Świat

Popęda: Good luck, Detroit!

W czwartek późnym popołudniem wiadomość obiegła Amerykę – Detroit ogłosiło bankructwo. Tylko co to tak naprawdę oznacza?

Kto się boi Detroit? – to tytuł housowego klasyka Claude Von Stroke’a – hymn na cześć jednego z najbardziej fascynujących miast Ameryki i zarazem pocztówka z 2007 roku, gdy kluby Detroit były pełne, latarnie uliczne świeciły jasno, a płyty Eminema i samochody Chryslera sprzedawały się dobrze. Pomyślany jako prowokacja, bo mieszkańców Detroit cechuje bardzo charakterystyczna silna duma ze swojego miasta, w ostatnich dniach stał się rzeczywistością.

Proces upadku, który rozpoczął się 60 lat temu, właśnie dobiegł końca. Bum. W czwartek późnym popołudniem wiadomość obiegła Amerykę – Detroit ogłosiło bankructwo. Od marca w mieście urzęduje ekipa kryzysowa z „zarządzającym kryzysem” Kevynem Orrem na czele. Orr jest prawnikiem i specjalistą od bankructw, a także tarczą gubernatora Michigan Ricka Snydera przeciw oskarżeniom, że o losach czarnego Detroit decydują biali republikanie. Z tych, którzy „pozostali” (700 tysięcy z 1,8 miliona w 1950), jak się mówi od jakiegoś czasu o mieszkańcach Detroit, 80 procent stanowią Afroamerykanie, typowy elektorat demokratów. Dlatego Orr jest czarny, podobnie jak burmistrz Detroit Dave Bing, którego administracji nota bene miasto wciąż wypłaca (choć nie musi) sowite pensje.  

Mieszkańcy Detroit wzruszają ramionami. Stoicyzm. Miasto zbankrutowało? Przecież spodziewali się tego od dawna. Tylko co to tak naprawdę oznacza?

 

Nie trzeba było czwartkowej decyzji, żeby zobaczyć dziesiątki tysięcy opuszczanych budynków, nieczynne hydranty, miejskie parki zmienione w dżungle,  wygaszone latarnie uliczne i – jak chcą miejskie legendy – dzikie zwierzęta przechadzające się po downtown.

Detroit obudziło się z „amerykańskiego snu” już w latach 60., kiedy rezydenci zaczęli wyprowadzać się na suburbia, a miasto straciło monopol na auta, a nawet zaczęło outsoursować biznes gdzie indziej. W rezultacie od dłuższego czasu w opustoszałej metropolii nie ma komu płacić podatków. Wszyscy – rząd, biznesmeni, przedstawiciele związków zawodowych – zgadzają się, że dotychczasową strategią było ignorowanie problemu.

Do 2008 było nawet zabawnie: Detroit pokazywano sobie jako ponowoczesny fenomen – miasto z zanikającym centrum, z  pustym sercem. Ale od czasów „wielkiego kryzyzu” miasto tonie w długach, nie będąc w stanie utrzymać swoich 139 mil kwadratowych i dostarczyć podstawowych usług obywatelom. Jak Ameryka długa i szeroka, ludzie z przerażeniem powtarzają sobie plotki o godzinnym oczekiwaniu na policję i horrorze cen benzyny. Oczywiście typowym lekarstwem na dziury w budżecie jest zaciąganie kolejnych pożyczek, żeby opłacić pensje i opiekę zdrowotną. Obecnie mówimy o 19 miliardach długu.

Gorzej już być nie może, a to znaczy  – według niektórych – że może być tylko lepiej. Decyzja o bankructwie była nieunikniona, twierdzą zgodnie Snyder i Orr. Jest ona warunkiem nowego startu. Wystarczy popatrzeć na biznes samochodowy. Przecież biali republikanie już raz „uratowali Detroit”. Od czasu kiedy Chrysler ogłosił bankructwo, firma nie tylko zdążyła się odbić od dna i spłacić swoje długi, ale obecnie błyszczy jasno na firmamencie, podobnie jak GM i Ford, który w 2010 był znów najbardziej dochodowym wytwórcą samochodów w Ameryce.

Problem w tym, że Detroit to nie auta, a miasto to nie firma. Dzień po ogłoszeniu bankructwa sąd zdecydował, że czwartkowa decyzja jest niekonstytucyjna, a pensje i emerytury są nienaruszalne. Orr zdążył już wnieść apelację, podkreślając przy tym, że czuje ciężar tej decyzji szczególnie, ponieważ jego matka korzysta z takiej właśnie pensji. Zdaniem Orra dłużnicy Detroit i przedstawiciele pracowników sektora publicznego będą musieli mocno obniżyć swoje oczekiwania. Oznacza to cięcia w pensjach, niewypłacone emerytury i dalsze redukcje w zakresie usług publicznych. 

Orr zamierza „przestrukturyzować dług”, przyciąć tu i tam i postawić Detroit na nogi przed jesienią 2014. Zdaniem gubernatora Snydera miasto nie może oczekiwać pomocy od rządu federalnego. Detroit ustala bowiem tutaj precedens. Nowy Jork w latach 70. i Filadelfia w 90. rozważały możliwość ogłoszenia bankructwa, ale nigdy nie doszło do tak radykalnego rozwiązania. Jeśli administracja Obamy weźmie się za problemy Detroit, będzie to początek końca – inne amerykańskie miasta pójdą za niechlubnym przykładem. Jak zapewnia wiceprezydent Biden, rząd nie zamierza ratować (przynajmniej na razie) Detroit, choć obiecuje, że będzie partnerem w bolesnym procesie odbijania się od dna. Good luck, Detroit!

Obama jak na razie milczy, właściwie nie wypowiadając się w sprawie możliwości konkretnej pomocy. Jak zauważa „Washington Times”, w planowanej na ten tydzień podróży na Środkowy Zachód omija Detroit szerokim i dość ostentacyjnym łukiem. Ewidentnie boi się Detroit.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Agata Popęda
Agata Popęda
Korespondentka Krytyki Politycznej w USA
Dziennikarka i kulturoznawczyni, korespondentka Krytyki Politycznej w USA.
Zamknij