Węgry wspólnie ze Słowacją blokują kolejny pakiet unijnych sankcji na Rosję i atakują Kijów za rzekomy sabotaż ropociągu Przyjaźń, którym nad Balaton płynie paliwo z moskiewskiego kierunku. Bratysława wstrzymała również przesył energii elektrycznej nad Dniepr, co może pogłębić kryzys energetyczny w Ukrainie, szczególnie w metropolii kijowskiej. Budapeszt natomiast podgrzewa emocje wysyłając wojsko i służby do regionów graniczących z Ukrainą, rzekomo w celu ochrony infrastruktury krytycznej.
Trudno stwierdzić, w jaki sposób miałoby to przywrócić transport ropy rurociągiem Przyjaźń, który jest uszkodzony na terenie Ukrainy i być może też samej Rosji. Nawet jeśli przyjmiemy teorię forsowaną przez Viktora Orbána, według której Kijów celowo blokuje tranzyt paliwa, by utrudnić życie państwom UE i skłonić je w ten sposób do większego zaangażowania przeciw Kremlowi, to stacjonowanie węgierskiego wojska na pograniczu i tak niczego nie zmieni.
Już od około dekady Węgry są realnym problemem dla Unii Europejskiej, a w szczególności Europy Środkowo-Wschodniej. Co gorsza, balast ten trudno jest zrzucić, gdyż Węgrzy wbrew deklaracjom nie palą się do hunexitu, a UE nie posiada procedury usunięcia nielojalnego członka. Ma jednak możliwości stopniowego pozbawiania takiego państwa dostępu do funduszy unijnych, prawa głosu i partycypacji w europejskich programach i projektach integracyjnych. Oto siedem argumentów za tym, by otoczyć Budapeszt takim kordonem sanitarnym.
Rosyjski konsulat
Orbán regularnie atakuje Europę za rzekome podżeganie do wojny czy niepotrzebne jej przeciąganie. Gdyby Bruksela zahamowała strumień pieniędzy wspierających finansowo zaatakowane państwo ukraińskie, to Zełeński już dawno musiałby wywiesić białą flagę. Podobne uwagi pod adresem Kremla, który rujnuje swoją gospodarkę „specjalną operacją wojskową”, uzależniając się coraz bardziej od Chin i wysyłając tysiące swoich obywateli do przemielenia na froncie, premierowi Węgier przez usta nie przechodzą. Budapeszt nawet nie próbuje udawać, że w sprawie wojny nad Dnieprem jest przynajmniej bezstronny – jego pozycja jest jednoznacznie prorosyjska.
Dla środowiska politycznego Viktora Orbána wchłonięcie całej Ukrainy przez Moskwę byłoby całkiem dobrą wiadomością – odpadłoby ryzyko akcesji Kijowa do UE, co dla Budapesztu jest nie do przyjęcia. Węgierscy oligarchowie musieliby się podzielić dotacjami ze wspólnej polityki rolnej z wielkimi konglomeratami znad Dniepru, a Ukraina zaczęłaby konkurować z Węgrami o bezpośrednie inwestycje zagraniczne niskimi kosztami pracy. Europejskie ambicje Kijowa są dla Węgier problemem. Za to ukraińskie ambicje Moskwy mogłyby ten problem rozwiązać.
Oczywiście znajdziemy w UE także inne ukrainosceptyczne państwa – na przykład Słowację czy Bułgarię. Ich podejście jest jednak bardziej zniuansowane, a Bratysława i Sofia przynajmniej próbują tworzyć pozory neutralności. Budapeszt natomiast jest wręcz dumny z faktu, że stał się etatowym reprezentantem interesów Kremla w UE. Orbán przekonuje, że po prostu twardo stoi na straży interesów swojego kraju. To, co jest węgierską racją stanu, określane jest jednak przez węgierską klasę polityczną, która wybrała rolę 10-milionowego konsulatu Rosji w Europie Środkowej, gdyż pozwala to zarabiać na transferach tanich paliw ze Wschodu. Elity znad Balatonu w Moskwie widzą też ważnego sojusznika, który nie kręci nosem na łamanie przez Orbána standardów i procedur – bo sam ich nie przestrzega na znacznie większą skalę.
