istnieje. Przy czym nie chodzi tylko o ryzyko wybuchu kolejnej wojny, ale również o konsekwencje polityczne, gospodarcze i migracyjne zamrożonego konfliktu. Im bardziej Ukraińcy będą postrzegać prawdopodobieństwo wybuchu nowej wojny za prawdopodobne, tym więcej ludzi opuści kraj po zakończeniu aktualnego konfliktu. Nawiasem mówiąc, gdyby rzeczywiście była możliwość skierowania europejskich wojsk na Ukrainę, byłoby to istotne nie tylko dla uniknięcia kolejnej rosyjskiej agresji, ale uspokoiłoby ludzi. To, czy Ukraina będzie w stanie odeprzeć przyszłą agresję, w dużej mierze zależy od tego, jak społeczeństwo będzie postrzegać wyniki obecnej wojny. Codziennie płacimy bardzo wysoką cenę za to, że wciąż stawiamy opór najeźdźcy, a z tym wiążą się kolejne ryzyka.

Czytaj także „Ukropolin”: rosyjska propaganda w Polsce już wygrała, a najgorsze przed nami Adam Sokołowski

Nawet jeżeli Ukraina otrzyma formalne gwarancje bezpieczeństwa, po jakimś czasie od zawieszenia broni i tak może nastąpić nowa rosyjska inwazja, w warunkach znacznie dla nas gorszych niż obecne. Zakończyłaby się okupacją większości Ukrainy. Jeżeli jednak będziemy ciągnąć aktualną wojnę, istnieje ryzyko, że linia frontu w końcu się załamie, a wynik będzie równie zły. Nie uważam, że należy prowadzić wojnę pozycyjną, dopóki nie okaże się, która strona ma większe zapasy siły.

Sytuacja na froncie nie jest taka zła, byśmy musieli przystąpić na rosyjskie warunki, z których wiele jest nie do przyjęcia, ponieważ zwiększałyby ryzyko nowej napaści. Zwłaszcza chodzi tu o rosyjskie żądanie poddania nieokupowanej części Donbasu bez walki. Nie możemy jednak pozwolić sobie również na cele maksymalistyczne. Traktowanie tej kwestii jako problemu teoretycznego to luksus, na który nas nie stać. Bo gra toczy się o nasze życie.

Co powiedziałbyś tym, którzy twierdzą, że nie grozi nam nowa rosyjska agresja?

Jeżeli są tego tacy pewni, niech złożą publiczną przysięgę, że w razie nowej inwazji osobiście stawią się do walki z rosyjską armią. W przeciwnym razie ich słowa nie mają żadnej wartości.

Kreślisz bardzo ponury obraz. Czy jest jakakolwiek nadzieja na przyszłość?

Nawet w najlepszym wypadku przyszłość Ukrainy maluje się w ciemnych barwach. Bez względu na wszystkie powojenne projekty odbudowy Ukraina nigdy do końca nie podniesie się ze strat poniesionych przez nas w tej wojnie.

Zresztą, dotyczy to nie tylko Ukrainy. Nawet jeżeli to Rosja zdecydowanie zwycięży w tej wojnie, nie odzyska swojego dawnego wpływu na arenie międzynarodowej. Bez względu na to, ile uda jej się przejąć ziem pod okupację, ta wojna pociągnie za sobą poważne konsekwencje dla rosyjskiej gospodarki i szeroko pojętego społeczeństwa. Rosja zapłaciła za mocarstwowe ambicje Putina swoją przyszłością.

Jedynej nadziei można upatrywać w upadku reżimu Putina. Być może pomoże w tym zawieszenie broni. O ile dobrze rozumiem, wśród rosyjskich elit i społeczeństwa dominuje pogląd, że pełnoskalowa inwazja była błędem Putina, ale skoro wojna już wybuchła, nie można ryzykować przegranej. Po wojnie pytanie o to, dlaczego zapłaciliśmy tak wysoką cenę, nabierze ostrości.

Czytaj także Konfederacja razy dwa. Jak wojna w Ukrainie przetasowała polską scenę polityczną Jakub Majmurek

Generalnie trwały pokój może przynieść tylko i wyłącznie upadek reżimu Putina. Dopóki to nie nastąpi, układ pokojowy – bez względu na warunki, do jakich zostanie zmuszona Ukraina – jedynie zamrozi konflikt. Niech się przechwala, kto chce, że „załatwił nam pokój”. Prawda jest taka, że Europa Wschodnia wciąż będzie żyć w obawie przed nową rosyjską agresją. Nawet jeżeli Ukraina zostanie zmuszona do kapitulacji, w rezultacie nie nastanie pokój, tylko opór wobec okupacji, który będzie realizowany z użyciem innych środków.

