24 lutego 2022 roku, po miesiącach gromadzenia wojsk i niepewności co do tego, co ma się wydarzyć, Rosja dokonała inwazji na Ukrainę. Pocisk rakietowy uderzył w budynek mieszkalny. Mosty wyleciały w powietrze. Ludzie zaczęli mieszkać w metrze. Ukraińscy tancerze baletowi i programiści komputerowi założyli mundury polowe i chwycili za broń, cywile stanęli do walki o suwerenność swojego państwa. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski kręcił na ulicy filmy wideo w stylu selfie, nieogolony. „Wszyscy tutaj bronimy naszej niepodległości, naszego kraju – powiedział, patrząc prosto w kamerę. – I tak pozostanie. Chwała mężczyznom i kobietom, którzy nas bronią. Chwała bohaterom”.
Niedługo po rozpoczęciu inwazji sześćdziesięciopięciokilometrowy konwój rosyjskich żołnierzy stał pod Kijowem gotowy do zastraszania, jeśli jeszcze nie do ataku. Część ich sprzętu była zepsuta, część uszkodzona w wyniku sabotażu, ale fakt pozostawał faktem: siły zbrojne Rosji były znacznie większe niż siły Ukrainy i chociaż kraj ten stawiał zdecydowany opór, wydawało się, że jeśli dojdzie do wojny na wyniszczenie, Rosja z pewnością zwycięży.
Wydawało się również dość prawdopodobne, że Rosja zwycięży, jeśli nikt nie przyjdzie z pomocą Ukrainie, która została pozostawiona sama sobie niczym jakaś samotna planeta w pustej przestrzeni międzygwiezdnej, mogąc liczyć tylko na zagraniczne pociski Stinger, ochotniczych żołnierzy-cywilów z innych krajów i zamrożenie rosyjskich kont bankowych.
Rzeczywiście, inne państwa nie przyszły Ukrainie z bezpośrednią pomocą wojskową. Zachód prowadził jedynie działania pośrednie, częściowo dlatego, że Ukraina nie należy do Paktu Północnoatlantyckiego, który gwarantuje ochronę krajom członkowskim, a częściowo z powodu możliwości wybuchu nuklearnej III wojny światowej.
W pierwszych dniach wojny z Ukrainą prezydent Rosji Władimir Putin ogłosił wyższy niż wcześniej poziom gotowości dla części broni nuklearnej. W przemówieniu wezwał resztę świata, żeby pozwoliła mu prowadzić inwazję w spokoju, a każdemu, kto myśli o próbie powstrzymania go, radził się ponownie zastanowić. „Rosja odpowie natychmiast – ostrzegł Putin – a konsekwencje będą takie, jakich nigdy nie widzieliście w całej swojej historii”. Groźba nuklearna była tak otwarta, że nawet żaden weryfikator faktów nie nazwałby jej „zawoalowaną”.
Sześć dni później wydarzenia te odcisnęły piętno na umysłach naukowców z Los Alamos, którzy na ogół nie byli pewni, czy i jak trwający i eskalujący konflikt wpłynie zarówno na świat, jak i na ich pracę. Było jednak jasne, że klasyczne koncepcje odstraszania nie zawsze zgrabnie pasują do tej sytuacji. Putin, zamiast zostać powstrzymany przed potencjalnym rozpętaniem nuklearnej wojny światowej, użył własnego arsenału jądrowego, żeby zagrozić uderzeniem atomowym każdemu, kto się wtrąci. Broń jądrowa nie podziałała jak marchewka zachęcająca do utrzymania pokoju, lecz stała się kijem do bicia innych, żeby przyzwalali na jego działania. Istnienie światowych arsenałów nuklearnych mogło zatem pozwolić na kontynuowanie niesprowokowanej przemocy, zamiast ją powstrzymywać, ponieważ oprócz tego, że świat nie chciał, aby Putin użył broni jądrowej, nie chciał również rozpoczynać odwetowej wymiany uderzeń nuklearnych.
Czy ludzie wmawiają sobie ewoluowanie w kierunku pokoju?