Trudny sąsiad
Opuszczenie UE przez Węgry dałoby wspólnocie większą swobodę w polityce zagranicznej oraz większą pewność, że informacje niejawne przekazywane unijnym partnerom nie są „puszczane dalej”. Węgry nieustannie sieją też ferment w regionie, roszcząc sobie pretensje do terytoriów wszystkich państw dookoła. Orbán regularnie odwiedza węgierską diasporę zamieszkującą Rumunię i Słowację, gdzie nie tylko zajmuje się upowszechnianiem swojej propagandy, ale też podburza miejscowych przeciw państwom, które zamieszkują, i podgrzewa nadzieję na „odzyskanie” tych ziem przez Węgry. Mapa „Wielkich Węgier” wisi niemal w każdym budynku użyteczności publicznej: na dworcach kolejowych, w urzędach gmin czy w szkołach. W Polsce nikt poważny nie rozważa odzyskania utraconych kresów wschodnich, tymczasem nad Balatonem odebranie utraconych w wyniku traktatu z Trianon ziem to jeden z fundamentów polityki państwa. Tworzy to atmosferę wrogości między państwami Europy Środkowej i degraduje zaufanie między członkami UE.
System oligarchiczny
Elity Fideszu, atakujące UE i jej poszczególnych członków przy każdej możliwej okazji, w rzeczywistości są niezwykle zadowolone z dostępu do unijnego rynku i – coraz częściej odcinanych – funduszy unijnych, które trafiają w dużej części do sieci oligarchów zgromadzonych wokół Orbána. Węgry są tak naprawdę jedynym państwem stricte oligarchicznym w całej Unii. Oligarchów znajdziemy w Czechach czy Bułgarii, jednak w żadnym z tych państw nie stworzyli oni tak sprawnie działającego systemu, który zapewnia im stałe źródło finansowania i wpływy. Według raportu Transparency International Hungary w latach 2018-2020 firmy należące do László Szíjja zdobyły zamówienia publiczne o łącznej wartości ponad 626 miliardów forintów, czyli 7 mld złotych w ciągu zaledwie trzech lat. W tym okresie przedsiębiorstwa Szíjja zgarnęły dwie trzecie pieniędzy, o które ubiegały się w przetargach publicznych.
W ciągu tych trzech lat przedsiębiorstwa László Szíjja zdobyły jedną dziesiątą kontraktów publicznych pod względem wartości. Firmy Lőrinca Mészárosa zyskały kolejne 7 procent. Na trzecim miejscu znalazł się Gyuli Balásy, którego spółki zdobyły 3 proc. kontraktów publicznych, co oznacza, że państwo zapłaciło im równowartość niespełna 3 mld złotych. Na tym tle nawet największe skandale finansowe z czasu rządów PiS, takie jak afera związana z pandemicznymi zakupami RARS (ok. pół miliarda złotych), wyglądają na niepoważne.
Ciemny horyzont
Orbán zabetonował system nie tylko na poziomie zamówień publicznych, ale też samej polityki. Podporządkował sobie zarówno media publiczne, jak i dużą część mediów prywatnych. Zgromadzeni wokół niego oligarchowie dysponują tak dużymi środkami finansowymi, że nikt nie może z nimi rywalizować w tradycyjny sposób, gdyż każdego potencjalnego konkurenta obecnego premiera Węgier mogą finansowo „przykryć czapkami”. Na kolejne zwycięstwa wyborcze Fideszu pracuje też całe państwo, wspierając rządową propagandę nie tylko w kampanii wyborczej, ale przez cały czas.
Orbán dostosował też pod siebie skomplikowany węgierski system wyborczy, łączący wybory proporcjonalne z większościowymi. Okręgi wyborcze zostały przebudowane w taki sposób, by regiony głosujące zwykle za Fideszem dysponowały większą liczbą mandatów niż duże miasta i stolica. Nad Balatonem obowiązuje bardzo wysoki próg wyborczy dla koalicji – 10 proc. dla dwóch partii i aż 15 proc. dla list tworzonych przez trzy partie lub więcej. Dzięki przebudowie systemu wyborczego Fidesz mógł zdobywać większość konstytucyjną 2/3 zdobywając ok. 50 proc. głosów. Poza tym nigdzie nie jest powiedziane, że główny kontrkandydat Orbána – Peter Magyar z partii Tisza – po przejęciu władzy doprowadzi do realnej zmiany. Odwołuje się on regularnie do tych samych sentymentów, co ugrupowanie obecnego premiera, poza tym sam wywodzi się z Fideszu, z którego odszedł z powodu konfliktów personalnych.