Ale przecież nic nie trwa wiecznie, nawet ten reżim prędzej czy później upadnie. Najwyraźniej jednak wielu zachodnich autorów i polityków, w obawie przed destabilizacją Rosji po upadku Putina, nie rozumie, że im później do tego dojdzie, tym poważniejsze będą tego konsekwencje. Uważam, że z takich właśnie obaw wynikała nadmierna ostrożność administracji Bidena, która doprowadziła do przeciągania się tej wojny, a co za tym idzie: do śmierci tysięcy osób, zniszczenia miast i ogólnie do znacznie poważniejszych konsekwencji społeczno-gospodarczych.

Czy szanse Ukrainy na zwycięstwo były większe na początku wojny?

Na pewno. Takie szanse były realne do późnej jesieni 2023 roku. Straty i porażki poniesione wtedy przez Rosję doprowadziły do buntu Jewgienija Prigożyna. Gdyby straty Rosji były jeszcze większe, mogłoby to jeszcze bardziej zdestabilizować rosyjski reżim. Niestety, tak się nie stało, po części z powodu błędów popełnionych przez dowództwo Ukraińskich Sił Zbrojnych, jednak w większym stopniu w wyniku nadmiernej ostrożności administracji Bidena i UE. Zbyt długo opóźniali dostawy broni, początkowo odmawiając dostaw konkretnych rodzajów, a kiedy wreszcie broń przekazali, było za późno. Nasze szanse gwałtownie spadły, kiedy konflikt przerodził się w wojnę pozycyjną.

Jedno z żądań Kremla to przeprowadzenie wyborów prezydenckich w Ukrainie. Wydaje się, że ukraińskie władze niedawno zmieniły swoje stanowisko w tej sprawie.

To ciekawe. Putin domaga się wyborów, żeby pozbyć się Zełenskiego, natomiast Zełenski chce wyborów, żeby utrzymać się przy władzy.

Czy ma szanse na wygraną?

Na pewno większe w wyborach, które odbędą się w trakcie wojny, niż po wojnie. Teraz ma tylko jednego realnego konkurenta, generała Wałerija Załużnego. W obliczu wojny starcia polityczne schodzą na drugi plan, ludzie stosują autocenzurę. Kiedy rozmawiam z dziennikarzami z zagranicy, mam wrażenie, że rozumieją tę ukraińską autocenzurę w rozmowach z zagranicznymi mediami, jednak ci sami dziennikarze nie rozumieją, jak dużo krytyki spada na władze w ukraińskich mediach tradycyjnych i społecznościowych. Po wojnie będzie tego jeszcze więcej. Pytania takie jak „dlaczego ponieśliśmy tak dotkliwe straty?” będą pojawiać się coraz częściej – nie tylko w Rosji, ale również w Ukrainie.

Chciałbym, żeby po wojnie Zełenski odszedł z polityki. Jeżeli jednak uda mu się przedłużyć kadencję do końca wojny, na pewno będzie trzymał się prezydenckiego fotela. Trudno przewidzieć, jaką formę przyjmie wówczas publiczne niezadowolenie.

Czytaj także Porozmawiajmy o korupcji w Ukrainie Olena Babakova

Zresztą sytuacja wygląda kiepsko nie tylko z perspektywy politycznej, ale również od strony prawnej. Zgodnie z konstytucją wybory w stanie wojennym są zakazane, tak samo zakazane jest wprowadzanie poprawek do konstytucji. Ustawa regulująca wybory w stanie wojennym, aktualnie przygotowywana przez parlament, może zostać uznana za niezgodną z konstytucją. Co więcej, Zełenski chce równolegle z wyborami przeprowadzić referendum, co jest sprzeczne z prawem. Centralna Komisja Wyborcza ogłosiła, że zorganizowanie samego procesu wyborczego potrwa pół roku od momentu zniesienia stanu wojennego, jednak władze najwyraźniej mają zamiar ten proces przeprowadzić znacznie szybciej. Nie bardzo rozumiem, jak chcą to zrobić.

Do czego Zełenskiemu potrzebne referendum?

Do uzyskania zgody na układ pokojowy i do tego, żeby społeczeństwo niosło za ten układ współodpowiedzialność. Referendum byłoby konieczne, jeśli Ukraina zostałaby zmuszona do uznania prawnie aneksji dokonanych przez Rosję. Ale na to nie zgadza się ani ukraińskie społeczeństwo, ani władze. Referendum jest niepotrzebne. To tylko kolejny przykład tego, że Zełenski nie chce podejmować trudnych decyzji. Takich przykładów w trakcie wojny mieliśmy dużo i były źródłem wielu problemów. Władze miały nadzieję, że wojna wkrótce się skończy, dlatego odkładały decyzje w trudnych kwestiach, aż w końcu było za późno. Naszą słabość militarną obecnie przypisuje się utracie pomocy wojskowej ze strony USA, a nie problemom wewnętrznym.

