🌍 Po początkowym złagodzeniu tonu w Davos administracja USA nadal sygnalizuje silne zainteresowanie Grenlandią, wskazując na potrzebę przeciwdziałania rozszerzaniu wpływów Chin i Rosji.
👁️ Rosja obserwuje to z dystansu. Historycznie Grenlandia nie była celem rosyjskiej ekspansji. Dziś Kreml zyskuje geopolitycznie dzięki sporom Zachodu, rozbudowując własną obecność w Arktyce.
Podczas spotkania z szefami firm naftowych w Waszyngtonie na początku stycznia 2026 roku Donald Trump oświadczył: „Zrobimy coś z Grenlandią, czy im się to podoba, czy nie, bo jeśli tego nie zrobimy, Rosja albo Chiny przejmą Grenlandię”. Ale 21 stycznia w Davos złagodził ton. Już nie zamierza używać siły. Dąży do „ram przyszłej umowy” z Danią i NATO. Wielu analityków uznało to za koniec kryzysu – oszukiwano się, że Trump wycofał się z gróźb po rozmowach z Markiem Rutte, sekretarzem generalnym NATO. Uruchomiono wstępne negocjacje między USA, Danią a Grenlandią. Eksperci w Kopenhadze i Nuuk odetchnęli z ulgą. „To sygnał, że Waszyngton rozumie granice” – komentował Lars Løkke Rasmussen, duński minister spraw zagranicznych.
Ale 14 lutego nad Monachijską Konferencją Bezpieczeństwa znów zawisł duch Trumpa-predatora. Sekretarz stanu USA Marco Rubio spotkał się tam z premierką Danii Mette Frederiksen i premierem Grenlandii Jensem-Frederikiem Nielsenem. Przez kwadrans ustalili, że rozmowy będą kontynuowane w ramach grupy roboczej USA-Dania-Grenlandia. Skupią się na „obawach o bezpieczeństwo” w Arktyce. Frederiksen skomentowała te piętnaście minut: „Niestety, pożądanie [Grenlandii przez Trumpa] jest takie samo. Jest bardzo poważny w tej sprawie”. Podkreśliła wagę ochrony suwerenności Grenlandczyków, mówiła o ich prawie do samostanowienia. „Oni bardzo jasno powiedzieli, że nie chcą stać się Amerykanami”. Nielsen uznał dyplomatycznie rozmowy za „właściwy kierunek”, ale nikt nie mówi już o porozumieniu. Jest niedziela 15 lutego, w naszej kuchni gra Polskie Radio 24 i komentator mówi właśnie o „nowej formie dyskusji”, którą prezentuje Rubio. A jednocześnie wskazuje, że sekretarz stanu dyplomatycznie powtórzył roszczeniowe żądania Trumpa.
Trump wyciąga więc ręce po Grenlandię i niezmiennie kreśli alternatywę: jeśli nie ja, to Chiny i Rosja. Obawa przed Pekinem ma podstawy. Chińska obecność w Arktyce to projekt obliczony na dekady. Łączy badania naukowe, inwestycje i dyplomację, budując trwałą infrastrukturę wpływu. Od dalekich odniesień kulturowych i historycznych, przez mongolskie ekspedycje XIII wieku torujące drogę do Syberii, po incydentalne kontakty w XIX-XX wieku, w tym Traktat Spitsbergeński z 1925 roku. Po 1949 roku, w cieniu zimnej wojny i kryzysów Mao, Pekin skupił się na Antarktydzie, ale przełom przyszedł w latach 90.: zakup lodołamacza Xue Long („Śnieżny Smok”) z Ukrainy w 1994 roku umożliwił pierwszą ekspedycję do kanadyjskiej osady Tuktoyaktuk pięć lat później – szok dla Ottawy i Waszyngtonu. Od 2004 roku działa chińska stacja „Żółta Rzeka” na Svalbardzie. Pekin zyskał status obserwatora w Radzie Arktycznej w 2013 roku, modernizuje flotę lodołamaczy i buduje atomowy lodołamacz od 2023 roku. W 2021 roku chińskie firmy pojawiły się na Grenlandii, ale mieszkańcy przerwali ich ekspansję. Co nie przeszkodziło Chińczykom wysłać w 2024 roku trzech lodołamaczy do Nuuk.
Jednak to nie Chiny – których ambicje są długofalowe i inwestycyjne – lecz Rosja, od trzech stuleci trzymająca się z dala od Grenlandii, może być kluczem do tej gry.
Rosja: inna logika, inna geografia
Szukając początków rosyjskiej polityki arktycznej trzeba patrzeć nie na Grenlandię, a na drugi koniec mapy – na Syberię i Pacyfik. To tam kształtowały się ambicje imperium.
Rosyjska ekspansja na północ zaczęła się za panowania Piotra Wielkiego. Car widział w północnych morzach jeden z instrumentów modernizacji państwa i sposób na wzmocnienie jego pozycji w Europie. Jak wskazują badacze, chodziło przede wszystkim o otwarcie morskich szlaków i włączenie imperium w globalny obieg handlowy. Marzono o uczynieniu z Rosji łącznika między Europą a Ameryką. Dlatego pod koniec życia, w 1725 roku, Piotr zlecił Vitusowi Beringowi – Duńczykowi służącemu we flocie rosyjskiej – zbadanie kwestii geograficznej: czy Azja łączy się z Ameryką.
Pierwsza ekspedycja kamczacka, która odbyła się w 1728 roku, potwierdziła, że między Azją a Ameryką istnieje przesmyk – ale obszary dalekiego północnego Pacyfiku i Alaski wciąż były słabo zbadane i mało znane europejskim żeglarzom. W latach 1733-1743 zorganizowano Wielką Ekspedycję Północną – jedno z największych przedsięwzięć badawczych XVIII wieku – której celem było systematyczne mapowanie północnych wybrzeży Syberii oraz rozpoznanie dróg prowadzących ku Pacyfikowi.
Ekspedycja, podzielona na kilka oddziałów, opisywała obszary od Morza Białego po rzekę Anadyr w rejonie Czukotki. W części pacyficznej wyprawy dowodził Bering: w 1741 roku statek „Święty Piotr” dotarł do wybrzeży Alaski, gdzie naturalista Georg Wilhelm Steller opisał nowe gatunki fauny, m.in. wybitą później „morską krowę” (syrenę morską, hydrodamalis gigas). Bracia Dmitrij i Charyton Łaptiewowie badali i mapowali obszary, które później nazwano Morzem Łaptiewów, zaś Siemion Czeluskin dotarł do najbardziej wysuniętego na północ punktu Eurazji, dziś zwanego Przylądkiem Czeluskin. Podczas wyprawy opisano też nieznane wcześniej Wyspy Kurylskie, Aleuty i Wyspy Komandorskie.
Symboliczna jest historia końca życia Beringa: rozbicie statku, przymusowe zimowanie w skrajnych warunkach i śmierć z wyczerpania na wyspie, która odtąd nosi jego nazwisko – to elementy tworzące mit rosyjskiej obecności na Dalekim Wschodzie. Jak podkreślają historycy, kierunek carskich ambicji był wtedy jednoznaczny – Pacyfik, nie Atlantyk.
Równolegle rozwijał się handel futrami, który stał się ekonomicznym motorem ekspansji rosyjskiej na wschód. Powstała Kompania Rosyjsko-Amerykańska, organizująca rosyjską aktywność w Ameryce Północnej i zakładająca osady na Alasce, w tym Nowy Archangielsk – dziś Sitka – pod koniec XVIII wieku. Sprzedaż Alaski Stanom Zjednoczonym w 1867 roku zamknęła tę fazę ekspansji. Decyzja była podyktowana kilkoma czynnikami: kosztami utrzymania odległych osad, trudnościami administracyjnymi oraz politycznymi i finansowymi priorytetami Imperium Rosyjskiego.
Równocześnie carskie ekspedycje tworzyły „arktyczny mit” oparty na podboju przestrzeni i podporządkowaniu jej państwu. W modelu tym kluczowe były Syberia i północno-wschodnie wybrzeża Eurazji. Ekspedycje takich badaczy jak Fiodor Litke czy Ferdinand von Wrangel potwierdzały ten wschodni priorytet. Ta logika – rozwijać własne północne terytoria, a nie sięgać po cudze – przetrwała carat i stała się dziedzictwem państwa w XX wieku. Nie znaczy to, że zdobycze Rosjan były pokojowe. Jak zaświadczył Benedykt Dybowski, wybitny naukowiec, polski zesłaniec na Syberię i Daleki Wschód, stosunek władz rosyjskich do autochtonów, np. na Kamczatce, był o wiele gorszy, niż władz amerykańskich do ludności rdzennej Alaski. Mimo to warto podkreślić, że ograniczanie się do własnego sektora polarnego to wyjątek w rosyjskiej i radzieckiej ekspansywnej doktrynie.
I tylko Podlasiak był blisko
W 1721 roku duński misjonarz Hans Egede na nowo włączył Grenlandię w orbitę Danii. Dla Rosji – rozbudowującej właśnie imperium na Syberii i Dalekim Wschodzie – nie miało to żadnego znaczenia. W carskich archiwach, planach strategicznych i raportach dyplomatycznych Grenlandia praktycznie nie występuje. Nie była celem ekspansji, nie stanowiła problemu, nie pojawiała się nawet jako punkt na mapie wart odnotowania.
Sprzedaż Alaski Stanom Zjednoczonym niczego nie zmieniła. Przez kolejne dekady – aż do wybuchu II wojny światowej – Grenlandia pozostawała poza realnym horyzontem Petersburga, a później Moskwy. Rosyjskie statki handlowe nie zawijały do Nuuk, carscy uczeni nie organizowali wypraw na grenlandzki ląd, a prasa jedynie relacjonowała międzynarodowe ekspedycje polarne na tę wyspę, nie łącząc ich z rosyjską racją stanu. Gdy pod koniec XIX wieku rozwijały się międzynarodowe projekty badawcze w Arktyce, Rosja wspierała te, które dotyczyły obszarów bliższych jej interesom.
Nie zmieniła tego nawet I wojna światowa, na nowo wykreślająca mapę wpływów. Dania, choć neutralna, wykorzystała wojnę do umocnienia swojej pozycji: w 1916 roku sprzedała USA Duńskie Indie Zachodnie, uzyskując w zamian zapewnienie, że Stany Zjednoczone nie będą kwestionować jej roszczeń do całej Grenlandii. Gdy w 1920 roku podpisywano traktat regulujący status Spitsbergenu, sowiecka już Rosja przystąpiła do niego bez najmniejszego odniesienia do Grenlandii. Rok później, gdy Kopenhaga oficjalnie ogłosiła suwerenność nad wyspą, protestowała jedynie Norwegia. Rosja milczała.
Grenlandia, choć geograficznie bliższa Europie niż Syberia, leżała poza rosyjskim systemem handlowym i komunikacyjnym. Nie oferowała zasobów, które napędzały rosyjską ekspansję, ani szlaków mających znaczenie dla imperium.
Międzywojenne dekady przyniosły tylko pozorną zmianę. Sowieci zagospodarowywali północne rubieże – zakładali bazy na Ziemi Franciszka Józefa, organizowali wyprawy, gromadzili dane naukowe. Ale cel pozostawał ten sam: umocnienie pozycji na własnym terytorium. Ilustruje to historia stacji „Północny Biegun-1”. Założona w maju 1937 roku w pobliżu bieguna, przez dziewięć miesięcy dryfowała na olbrzymiej krze po Oceanie Arktycznym, by 19 lutego 1938 roku znaleźć się kilkadziesiąt kilometrów od brzegów Grenlandii. Lodołamacze „Tajmyr” i „Murman” ewakuowały czteroosobową załogę – wśród nich Ernsta Krenkla, polarnika urodzonego w Białymstoku, którego postać jest w Polsce zbyt mało znana. Była to naukowa misja, bez żadnych politycznych czy terytorialnych konsekwencji.
II wojna światowa – cienie sowieckich obaw
W kwietniu 1940 roku Niemcy zajęli Danię. W tej sytuacji duński ambasador w Waszyngtonie, Henrik Kauffmann, działając bez bezpośrednich instrukcji okupowanego rządu w Kopenhadze, zawarł w 1941 roku porozumienie ze Stanami Zjednoczonymi, które dawało Amerykanom prawo do budowy i utrzymania instalacji wojskowych na Grenlandii przy jednoczesnym utrzymaniu formalnej suwerenności Danii.
W praktyce oznaczało to szybkie przekształcenie wyspy w zaplecze logistyczne Aliantów. Do 1944 roku Amerykanie uruchomili na Grenlandii kilkanaście instalacji – w tym lotniska w Narsarsuaq i Søndre Strømfjord (dzisiejsze Kangerlussuaq) – oraz rozbudowaną siatkę stacji meteorologicznych. Dane pogodowe z Arktyki były kluczowe dla planowania operacji lotniczych i morskich nad Atlantykiem i w Europie. Grenlandia stała się też ważnym punktem przesiadkowym dla samolotów transatlantyckich.
Istotnym elementem wartości strategicznej wyspy był surowiec znany jako kriolit, wydobywany w miejscowości Ivittuut. Naturalny kriolit był historycznie używany w procesie wytapiania aluminium, przez co miał bezpośrednie znaczenie dla przemysłu lotniczego w czasie wojny. Kopalnia w Ivittuut, eksploatowana do 1987 roku, była głównym źródłem tego minerału na świecie. Dziś wydobycie kriolitu na Grenlandii ustało, a przemysł aluminiowy korzysta już z innych surowców i syntetycznych zamienników, co zmniejsza strategiczną wagę dawnych złóż, choć pamięć o ich znaczeniu dla wojennego przemysłu pozostaje żywa.
Niemcy w trakcie wojny podejmowały próby zakładania tajnych stacji meteorologicznych na wschodnim wybrzeżu Grenlandii, by pozyskać dane pogodowe dla floty i lotnictwa. Większość takich prób została wykryta i zneutralizowana przez Aliantów. W skali całego teatru działań Arktyka stała się więc cichym, ale istotnym polem logistycznej i wywiadowczej rywalizacji.
W tym samym czasie Związek Radziecki niezmiennie koncentrował wysiłki na własnym sektorze polarnym. Jedynym bezpośrednim epizodem dotyczącym terytorium duńskiego była okupacja wyspy Bornholm przez wojska radzieckie od maja 1945 do kwietnia 1946. Nie obejmowała ona jednak Grenlandii, choć w Kopenhadze zaostrzyła obawy o intencje Moskwy. W istocie był to wyjątek, a nie zapowiedź radzieckiej ekspansji.
Za to kolejne kroki stawiali Amerykanie. Już w 1946 roku administracja prezydenta Harry’ego S. Trumana rozważała różne warianty utrzymania kontroli nad wyspą, w tym zakup Grenlandii – pojawiła się oferta rzędu 100 milionów dolarów, motywowana obawami o przyszłą rywalizację z ZSRR i chęcią zabezpieczenia amerykańskich pozycji strategicznych. Dania odrzuciła propozycję, co jednak samo w sobie było sygnałem, że Grenlandia weszła na stałe do globalnej układanki bezpieczeństwa.
Dla Moskwy amerykańska aktywność wokół Grenlandii była jasnym komunikatem: wyspa pozostawała w kręgu wpływów Waszyngtonu. ZSRR nie kwestionował tego bezpośrednio; zamiast tego wzmacniał instalacje i infrastrukturę na swojej północnej flance – co w pełni zmaterializowało się w epoce zimnej wojny, gdy Arktyka stała się jednym z kluczowych kierunków strategicznych.
Zimna wojna – asymetria narzędzi
W arktycznej konfrontacji zimnej wojny dominowała asymetria geopolityczna – nie tyle w zamiarach, ile w metodach. Z jednej strony Waszyngton rozwinął wysuniętą infrastrukturę na Grenlandii, z drugiej Moskwa umacniała zaplecze na wschodnich rubieżach regionu polarnego. Ta różnica skali i kierunku działania zdefiniowała charakter rywalizacji: nie agresywna ekspansja o te same terytoria, lecz równoważenie możliwości i stref wpływów.
W 1951 roku nowe porozumienie między Danią a Stanami Zjednoczonymi sformalizowało amerykańską obecność obronną na Grenlandii, przy zachowaniu formalnej duńskiej suwerenności. Najważniejszym węzłem tej architektury była baza Thule Air Base oraz rozbudowany system radarów ostrzegawczych znany jako DEW Line. Razem dawały one NATO możliwość wczesnego wykrycia radzieckich samolotów i pocisków nad biegunem.
Z punktu widzenia Moskwy obecność takiej infrastruktury oznaczała utratę istotnej przewagi – Grenlandia przestała być peryferyjną wyspą, stała się wysuniętym punktem obserwacji i reakcji NATO. Ale zamiast próbować konkurować terytorialnie na zachodniej półkuli, Związek Radziecki konsekwentnie wybierał inną drogę: odbudowę własnego bieguna jako alternatywy i przeciwwagi. Ta odpowiedź objęła rozbudowę poligonów i baz na Nowej Ziemi – w tym poligonów do testów jądrowych – oraz rozwój portów i infrastruktury morskiej, z Murmańskiem jako kluczowym węzłem Floty Północnej. Jednocześnie Moskwa inwestowała w technologię umożliwiającą całoroczną obecność w arktycznych wodach, m.in. w atomowe lodołamacze, co pozwalało jej na projekcję siły i utrzymanie stałej obecności na swoim terytorium.
Równoległym instrumentem działań politycznych była dyplomacja: propozycje w rodzaju nordyckiej strefy wolnej od broni nuklearnej (NWFZ) miały z jednej strony ożywić debatę o denuklearyzacji regionu, a z drugiej – osłabić pozycję NATO i ograniczyć swobodę rozmieszczania instalacji wojskowych w obszarze północnym. Była to strategia mieszająca elementy propagandy i presji dyplomatycznej, nie zaś bezpośrednie roszczenia terytorialne wobec państw zachodnich.
Konfrontacja ujawniała się także w konkretnych incydentach o dużym znaczeniu propagandowym. W 1968 roku w pobliżu amerykańskiej bazy lotniczej Thule na Grenlandii rozbił się bombowiec B-52, który przewoził broń jądrową. Rozprzestrzenienie się materiałów radioaktywnych i związane z tym obawy o środowisko naturalne stały się ważnym elementem radzieckiej propagandy, oskarżającej USA o lekceważenie zasad bezpieczeństwa. Z kolei tajny projekt „Iceworm” i budowa podlodowego Camp Century w latach 1959-1967, który rozważano jako bazę dla wyrzutni rakiet, unaoczniły koszty i ograniczenia techniczne militarnej eksploatacji arktycznego lodu: niestabilność pokrywy lodowej i narastające trudności doprowadziły do porzucenia przedsięwzięcia.
Sowiecka propaganda wykorzystywała te wydarzenia do podważania amerykańskiej narracji o odpowiedzialności i bezpieczeństwie, lecz w praktyce Moskwa unikała eskalacji. Do końca zimnej wojny Grenlandia była przez ZSRR obserwowana i monitorowana, ale nigdy nie stała się przedmiotem roszczeń. Ten model wpłynął na sposób, w jaki po zimnej wojnie Rosja podchodziła do arktycznych wyzwań.
Po 1991 – paradoks kłamcy według Putina-Ławrowa
Upadek ZSRR w 1991 roku oznaczał gwałtowne wycofanie się z Arktyki. Bazy i instalacje zamykano, programy badawcze i militarne redukowano, a państwo walczyło o gospodarcze przetrwanie. Arktyka, jeszcze niedawno filar sowieckiej strategii, stała się dla Rosji obciążeniem.
Przełom nastąpił po skonsolidowaniu władzy przez Władimira Putina. W pierwszej dekadzie XXI wieku polityka Moskwy nabrała nowej dynamiki. W dokumentach strategicznych z 2008 i 2020 roku wskazano Arktykę jako obszar priorytetowy dla bezpieczeństwa i rozwoju gospodarczego. W praktyce oznaczało to modernizację portów, odtwarzanie i rozbudowę baz oraz inwestycje w infrastrukturę logistyczną. Symbolem tej nowej fazy stał się projekt Yamal LNG, a wraz z nim rosnące znaczenie Północnej Drogi Morskiej. Rosyjskie inwestycje objęły zarówno wydobycie i eksport surowców, jak i stworzenie warunków dla regularnej żeglugi. To połączenie interesów ekonomicznych i logistycznych zmieniło charakter obecności Moskwy w Arktyce – z defensywnej na ofensywną, ale wciąż skoncentrowaną na własnym terytorium.
W nowym układzie sił pojawił się też dodatkowy gracz. Chiny, które od połowy lat 2000. zaczęły poważnie interesować się Arktyką, zwróciły uwagę na grenlandzkie zasoby. Szczególnie zaś projekt Kvanefjeld w południowej Grenlandii – jedno z największych na świecie złóż metali ziem rzadkich i uranu, którego szacowana wartość sięga kilku miliardów dolarów, a potencjalna roczna produkcja mogłaby wynieść ok. 30 tysięcy ton tlenków metali ziem rzadkich. Dla Moskwy taka chińska aktywność stała się wyzwaniem: z jednej strony to konkurencja o wpływy, z drugiej – potencjalny partner przy inwestycjach infrastrukturalnych i żeglugowych.
Równocześnie Kreml nie musi sięgać po Grenlandię, by kształtować równowagę sił w regionie. W tym kontekście należy też czytać retoryczne wypowiedzi rosyjskich polityków – zwłaszcza porównania Siergieja Ławrowa, który na marginesie konferencji w Monachium sugerował, że jeśli kryterium suwerenności stosuje się wybiórczo, to argumentacja Zachodu staje się podatna na zarzuty hipokryzji. Tego typu wypowiedzi są testem spójności zachodnich narracji, nie instrukcją działań militarnych. Rosja nie ogłasza planów aneksji Grenlandii, bo ich nie ma i historycznie nie formułowała takich roszczeń. Trudno nie przyznać tu Kremlowi racji. Istny paradoks kłamcy według Putina-Ławrowa.
Zdalne sterowanie wyspą
Dziś układ sił jest jeszcze bardziej złożony. Topnienie lodów otwiera nowe szlaki żeglugowe i zwiększa wartość arktycznych zasobów, a w Nuuk rośnie presja na realne gwarancje suwerenności. W rozgrywce uczestniczą USA, Dania, Chiny i Rosja – przy czym ta ostatnia, choć formalnie nie zgłasza roszczeń do grenlandzkiego terytorium, na obecnej dynamice zyskuje najwięcej.
Moskwa otrzymuje bowiem prezent w postaci wewnętrznej debaty osłabiającej spójność Zachodu. Gdy sojusznicy się spierają, Kreml obserwuje i testuje własne narracje – czego przykładem są słowa Ławrowa, porównującego grenlandzkie aspiracje niepodległościowe do referendum na Krymie. Tym samym Rosja zyskuje argument do rozmów z Zachodem: może wskazywać na hipokryzję i selektywne podejście do prawa międzynarodowego, przedstawiając własne działania jako odpowiedź na zachodnie standardy.
Jednocześnie Moskwa konsekwentnie rozbudowuje potencjał w swoim sektorze polarnym – lodołamacze, bazy wojskowe i projekty energetyczne. Chińska obecność dodatkowo komplikuje układ, ale dla Rosji jest to sytuacja wygodna: im bardziej Zachód stara się blokować chińskie wpływy na Grenlandii, tym mniej uwagi poświęca rosyjskiej aktywności w syberyjskim sektorze Arktyki.
W tym sensie Grenlandia rzeczywiście jest dla Rosji prezentem – nie terytorialnym, lecz geopolitycznym. Kreml, który przez trzysta lat nie zaprzątał sobie głowy tą wyspą, dziś może patrzeć, jak inni osłabiają się wzajemnie w walce o coś, czego on sam nigdy nie chciał. I tu tkwi paradoks, który Putin z satysfakcją może nazywać zachodnią hipokryzją: im głośniej Waszyngton i Kopenhaga debatują o suwerenności wyspy, tym wyraźniej widać, że prawdziwym beneficjentem tego sporu jest ktoś, kto od początku trzymał się z boku.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.