Broń jądrowa rzeczywiście powstrzymuje wybuch wojny światowej, bo państwa atomowe nie kwapią się do interwencji przeciwko innemu państwu, które ją ma. W tym wypadku jednak atomówki pozwalają dyktatorowi tyranizować i zastraszać niektóre z najpotężniejszych państw na świecie.
Do tego filozoficznego użycia broni jądrowej można by również zastosować termin szantaż nuklearny. „Odstraszanie nuklearne odnosi się do użycia gróźb nuklearnych w celu zniechęcenia przeciwnika do podjęcia niekorzystnych działań”, wyjaśniają autorzy artykułu w numerze „Strategic Studies Quarterly” z 2019 roku. „Szantaż nuklearny to użycie gróźb nuklearnych w celu nakłonienia przeciwnika do podjęcia sprzyjających działań”.
W tym wypadku sprzyjające działania oznaczają ich brak: inne kraje trzymają się z dala od Ukrainy.
Ta inercja wzbudziła pewien niepokój wśród ludzi w Narodowym Laboratorium Los Alamos co do możliwości wybuchu wojny nuklearnej. W marcu 2022 roku Tess Light i Josh Carmichael, świadomi tej ewentualności, zastanawiali się, czy ich system iNDD (zintegrowane wykrywanie detonacji jądrowych) mógłby odegrać jakąś rolę w tym konflikcie, gdyby doszło do niewyobrażalnego.
– Myślę, że jeśli ruszymy tyłek, a sprawy potoczą się bardzo źle, moglibyśmy mieć coś do zaoferowania – powiedziała Light, siedząc w swoim biurze naprzeciwko Carmichaela.
Na jej dłoni widoczny był niebieski atrament, rozmazane, wyblakłe litery, ślad po jakiejś zacierającej się wiadomości. Mówiąc „bardzo źle”, Light miała oczywiście na myśli to, że ktoś – nie powiedziała, po której stronie – mógłby zdetonować broń jądrową. Nie w ramach próby.
Light i Carmichael zamierzali zorganizować specjalne spotkanie, żeby się dowiedzieć, czy uda im się przygotować coś w rodzaju wersji beta iNDD.
– To, co robimy, mogłoby się okazać niezmiernie istotne w najbliższej przyszłości – zgodził się z nią Carmichael.
Potem zastanawiał się nieco filozoficznie, czy ludzie mają tendencję do ewoluowania w kierunku bardziej pokojowego współistnienia, czy też tylko to sobie wmawiają, żeby czuli się lepsi od swoich przodków.
– Trzecia wojna światowa nie jest niemożliwa – doszedł do wniosku. – Mogłaby być bardziej prawdopodobna niż nieprawdopodobna.
Umiejętność stworzenia iNDD 1.0 przez Light i Carmichaela jest uzależniona od najtrudniejszego elementu w każdym projekcie nuklearnym: czynnika ludzkiego.
Po tym, jak laboratorium zatwierdziło ich pierwotną propozycję, oboje pomysłodawcy iNDD zmobilizowali innych naukowców, żeby pomogli im urzeczywistnić ten system wykrywania w stylu Jamesa Bonda. Ci nowi jednak nie dostrzegają jeszcze ich wizji. Utknęli w bańkach własnych specjalizacji – tych samych bańkach, które ten program w pierwszej kolejności miał rozbić, ponieważ zmierzał do połączenia istniejących systemów w celu uzyskania lepszych rezultatów. Zamiast rozwiązać ów problem wąskich specjalizacji, ich zespół, jak dotąd, go powiela. Zarówno Light, jak i Carmichael uważają, że trudności częściowo wynikają z tego, że próbowali ulepszyć system wykrywania detonacji nuklearnych za pośrednictwem wideokonferencji.
Wszyscy mają już dość ratowania świata przez Webex.
Badacz samotnik to nie jest to
Inny aspekt tego problemu wiąże się jednak ze współczesną kulturą naukową i osobowością naukowców.
– Naukowcy są trudni we współpracy – zaznacza Light, która sama jest naukowczynią. – Często wolę pracować z inżynierami.
Mówi, że inżynierowie lubią się zmierzyć z problemem, wymyślić praktyczne rozwiązanie i wprowadzić je w życie. Tymczasem naukowcy często kierują się chęcią zaspokojenia własnej ciekawości. Satysfakcja pochodzi z intelektualnych poszukiwań, a niekoniecznie ze stworzenia czegoś użytecznego.
– Jeśli coś nie służy celowi twojej kreatywnej pracy, jesteś skończony – zgadza się z nią Carmichael. – Naukowcy są samolubni.
– Trzeba ich prowadzić za rękę – kontynuuje Light. – Naukowcy tkwią we własnym świecie, a kiedy mówisz: „Potrzebuję czegoś praktycznego”, to się wyłączają.
Mimo to oboje starają się kierować swój zespół w stronę praktycznych rozwiązań i skłonić jego członków, żeby myśleli tak, jak będzie myślał (pewnego dnia) algorytm iNDD, i zmierzali razem do ostatecznego celu.
Nie jest to coś, co współczesna nauka – a przynajmniej współczesna nauka w Los Alamos National Laboratory (LANL) – koniecznie kultywuje lub nagradza, więc naukowcy nie są przyzwyczajeni do wspólnej pracy nad problemami w projektach o rzeczywistych zastosowaniach. Zdaniem Light i Carmichaela laboratorium może utknąć we wcześniejszej epoce nauki: królestwie samotnego geniusza publikującego artykuły w pojedynkę, mającego nadzieję, że jego (bo zazwyczaj jest to on) umysł zrewolucjonizuje fizykę. Tymczasem w dzisiejszym świecie największe wyzwania – zmiany klimatyczne, groźby nuklearne, pandemie – są interdyscyplinarne, a nawet nie ściśle naukowe. Przełom prawie nigdy nie jest dziełem jednostek, a większość naprawdę ważnych kwestii ma bezpośrednie zastosowanie na Ziemi, a nie tylko miejsce w czasopiśmie akademickim.
Los Alamos chyba nie zdołało dostosować się w pełni do tej rzeczywistości.
– Myślimy, że jeśli nie zrewolucjonizowało się podręcznika, gra się drugie skrzypce – mówi Light. – Każdy, kto twierdzi, że rewolucjonizuje fizykę, pieprzy głupoty – dodaje. – Rewolucja w fizyce doszła do skutku sto lat temu. Mamy tu taki kult geniusza. LANL tkwi w bańce z lat pięćdziesiątych, nie wiedząc, że badacz samotnik to nie jest to.
Tak czy inaczej, starają się, żeby ich nowi badacze dostrzegli to wszystko oraz zrozumieli wizję iNDD, nawet jeśli olśnienia muszą doznać za pośrednictwem aplikacji do wideokonferencji. Carmichael wymyślił analogię kryminalistyczną, żeby wyjaśnić tę wizję zespołowi. Wyobraźcie sobie – mówi, podnosząc ręce do góry i kreśląc w powietrzu obraz sali sądowej – że prawnik przedstawia dowody: wybite okno, ślady opon, zeznania świadków. Każda z tych informacji sama w sobie niewiele znaczy. Ślady opon są wszędzie. Szyby bywają wybijane z najróżniejszych powodów. Świadkowie mogą mówić, co tylko zechcą. Potem zeznają ekspert od okien i ekspert od opon, wyjaśniając, jaki rodzaj bieżnika toczącego się z jaką prędkością mógł spowodować takie wgniecenia i co układ odłamków szkła mówi o przedmiocie, który rozbił szybę. Żaden z ekspertów z osobna nie przedstawia jasnego obrazu tego, co się wydarzyło, ale jeśli zestawi się te trzy dowody ze sobą, wraz z kontekstem dostarczonym przez ekspertów od szkła i opon, można uzyskać werdykt skazujący.
W świecie nuklearnym zamieńcie ślady opon na dane sejsmiczne, okno na widzialny wybuch, a świadków na fale infradźwiękowe. A potem zamieńcie ekspertów na algorytm, który wie, jak wygląda dowód „nuklearny” we wszystkich tych dziedzinach.
Tak oto dzięki skomplikowanym obliczeniom matematycznym można ocenić z uzasadnionym prawdopodobieństwem, czy jakieś podejrzane zdarzenie było detonacją atomową – miejmy nadzieję, że znacznie szybciej, niż zapada wyrok w sądzie.
Light lubi inną analogię, łączy iNDD z historyjką o ślepcach, z których każdy dotyka innej części ciała słonia, i opowiada własną wersję znanej przypowieści. Na przykład niewidomy, który trzyma trąbę, myśli, że ma do czynienia z bardzo dużym wężem. Gdyby jednak po prostu porozmawiali ze sobą, zanim zaczęli analizować królestwo zwierząt, prawdopodobnie byliby w stanie stwierdzić, że dotykają różnych części ciała gruboskórnego ssaka.
– Coś, co naprawdę do tego wnosimy, to jakby powiedzieć: „ba” (w sensie: „Nie trzeba było tak od razu?”) – mówi Light.
Istnieją oczywiście pewne przyczyny tego stanu rzeczy, takie jak ludzka skłonność do inercji, egotyzmu i pociąg do pieniędzy. Ludzie lubią, gdy ich fachowa wiedza wciąż się liczy – znani badacze, którzy rozumieją, jak poruszają się fale uderzeniowe, poświęcili dużo czasu na zdobywanie tych informacji. Inżynierowie chcą, żeby ludzie byli dumni z ich osiągnięć. Często starają się utrzymać status quo, co wynagradza ich wyjątkową wiedzę i osobiste umiejętności techniczne.
Nadzieja w iNDD
To silosowe myślenie jest wynikiem tego, jak rozwinął się świat po zbombardowaniu Hiroszimy i Nagasaki przez Stany Zjednoczone. Po II wojnie światowej wyścig zbrojeń doprowadził do powstania satelitów, które mogły obserwować detonacje nuklearne. Później próby jądrowe zeszły pod ziemię, unikając tego nieustannego nadzoru. W związku z tym naukowcy opracowali czujniki umieszczane na ziemi lub pod jej powierzchnią. W trakcie tej ewolucji linie finansowania dla oczu na niebie i uszu na ziemi się rozdzieliły. Dziś obie grupy – oraz podgrupy w ich obrębie – mają własne, odrębne źródła funduszy. Rozdzielność zasobów ludzkich i programów pozostała bez zmian: przecież pierwsza zasada dynamiki Isaaca Newtona dotyczy inercji.

Utrzymanie tych wielu rozdzielnych systemów wykrywania i analizowania ma jednak pewną cenę, która zdaniem Light może prowadzić do negatywnego stosunku kosztów do korzyści. Gdyby scalić wszystkie dane, na co daje nadzieję iNDD, nie trzeba by tworzyć droższych, bardziej zaawansowanych i bardziej czułych detektorów. Można by polegać na „wystarczająco dobrych” czujnikach, które po połączeniu ich sygnałów dadzą odpowiedź „tak” lub „nie”, wiarygodniejszą niż kosztowniejsze czujniki działające we względnej izolacji. Uważa ona, że praca nad iNDD mogłaby później zapewnić punkt wyjścia dla jakiegoś ekonomicznego rozwiązania, które sprawdzi się jeszcze lepiej niż obecne.
**
Fragment książki Sarah Scoles Zawsze, nigdy. Przyszłość broni jądrowej w tłumaczeniu Łukasz Müllera, która ukaże się 21 stycznia nakładem wydawnictwa Czarne. Dziękujemy za zgodę na przedruk. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji krytykapolityczna.pl
*
Sarah Scoles – amerykańska dziennikarka naukowa. Stale współpracuje z „Scientific American” oraz „Undark”. Publikowała również m.in. w „The New York Times”, „The Wired”, „Popular Science”, „The Washington Post” i „Outside”. Wielokrotnie nagradzana za swoją pracę dziennikarską. Autorka książek Making Contact. Jill Tarter and the Search for Extraterrestrial Intelligence, They Are Already Here. UFO Culture and Why We See Saucers oraz Zawsze, nigdy. Przyszłość broni jądrowej. Mieszka w Kolorado.



















Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.