Jak decyzje polityczne Trumpa wpływają na przebieg wojny?

Nie jestem analitykiem wojskowym. Jako żołnierz znam sytuację na moim odcinku frontu, ale być może mniej rozumiem problemy natury ogólnej. Ogólnie uważam, że decyzje polityczne Trumpa najbardziej wpłynęły nie tyle na sytuację na linii frontu, co w ukraińskich miastach na tyłach. Od USA jesteśmy najbardziej uzależnieni, jeżeli chodzi o ochronę powietrzną. Nie możemy skutecznie bronić przed rakietami miast na tyłach bez systemów Patriot. Decyzje polityczne Trumpa to jedna z przyczyn gwałtownego wzrostu liczby ofiar cywilnych w ubiegłym roku. Ich pokłosiem jest również obecna dramatyczna sytuacja w sektorze energetycznym.

Natomiast na froncie skutki nie były aż tak poważne. Być może większy wpływ miało zablokowanie w 2024 roku w Kongresie przez republikanów nowej pomocy wojskowej na sześć miesięcy. Udało nam się znacząco zmniejszyć uzależnienie od amerykańskiej pomocy wojskowej, co częściowo zrekompensowała nam Europa. Na przykład w 2022 roku bardzo ważne były wyrzutnie HIMARS [M142 High Mobility Artillery Rocket System – przyp. aut.], których znaczenie teraz już jest mniejsze. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz słyszałem o Javelinach. Pole walki bardzo zmieniło się dzięki dronom.

Przejdźmy teraz do bardziej cywilnych tematów. Jaka będzie twoim zdaniem ukraińska polityka po wojnie?

Po pierwsze, żeby ukraińska polityka istniała, Ukraina musi przetrwać w nienaruszonym stanie. Po drugie, odpowiedź zależy moim zdaniem mocno od wyników wojny i warunków zawartego pokoju. Z pewnością jednak polityka wyraźnie się zmieni.

Tradycyjni ukraińscy oligarchowie dużo przez wojnę stracili. Chodzi nie tylko o straty gospodarcze. Wielu znalazło się pod presją polityczną, na pięciu z dziesięciu najbogatszych ukraińskich oligarchów Zełeński nałożył sankcje. Ihor Kołomojski, który w 2019 roku pomógł Zełenskiemu wygrać, od 2023 roku przebywa w areszcie. Znacznie spadły wpływy telewizji kontrolowanej przez oligarchów. Jednocześnie zrodził się nowy kompleks militarno-przemysłowy, z czego po wojnie wyłonią się z pewnością nowi polityczni przedsiębiorcy.

A ukraińska skrajna prawica?

Tu też zależy od wyniku wojny. Jeżeli będzie postrzegany jako porażka, skrajna prawica może twierdzić, że poradziłaby sobie lepiej, i wielu w to uwierzy. Przez lata zgromadziła wystarczający kapitał symboliczny, który będzie jej tutaj sprzyjać. Jeżeli wynik będzie postrzegany jako zwycięstwo, nawet jeśli tylko częściowe, skrajnej prawicy trudniej będzie przekuć swoje sukcesy militarne na kapitał polityczny.

Czytaj także Czy trumpizm zbuduje paneuropejski patriotyzm? Galopujący Major

Wpływy skrajnej prawicy prawdopodobnie wzrosną w porównaniu z okresem przedwojennym. Tak się dzieje praktycznie wszędzie na świecie. Jednak nie jestem tego stuprocentowo pewien. Po Majdanie też wydawało się początkowo, że czeka nas ofensywa skrajnej prawicy: Swoboda, będąca jedną z trzech głównych partii opozycyjnych, weszła w skład nowego, pomajdanowego rządu. Prawy Sektor był najsłynniejszą radykalną organizacją na Majdanie. Jednak potem Swoboda zaczęła tracić na znaczeniu, a Prawy Sektor nie był w stanie wykorzystać swojego sukcesu. Natomiast ruch Azow latami budował swoje struktury i próbował przyciągnąć młodych ludzi. W 2019 roku przez pewien czasy wydawało się, że będą mieli nową szansę, jednak zamiast tego skrajna prawica weszła w nowy kryzys.

Istnieje również „czynnik Trump”. Niektórzy przedstawiciele ukraińskiej skrajnej prawicy do 2025 roku popierali Trumpa, za co są teraz krytykowani. Można to porównać do Kanady, gdzie presja ze strony prezydenta USA osłabiła sondażowe wyniki konserwatystów i pomogła liberałom. Trudno jednak powiedzieć, na ile wpłynie to na sytuację w Ukrainie.