Korupcja i malwersacje
Węgry są też jednym z tych beneficjentów funduszy unijnych, którzy nieprawidłowo wydają ogromną część środków. W lipcu 2024 roku unijny organ OLAF zakończył śledztwo dotyczące węgierskiego mechanizmu korupcji, który obejmował łapówki i malwersacje przy 112 projektach finansowanych przez UE, których wartość sięgnęła ok. 75 milionów euro. OLAF zasugerował węgierskim organom ścigania, by przedstawiły zarzuty 54 osobom. Unijna agencja ujawniła także nieprawidłowości przy budowie czwartej linii metra, której całkowity koszt wynieść ma 1,5 mld euro. Nieprawidłowości dotyczyć miały aż ponad pół miliarda euro, czyli jednej trzeciej kosztu inwestycji.
Węgry regularnie zdobywają ostatnie miejsce w UE w indeksie percepcji korupcji. W 2024 roku znalazły się na 82. miejscu na świecie, wspólnie między innymi z Kubą, RPA, Tanzanią i Burkiną Faso. Oczywiście korupcja nad Balatonem nie pojawiła się wraz z dojściem do władzy Orbána. Już za czasów postkomunisty Ferenca Gyurcsányego jej poziom był niezwykły jak na państwo Unii Europejskiej, co zresztą zakończyło się masowymi protestami w 2006 roku, które finalnie doprowadziły do przejęcia władzy przez Fidesz.
Państwo środka
Budapeszt zbyt mocno wziął do siebie położenie w Europie Środkowej, stając się główną lokalizacją inwestycji Państwa Środka w Europie. Chiny wybudowały nad Balatonem między innymi fabrykę baterii firmy CATL oraz montownię samochodów marki BYD. W ciągu ledwie pięciu poprzednich lat Chiny zainwestowały na Węgrzech równowartość 17 mld euro. Budapeszt jako pierwszy w UE dołączył również do inicjatywy Nowego Jedwabnego Szlaku, dzięki czemu Węgry stały się jednym z europejskich centrów przeładunkowych dla paczek towarów kupowanych w chińskich sklepach internetowych. Według danych podanych przez ministra spraw zagranicznych Petera Szijjártó około 95 procent chińskich towarów lądujących na lotnisku w Budapeszcie jest następnie transportowana do innych krajów.
Tak zwani rolnicy
Rozkradanie pieniędzy ze Wspólnej Polityki Rolnej (WPR) jest jednym z fundamentów systemu oligarchicznego Węgier. Jak wykazało śledztwo „New York Timesa”, węgierscy oligarchowie pochłaniali znaczną część pieniędzy z WPR, które przewidziano dla ich kraju. Viktor Orbán miał w tym swój znaczny udział. Premier sprzedał kilkaset tysięcy akrów państwowej ziemi rolnej, w większości politycznym sojusznikom. Odbyło się to na aukcji, jednak sprzedawane nieruchomości były tak duże, że niewielu rolników było w stanie sfinansować ich zakup. Wśród nabywców znalazł się między innymi oligarcha Lorinc Mészáros. Węgierskie rolnictwo przypomina pod względem struktury ukraińskie, gdyż oparte jest na bardzo dużych farmach i koncernach rolnych, a nie wielu mniejszych gospodarstwach, jak nad Wisłą. Według danych Eurostatu na Węgrzech nieruchomości rolne przekraczające 100 hektarów mają łączną powierzchnię 4,5 mln ha, tymczasem w znacznie większej Polsce było to łącznie 3,6 mln ha.
Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby Węgry odsunęły od władzy obecny układ oligarchiczny i zbliżyły się systemowo do innych państw Unii Europejskiej, ale nawet dojście do władzy partii Tisza Petera Magyara nie daje żadnych gwarancji, że tak się wydarzy.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.