A co z ukraińską lewicą?

Nie ma co ukrywać, jesteśmy raczej słabi. Podobnie jak w innych krajach postsocjalistycznych, antystalinowska lewica w Ukrainie musiała zaczynać od zera. W odróżnieniu od Polski, Słowenii, Chorwacji i innych krajów, gdzie nowa lewica od 2014 roku odnotowała pewne zwycięstwa, w Ukrainie wskutek aneksji Krymu i wojny w Donbasie lewica uległa podziałom i osłabieniu.

Jednak inwazja z 2022 roku miała inny skutek. Doszło do reaktywacji. W 2023 roku odrodził się nawet związek studencki Akcja Bezpośrednia. Ale naszą działalność komplikuje stan wojenny i to, że wielu doświadczonych działaczy służy w wojsku. Niektórzy nawet zginęli na froncie, jak choćby anarchistyczny artysta Dawid Cziczkan, antropolog i autor piszący dla magazynu Spilne Jejwhenij Osijewski i inni. Nasz towarzysz, piszący dla magazynu Spilne rosyjski anarchista Dmitrij Petrow, również zginął w boju.

Czytaj także Załóż się o czystkę etniczną lub upadek miasta. Jak rynki prognostyczne wrzuciły nas w technologiczną dystopię Paweł Jędral

Ze względu na presję ze strony skrajnej prawicy działalność Akcji Bezpośredniej jest obecnie utrudniona. Na początku wojny skrajna prawica nie zawracała sobie nami głowy, dopiero w 2024 roku ponownie zaczęły rodzić się konflikty. Zmieniły się jednak okoliczności konfrontacji. Przykładowo w 2024 roku skrajna prawica próbowała zakłócić prezentację studenckiego zina w Odessie, jednak w obronie studentów wystąpili anarchistyczni weterani. W zeszłym roku lider rosyjskich neonazistów w Ukrainie, Denis Kapustin, przeprowadził prowokację na pogrzebie Dawida Cziczkana, jednak został obalony na ziemię przez anarchistycznych żołnierzy.

A co przyniesie przyszłość? Wszystko zależy od wyniku wojny. Paradoksalnie, jeżeli Ukraina przegra, wzrośnie wpływ skrajnej prawicy, a wówczas prawdopodobnie zanikniemy jako grupa. Nowe pokolenie lewicowców będzie musiało zaczynać od zera. Kolejny raz.

Obecnie wśród europejskich lewicowców toczy się dyskusja na temat zwiększania wydatków rządowych na obronę i zbrojenia. Co o tym sądzisz?

Nie znam się na problematyce europejskiej obrony i nieszczególnie mam czas, żeby zastanawiać się, na co dokładnie przeznaczane są w tej chwili środki z budżetu obronności w Europie. Współpracujemy z lewicą w Skandynawii. Wydaje mi się, że oni mają w tej kwestii dużo dobrych pomysłów. Przykładowo zaproponowali ogólnoeuropejskie embargo na sprzedaż broni do innych krajów z wyjątkiem Ukrainy. To świetny pomysł. Ale bezpieczeństwo międzynarodowe to temat na oddzielną, długą rozmowę.

Chciałbym jeszcze powiedzieć jedną rzecz: w mediach społecznościowych niektórzy europejscy lewicowcy opowiadający się przeciwko remilitaryzacji obwiniają za nią Ukrainę. Ale to argument obarczający winą ofiarę. Przyczyną nowego wyścigu zbrojeń nie jest ukraiński opór, tylko rosyjska inwazja. Jeżeli Ukraina przegra, militaryzację trzeba będzie zintensyfikować.

Jakie wnioski powinna wyciągnąć międzynarodowa lewica z pierwszego roku Trumpa w Białym Domu?

Takich wniosków nasuwa się wiele. Powiem o tych, które najbardziej mnie niepokoją. W ciągu ostatniego roku reakcyjny amerykański prezydent robił to, czego domagała się „antywojenna” lewica. I do czego to doprowadziło? Do jeszcze większej agresji, wzrostu liczby cywilnych ofiar i większych zniszczeń. Sytuacja uległa pogorszeniu. W związku z tym uważam, że wyznawcy postaw „antywojennych” powinni byli iść po rozum do głowy. Tak się jednak nie stało.

**
Rozmowa opublikowana w magazynie Jacobin. Dziękujemy za zgodę na przedruk. Z angielskiego przełożyła Dorota Blabolil-Obrębska.

Taras Bilous – ukraiński historyk, redaktor pisma „Commons: Journal of Social Criticism” oraz działacz organizacji Ruch Społeczny.
Sasha Talaver – lewicowa feministka z Rosji, doktorantka gender studies w Central European University w Wiedniu.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie