Sztuki wizualne

Wilczyk: Święta wojna między kibicami

Całe społeczeństwo patrzy na te napisy i jakoś się nie przejmuje, gdy widzi: „Jebać Żydów maczetami”.

Wojciech Wilczyk w latach 2009-2014 sfotografował graffiti tworzone przez kibiców piłki nożnej na terenie Krakowa, Łodzi oraz Górnego Śląska. Efektem jest wydana przez Atlas Sztuki i wydawnictwo Karakter publikacja „Święta Wojna zawierająca 391 fotografii oraz trwająca do 18 stycznia wystawa w łódzkim Atlasie Sztuki.

***

Kacha Szaniawska: Jak powstała Święta Wojna?

Wojtek Wilczyk: Projekt powstawał przez 6 lat, ale nie pracowałem w każdym miesiącu. Na początku celowałem w pory zimowo-jesienne, bo wtedy krajobraz jest odsłonięty z liści, zależało mi też, by mieć rozproszone światło. Potem, kiedy już miałem dużo materiału, pomyślałem, że trochę zdjęć robionych przy wegetacji też może być, także dlatego, że pojawiały się nowe graffiti, które chciałem koniecznie sfotografować, a żywotność niektórych napisów jest bardzo krótka. Murale potrafią utrzymywać się tylko przez tydzień, bo przyjeżdża ekipa konkurencyjna i robi tzw. wrzutę, zachlapuje je farbą albo pisze jakieś wulgaryzmy.

Jeśli chodzi o sam pomysł, to był to sygnał, który przyszedł z krajobrazu. Wszystkie rzeczy, które zrobiłem, które są jakoś dla mnie ważne i które skończyłem, zawsze były reakcją na sygnały idące od motywu, krajobrazu, obiektu. Odświeżyłem sobie ostatnio Światło obrazu Barthes’a i to punctum, o którym on pisze, które kłuje widza w oglądanych fotografiach, jest też ukłuciem, jakie działa na osobę obserwującą rzeczywistość. Musiała też zostać przekroczona jakaś masa krytyczna, zaliczyłem już tyle tych „nakłuć”, że niejako automatycznie przeszedłem do rejestracji tego co je wywoływało.

Co cię zainspirowało do takiego pokazania miasta? Do zrobienia wystawy i wydania książki?

Wystawa w Atlasie Sztuki jest de facto instalacją; składa się z 30 wielkoformatowych fotografii oraz trójekranowego slide show, w którym pojawiającym się zdjęciom (jest to cały materiał z albumu, czyli 391 obrazów) towarzyszy rytm werbla. I tu pojawia się pewien problem, ponieważ przestrzeń, w jakiej tak zbudowany komunikat się pojawia, to przestrzeń sztuki. W Polsce w przypadku fotografii dokumentalnej rozumianej jako wypowiedź artystyczna taki głos – interpretujący, komentujący, zaangażowany – to wciąż coś dziwnego. I bardzo rzadkiego. Publiczność przyzwyczajona do tego, co zwykle pojawia się w przestrzeni galeryjnej, czyli do pewnych określonych rozwiązań formalnych, estetyzującego traktowania rzeczywistości, może być zdezorientowana. Moja wypowiedź nie zostawia widza wyłącznie na poziomie odbioru estetycznego, a jednocześnie te kadry są oczywiście przemyślane. Nieprzypadkowo użyty został tutaj format panoramiczny, wszystkie zdjęcia mają kompozycję, tylko ona nie jest na pierwszym planie. Wybierając motywy, murale czy napisy, kierowałem się też tym, jak one wyglądają w kontekście, jaki mają kształt. Nie robiłem dosłownie rozumianej dokumentacji, pracowałem nad projektem dokumentalnym, gdzie forma zdjęć też ma znaczenie. I to, jak jest kadr ustawiony, jaki jest rodzaj światła, co się znajduje na drugim planie.

To próba wejścia w fotografię dokumentalną z czymś, co nie kojarzy się z estetyką, bo to nie jest ładne, ani miejsca nie są ładne, ani malowidła nie są ładne. W Polsce to podejście rzadko spotykane. W Stanach takie obszary pozbawione właściwości estetycznych, fotogenicznych były już eksploatowane. Mam tu na myśli Nową Topografię, czyli fotografię krajobrazu, który – by przytoczyć pełną nazwę słynnej wystawy Williama Jenkinsa – został przekształcony przez człowieka.

W tym działaniu fotograficznym punktem odniesienia był dla mnie, co wiele osób może zaskoczy, czeski fotograf Josef Sudek, „Poeta Pragi”, jak się go zwykle w Polsce nazywa. Oprócz nostalgicznych zdjęć Mostu Karola lub katedry św. Wita, zrobił w latach 50. kapitalny zapis na temat Pragi zatytułowany Praha. Panoramaticka. Fotografował archaicznym aparatem panoramicznym Kodaka z początku XX wieku i owszem, mamy tam zdjęcia Hradczan, starych dzielnic Pragi z kwitnącymi drzewami, ale jest to ewidentnie zapis o topograficznym charakterze. Mamy tam też przedmieścia, zwykle kompletnie pomijane w wypowiedziach wizualnych, tereny bez właściwości, bardzo planowo i skrupulatnie zarejestrowane. Ta książka wyszła w komunistycznej Pradze w 1958 roku, pięknie wydana. Sudek zrobił zaraz potem drugi zapis, który zatrzymała mu cenzura, Smutna kraina, dotyczący terenu w okolicy miasta Most na Morawach, gdzie w latach 50. uruchomiono kopalnie odkrywkowe węgla brunatnego. Wystawa Nowych Topografów to jest 1975 rok, a Sudek takie rzeczy robił na początku lat 60. Fotografował teren, krążąc, wykonywał zdjęcia z różnych stron i zrobił topograficzny zapis, jak dokładnie wygląda miejsce, gdzie wchodzą kopalnie, niszczą krajobraz, gdy pojawiają się kominy, dziury w ziemi, zapadliska.

Druga postać to genialny czeski fotograf, w Polsce nieznany, Ivan Lutterer, który pod koniec lat 80., też takim wiekowym aparatem panoramicznym Kodaka z początku wieku, fotografował krajobraz Czechosłowacji, miasta i peryferie. On nie miał żadnych problemów, żeby fotografować komunistyczną rzeczywistość, a u nas to zawsze było brane w nawias, że niby tak jest, ale tak naprawdę „prawdziwe życie jest gdzie indziej”. A Lutterer bez żadnych oporów sfotografował kawał Czechosłowacji, ulice, dworce, bazy transportowe, plaże nad Wełtawą, miasta historyczne z rozpieprzonym krajobrazem. To, co ich różni, to to, że w przypadku Sudka jest to jednak planowe poruszanie się po terenie, takie mapowanie, sporządzanie wizualnej mapy obszaru.

Ktoś zapytał, dlaczego fotografujesz napisy?

Tak, były pytania ze strony samych zainteresowanych.

Czyli miałeś kontakt z kibicami?

Nie szukałem tego kontaktu, robiłem zdjęcia w miejscach „trudnych”, specjalnie wybierałem takie pory dnia, żeby do tego kontaktu nie doszło, bo przypuszczałem, jak mogłoby się to skończyć. Kilkanaście razy zadano mi pytanie: po co? Mówiłem wtedy, że robię książkę, i to była odpowiedź właściwa. Raz nawet, na Górnym Śląsku, w Chorzowie, fotografowałem jeden mural (który ostatecznie nie wszedł do książki) i kątem oka zobaczyłem, że przy moim samochodzie stoi dwóch kolesi, takich, wiesz, rosłych. Zaparkowałem tak, że musiałbym się wycofywać, miałem otwarte auto, bo tam nikogo nie było, więc myślę: „no, to fajnie”. Ale skończyłem zdjęcia, żadnej paniki, podszedłem do auta, a oni pytają, po co, ja odpowiadam, na co oni mówią, że tam pod mostem, po drugiej stronie torów, też jest mural. Ja na to: OK, dobra. Wsiadam do samochodu, jadę go zobaczyć. Dojeżdżam i widzę dwóch kolejnych. Wysiadam z auta, a oni mówią: „To pan chce zobaczyć ten mural? To zaprowadzimy”. Idę z nimi, mają czapki, a na czapkach godło Ruchu Chorzów, są wyżsi ode mnie, takie szafy, a ja też…

…niski nie jesteś.

Niski nie jestem. Po drodze zaczynamy rozmawiać. Ale mural był taki sobie.

Czyli tam był mural? Myślałam, że mi opowiesz, jak spuścili ci manto.

Nie, nie, był. I oni pytają, po co, czy to na stronę internetową, gdzie to można zobaczyć. Mówię, że robię książkę o kibicowskich napisach, a jeden z nich pyta, jakie tereny fotografuję. Odpowiadam, że Małopolskę, Kraków, Górny Śląsk i Łódź, a koleś mówi: „Aha, to tam, gdzie mają na siebie największą kosę?”. A potem pyta o tytuł, mówię: Święta Wojna. I wiesz: uśmiech na twarzy, pełne zrozumienie. Zaprowadzili mnie, pożegnali się.

W albumie jest słownik objaśniający, co dokładnie znajduje się na zdjęciach, co znaczą te wszystkie napisy. Wykaz skrótów, kodów, w których kibice odwołują się do historii klubów, historii ich rywalizacji, a także do biografii konkretnych działaczy –mnóstwo zaszyfrowanych komunikatów. Gdybym go nie przeczytała, nie zrozumiałabym treści większości murali. Jak ty je odczytywałeś? Jesteś w ogóle kibicem?

Nie, dopiero przy pracy poznawałem różne kwestie klubowe. W przypadku Krakowa sprawa była prosta, bo o tych wszystkich wyczynach można przeczytać na co dzień w prasie. Dobry przykład to mural ze Strusiem Pędziwiatrem w barwach Wisły Kraków, który dzierżąc maczetę, zapędza kojota w koszulce Cracovii do śmieciarki – tu nie musiałem szukać objaśnień, znałem historię morderstwa, do którego nawiązuje to graffiti, zresztą bardzo szydercze i wyrafinowane.

Kraków (Bieńczyce), oś. Strusia, 25.05.2012

Natomiast w przypadku Łodzi i Górnego Śląska szukałem informacji na forach internetowych. Są portale kibicowskie, tam szukałem rozszyfrowania nazw grup, niektórych skrótów, gdy ich nie rozumiałem. Wiedzę czerpałem u źródła, nie czytałem żadnych opracowań na ten temat. Nie szukałem takiej literatury, nie chciałem teoretyzować podczas pracy na materiale wizualnym.

Media zazwyczaj nie informują o obraźliwych napisach, tylko o wyjątkowo brutalnych incydentach z udziałem kibiców. Na spotkaniu wokół Świętej Wojny w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie mówiłeś o interwencji po akcie profanacji muralu przedstawiającego papieża.

Media opisują różne kibicowskie historie, chociaż „Gazeta Wyborcza” notorycznie nazywa je „kibolskimi”. W jej krakowskim dodatku pojawiają się artykuły, w ktorych dziennikarze rzeczywiście próbują interweniować, niestety bezskutecznie. Mural przedstawiający Jana Pawła II to akcja jakiegoś krakowskiego artysty, który co jakiś czas w tym samym miejscu malował nowe graffiti, przedstawiające Ojca Świętego. No i pojawiła się na nim wrzuta o treści: „Żyd, oszust, aktor”, a wtedy malowidło momentalnie zostało ogrodzone. Oczywiście zaraz pojawiły się też zdjęcia w sieci, ale kiedy ja tam pojechałem, wszystko było już w trakcie „prac renowacyjnych”. One nie były de facto renowacją, bo nie dało się tych napisów usunąć, tylko zeskrobano je razem z całym malowidłem… No i na tym miejscu wisi obecnie baner ze zdjęciem tego muralu. Obok nie tak dawno namalowano sygnowane przez „Wiślackich Patriotów” graffiti poświęcone generałowi „Nilowi”, które zresztą zostało ostatnio zapgrejdowane, bo pierwotnie był tylko napis, a teraz jest tam też wizerunek generała namalowany w takiej naiwnej konwencji (ewidentnie z przedwojennego zdjęcia, gdzie on ma jeszcze stopień podpułkownika). Tuż obok całkiem niedawno pojawił się mural z literami „AJ”, co znaczy „Anty Jude”, i z flagą Cracovii w znaku zakazu, która trochę przypomina flagę Stanów Zjednoczonych. Tam, gdzie są gwiazdy, był napis: „CTSK”, co znaczy „Cracovia to stara kurwa”, bardzo u nas w Krakowie popularny skrót. Obecnie jest tam przekreślona gwiazda Dawida i wyobraź sobie, że ten zestaw – ja go nazywam „małym zestawem tożsamościowym” – jest dla przechodniów kompletnie przezroczysty, nikogo to nie rusza. Na przykład Grzegorz Stawowy, wiceprzewodniczący PO w Krakowie, po ostatnich wyborach oblepił ten mur plakatami, oczywiście nie zasłaniając muralu, dziękując wyborcom za oddanie głosu… Ktoś napisał na moim blogu, że informował straż miejską, ale, jak się domyślasz, nie interweniowali.

Zatrzymajmy się chwilę przy treści graffiti. Co one przedstawiają? Papieża, kotwicę Polski Walczącej, gwiazdę Dawida, swastykę, znak zakazu pedałowania, podobizny rotmistrza Pileckiego, generała Fieldorfa „Nila”, postaci z kreskówek, żołnierzy wyklętych, flagę Stanów Zjednoczonych. Rzeczywiście niezły zestaw tożsamościowy. Można odnieść wrażenie, że wszystko się tu miesza ze wszystkim, a jednak to przewrotnie jest bardzo spójna opowieść. Mam tu na myśli narrację, jaką nam się konsekwentnie zapodaje od jakiegoś czasu. Rzetelnie prowadzoną politykę historyczną władz oraz instytucji takich jak IPN czy Muzeum Powstania Warszawskiego. I nikogo już nie dziwi powstanie warszawskie na murach Łodzi użyte w kontekście rywalizacji Widzewa i ŁKS-u.

Jeśli chodzi o kwestie niepodległościowe, to znacznie więcej takich odniesień pojawia się na tzw. oprawach stadionowych. Na terenach, gdzie fotografowałem murale, jest ich stosunkowo mało (zupełnie inaczej jest jednak w Wielkopolsce czy na Dolnym Śląsku). To się wyraźnie zmieniło po katastrofie smoleńskiej. Ten zestaw symboliczny ewidentnie jest pochodną tego, co możesz znaleźć w gazetach prawej strony albo na ich portalach, czyli to pozycjonowanie bohaterów wyklętych, niepodległościowych znajduje odzwierciedlenie na muralach. Nie ma tutaj żadnych odstępstw, zawsze jest Pilecki, jest Fieldorf „Nil”, jest „Inka”, bo ich – w domyśle – „zabili żydowscy prokuratorzy”. Bardzo często używana jest kotwica Polski Walczącej oraz nawiązania do powstania warszawskiego. Mój warszawski znajomy, który jest kibicem, opowiadał mi, że kiedyś fani Lecha Poznań namalowali mural wymierzony w Legię, gdzie była aluzja do powstania, do zrujnowanej Warszawy – że Legię czeka to samo.

Podejrzewam, że kotwica Polski Walczącej często jest używana instrumentalnie, bo jest to coś, co może blokować zamalowanie takiego malowidła. Tak jak w pewnym sensie instrumentalne może być wykorzystywanie wizerunku papieża i słynny cytat z jego homilii wygłoszonej do artystów „Świat bez sztuki naraża się na to, że będzie światem zamkniętym na miłość”. A jeśli mówisz o tym zestawie, to pojawia się też dużo przedstawień postaci emanujących agresją: wojowników, rekinów (bojówka Wisły nazywa się Sharks), kulturystów, mężczyzn ćwiczących sporty walki albo po prostu bijących się.

Kobiet nie ma.

Kobiet nie ma, ponieważ „kobieta” jest określeniem obraźliwym i wykluczającym. „Dziewczynkami” nazywa się kibiców drużyny przeciwnej. Kobieta, homoseksualista, Cygan, Żyd to określenia piętnujące używane przez grupę dominującą.

Kraków (Mistrzejowice), ul. ks. Kazimierza Jancarza, 04.06.2012

„Kibol” też jest określeniem wykluczającym. Media i tzw. prawdziwi kibice bardzo pilnują tego rozróżnienia, odcinają się od „kiboli”. A tzw. kibole sami zaczęli tak o sobie mówić, przechwycili inwektywę i zamienili, jak kiedyś osoby  queer, w nazwę, którą wypowiada się z dumą. Kim są kibole? Sądząc po napisach, to ludzie inteligentni, zabawni, znający historię własnego klubu i wybiórczo Polski, którzy prowadzą ironiczny dialog między sobą, ale też z policją, do której co i raz puszczają oko. A jednocześnie są okrutni i bezwzględni, dokładnie wiedzą, gdzie uderzyć i jakich użyć odniesień, aby zniszczyć wroga, i jak wspomniałeś, biegli w używaniu odpowiednich symboli, aby graffiti utrzymało się jak najdłużej. To, co mnie zdruzgotało, to język tych napisów. I nie chodzi mi wcale o wulgaryzmy, tylko o niemiecki na murach miast, gdzie były getta.

Określenie „kibole” wskazuje grupę, zazwyczaj mówi się, że wąską, która jest odpowiedzialna za burdy, nienawiść itd. Ono poprawia samopoczucie osobom, które je stosują, ale to nie rozwiązuje problemu, bo całe społeczeństwo patrzy na te napisy i jakoś mu to luźno lata, jeżeli widzi napis: „Jebać Żydów maczetami”, a nieluźno, kiedy widzi coś na temat papieża. Dlatego nie chcę go używać tak, jak jest ono obecne w większości tekstów prasowych, jako rodzaj obelgi, bo to nie załatwia sprawy.

Natomiast jeśli pytasz, kim są kibice, to wydaje mi się, że to raczej młodzi wiekiem mężczyźni, którzy przechodzą pewien rodzaj inicjacji. Kiedy pracowałem nad projektem, zdałem sobie sprawę, że poetyka tych murali jest bliska temu, co malowano na chustach rezerwistów, i że rytuały obecne w tzw. fali są bardzo podobne do tych w ruchu kibicowskim, na ile go oczywiście znam. Falę znam, bo po studiach odbyłem służbę wojskową i na własne oczy widziałem, jak to wyglądało. Zjawisko fali jest kompletnie wypierane, a przez tę maszynkę do mielenia osobowości przechodzili wszyscy mężczyźni, którzy nie mieli okazji studiować, potężna grupa ludzi, którzy potem pracowali na różnych stanowiskach. Kiedyś pisałem tekst na ten temat i szukałem informacji na forach rezerwistów (w wojsku niestety nie zrobiłem notatek). I dokładnie wszystkie opresyjne rzeczy dotyczące rytuału, maltretowania fizycznego, psychicznego zostały wyparte, tego tam nie ma. Są wspomnienia, jak dostaliśmy w dupę i daliśmy w dupę następnym.

Wydaje mi się, że rozwój wspólnot kibicowskich jest jakoś związany z tym, że zlikwidowano pobór obowiązkowy; że ta inicjacja, która odbywała się w jawnej kontrze do sposobu funkcjonowania reszty społeczeństwa, przeniosła się z koszar do tych grup.

A kolejny trop odczytania murali, jaki znalazłem, to zdjęcia tatuaży więziennych, czyli dotyczących tzw. grypsery, tych, którzy tworzą subkulturę więzienną. W tym kontekście przypomina mi się także psycholog społeczny Henri Tajfel, nasz rodak z Włocławka, i jego eksperyment, w którym podzielił badanych na zwolenników malarstwa Wassilego Kandinskiego i Paula Klee. Przedstawiciele tych grup zaczęli silnie identyfikować się z twórczością obu malarzy, chociaż pokazywano im prace celowo wymieszane, i w formularzach zawierających punktową ocenę uczestników badania kierowali się tą grupową przynależnością.

Powiedziałeś, że ci młodzi ludzie mają potrzebę doświadczenia formacyjnego, przynależenia do wspólnoty, czują się jakoś wybrani i jednocześnie wykluczeni. Zastanawia mnie to poczucie wykluczenia. Owszem, być może są wykluczeni ekonomicznie, co utrudnia im dostęp do innych form kultury niż mecze piłki nożnej i telewizja, ale poza tym oni są u siebie, miasto jest ich, władza ich nie tylko lubi, ale i popiera. Kiedy mijam te napisy, kiedy czytam o wyrokach uniewinniających, jakie zapadają w sprawach o nawoływanie do nienawiści i przemocy wobec określonych grup społecznych, to ja czuję się wykluczona z tej kultury, z jej sfery symbolicznej. Na murach, na ulicach polskich miast cały czas trwa wojna, cały czas morduje się Żydów.

Niewątpliwie miasto jest ich. Ponieważ te nienawistne hasła odpowiadają temu, co mówi czy też myśli polskie społeczeństwo, ten mechanizm piętnowania osób, które jak gdyby nie należą do nas, jest cały czas dokładnie taki sam i dlatego to jest tolerowane. Ale przemocy jest też sporo w codziennych relacjach, np. w pracy czy podczas jazdy samochodem. Ja staram się jeździć zgodnie z przepisami, bo życie jest mi miłe, ale widzę, jaka to walka: większy samochód spycha mniejszy, pokazuje, kto tu rządzi. To nie jest współpraca, jak w Anglii czy w Niemczech, gdzie panuje przecież „cywilizacja śmierci”.

Łódź (Polesie-Stare Polesie), ul. Romualda Mielczarskiego, 24.03.2014

I masz rację, przejawy przemocy, takie jak mowa nienawiści, są tolerowane.

Wybryki kibiców są traktowane z pobłażaniem, zwykle tłumaczy się to tym, że oni nie wiedzą, co piszą. Jestem przekonany, że wiedzą doskonale.

14 lat temu robiłem zdjęcia na Górnym Śląsku do projektu Czarno-Biały Śląsk i po raz pierwszy zetknąłem się wtedy z taką ilością swastyk i rożnych run. Nie bardzo rozumiałem tę symbolikę, więc zacząłem szukać informacji i znalazłem je na stronie policji niemieckiej z obszernym tłumaczeniem. Zdałem sobie sprawę, że to jest nieprzypadkowo wykorzystywane, nie tylko swastyka, ale wszystkie te siegruny, doppel siegruny, wilczy pazur, odala (nota bene zespół Armia ma w nazwie coś, co przypomina nieco zmodyfikowaną odalę). Czytałem, że grupy kibicowskie na Górnym Śląsku były wtedy mocno infiltrowane przez skinów. Ale nie wiem, czy odpowiedziałem na twoje pytanie…

Nie do końca. Chciałabym, abyś coś więcej powiedział o wspólnym (ich i „naszym”) wzorze kultury, o odwzorowaniu i używaniu przez kibiców kodów kultury polskiej. Oczywiście mam na myśli antysemityzm, czyli główną składową katolicyzmu, który jest fundamentem polskości. Kiedy Zagłada weszła na murale?

Aluzje do Zagłady, co jest związane z tym, że słowa „Żyd” używa się jako obelgi, pojawiły się w tzw. okresie transformacji. W roku 1988 i 1989, przed wyborami, w mieście było dużo napisów agitacyjnych, ja je wtedy fotografowałem i myślę, że gdybym natrafił na coś takiego, tobym na pewno zrobił zdjęcie. Pierwsze takie graffiti, które sfotografowałam, to był bazgroł z błędem ortograficznym zresztą, „Rzydzi do pieca” w 1989 roku. Na wernisażu w Łodzi był pan w szaliku Widzewa, który mówił, że to jednak są lata 80. i obiecał przesłać mi tekst o tych antysemickich historiach i używaniu gwiazdy Dawida. Z Krakowa tamtego okresu tego nie pamiętam, a myślę, że dość uważnie obserwuję rzeczywistość i pewne „odstępstwa”, które są jakimś rodzajem wrzuty, jakimś niedopowiedzeniem, przykuwają moją uwagę, więc pewnie takie napisy bym wyłowił. Pamiętam wcześniejsze hasła typu „Pasy asy”, „Wisła pany” przerabiane na „kutasy” albo „barany”, było ich trochę, bardzo nieudolnie namalowane. Natomiast te antysemickie, przynajmniej w Krakowie, to jest już okres po transformacji. I znowu, kiedy robiłem zdjęcia tych napisów, to ich treść mnie nie zaskoczyła, bo z podobnym sposobem używania wykluczających stereotypów spotkałem się podczas prac nad projektem Niewinne oko nie istnieje, kiedy lokalsi pytali mnie, „dla kogo fotografuję i za czyje pieniądze”. To, co mnie zaskoczyło, to ich ilość i długie trwanie na murach.

Kraków (Prądnik Czerwony, Olsza II), ul. Stanisława ze Skalbmierza, 24.02.2010

To porozmawiajmy o tym, jakie to są mury. Zanim obejrzałam wszystkie zdjęcia, wygodnie założyłam, że to na pewno dzielnice biedy, bezrobocia i wykluczenia. Ale to nieprawda, to są zwykłe osiedla mieszkalne, sklepy, warsztaty, Biedronki, usytuowane często przy dużych ulicach.

Może w historycznym centrum Krakowa nie ma tych napisów, ale tak to całkiem przeciętne ulice. A Biedronki są wybierane nie ze względu na jakąś awersję czy sympatię do Geronimo Martens, tylko dlatego, że na żółtym po prostu dobrze widać litery.

Mówię o tych nieszczęsnych Biedronkach, bo to wydaje mi się ważne w kontekście żywotności napisów – że na przykład taki napis: „Anty Jude” miesiącami mija codziennie kilkaset osób, które tam robią zakupy, a w supermarketach kupują akurat wszyscy, można tam spotkać pełen przekrój społeczeństwa, i jakoś nikt specjalnie nie reaguje, nie domaga się usunięcia antysemickiego hasła. 

No tak, a gdybyśmy napisali „papież chuj”, to reakcja byłaby błyskawiczna, o czym już była mowa. To jest zresztą mocniejsze, określenia „Żyd” używa się jako obelgi, nie tylko ze względu na tradycję antysemicką obecną w naszym kraju, także w Kościele katolickim i jego nauczaniu miłości. Ważne jest też to, że to jest grupa, którą skutecznie zamordowano na naszych oczach.

I przy naszym udziale.

Zgadza się. To jest po prostu ostrzeżenie: „Jesteś żywym trupem”. Jeśli ktoś kogoś nazywa „Żydem”, to mówi właśnie to.

Ale „Żyd” to nie tylko ktoś, kim się pogardza, żywy trup. To również ten, który zagraża.

To jednak przede wszystkim ktoś, kogo skutecznie wyeliminowano. Stąd te wszystkie aluzje do Zagłady, „Żydzi do gazu”, „Życzymy pasiastym dużo gazu”, „Żydy do pieca”.

Pojawiają się też Cyganie, geje, dziewczynki. Stare przeboje, te same grupy, co zawsze. Zapętlona zbitka: rasa-seksualność-płeć-naród-historia-tożsamość.

I wojownicy. Warriors. „Nieliczni przeciw niezliczonym”. A skoro już jesteśmy przy gejach, to warto powiedzieć, że to neutralne określenie mniej więcej po roku od wprowadzenia do debaty publicznej pojawiło się na murach jako obelga. Zanim zacząłem robić projekt, zobaczyłem w Krakowie napis: „Wisła geje”. A teraz mamy te wszystkie „gejksy” – GKS Katowice przerabiane jest na „gejksa”. Nie wiem, czy zwróciłaś uwagę, ale udało mi się sfotografować trzy wariacje na temat znaku „zakaz pedałowania”, który bezskutecznie starał się zarejestrować w sądzie NOP. Dwa z nich są dość plastycznie rozwinięte.

Kraków (Prądnik Biały), ul. Henryka Pachońskiego, 13.02.2012

A co myślisz o bagatelizowaniu „świętej wojny” i jej oręża przez policję, wymiar sprawiedliwości, ale też przez badaczy, intelektualistów? Brawurowy przykład mieliśmy podczas spotkania w MSN, kiedy to część kulturalnej publiczności oburzona była nie treścią murali, ale wulgaryzmami, tym, że w muzeum padły brzydkie słowa. A przecież hasło: „Jebać Żydów maczetami”, bo o nie chodziło, delikatnie mówiąc, nawołuje do przemocy wobec pewnej grupy społecznej. Dla mnie twój projekt jest nie tylko przerażającym portretem polskiego społeczeństwa (tych, którzy malują, tych, którzy na to pozwalają, i tych, którzy się temu z niedowierzaniem przyglądają), polem badań dla socjologów, gotowym pozwem i zarazem dowodem, ale przede wszystkim ostrzeżeniem.

Przede wszystkim ustalmy: kibice Cracovii nie są Żydami. Ktoś kiedyś na moim blogu skomentował zdjęcie z nienawistnym napisem słowami: „Ale o co ci chodzi, przecież ja też jestem Żydem”. Chodziło mu o to, że on kibicuje Cracovii. Jak widzisz nie ma problemu…

No dobra, to powiedz coś o tych prawdziwych klubach żydowskich.

Przed wojną w Krakowie stricte żydowskimi klubami były bundowska Jutrzenka, która nota bene miała boisko tam, gdzie obecnie znajduje się stadion Wisły, oraz syjonistyczne Maccabi, ale takich sportowych związków było w tym mieście kilkanaście. W 1937 roku próbowano w polskiej lidze wprowadzić paragraf aryjski i przeciwstawiły się temu Cracovia, ŁKS i Pogoń Lwów (za inicjatywą stały: Warta Poznań, Wisła Kraków i AKS Chorzów). Cracovia nie stosowała numerus nullus i grali w niej obywatele polscy o żydowskich korzeniach, natomiast w Wiśle obowiązywał regulamin, według którego zawodnikiem mógł być tylko Polak. Wśród założycieli Cracovii i ŁKS-u byli zasymilowani Żydzi, więc automatycznie te kluby już przed wojną nazywano żydowskimi i to trwa nadal…

Właściwie powinienem jednak powiedzieć, że ta nomenklatura uległa rozszerzeniu, bo gwiazda Dawida jako znak piętnujący (skojarzenia z obowiązkiem noszenia łaty są jak najbardziej uzasadnione) powszechnie stosowana jest w Krakowie, na Górnym Śląsku i w Łodzi. W tym ostatnim mieście wpisuje się ją w środku skrótów ŁKS i RTS, na Górnym Śląsku wiesza na szubienicy, wpisawszy w środkowe pole odwróconą literę z godła przeciwnika, a w Krakowie przekreśla, opatrując zwyczajowym hasłem „Anty Jude” lub „Jude Raus”. Są też graficzne metody bardziej wyrafinowane, np. przypadku Robotniczego Towarzystwa Sportowego Widzew, powołanego w 1922 roku z inicjatywy PPS, antagoniści wpisują w klubowy skrót twarz chasyda albo dorysowują pejsy i kipę do litery „T”.

Jeżeli jesteśmy przy Łodzi, to przypomniało mi się, jak ktoś opowiadał mi o Izraelczyku, który przyjechał do tego miasta i w pierwszej chwili pomyślał, że ma do czynienia z jakimś odrodzeniem ruchu syjonistycznego…

Chorzów (Chorzów II), ul. Pudlerska, 04.12.2009

Poruszyły mnie murale upamiętniające zmarłych kibiców i te, w których okazują solidarność z aresztowanymi podczas ustawek, zadym, wszystkie te „Pozdrowienia do więzienia”.

Pierwsze epitafium sfotografowałem w Chorzowie i znalazło się ono też na okładce książki. Bardzo się wtedy ucieszyłem, że nie będę miał na zdjęciach tylko kreski. Sportretowałem kilkanaście takich murali epitafijnych, a ten z Chorzowa poświęcony jest ofiarom rywalizacji klubów. Widocznemu po lewej stronie kibicowi rzucona przez rywali raca wbiła się w krocze i poważne oparzenia spowodowały zgon, osoba z prawej strony poniosła śmierć od ugodzenia nożem. To graffiti było bardzo długo na murze kamienicy przy ulicy Pudlerskiej i kilkakrotnie odnawiano je po wrzutach konkurencji. Na zdjęciu widać też płotek, który jednak podczas którejś mroźnej zimy poległ i poszedł na podpałkę. No i tu znowu pojawia się pewien trop wizualny: rzecz, która przychodzi mi do głowy, to murale poświęcone bojownikom Fatah i graffiti przedstawiające…

…żołnierzy IRA?

Dokładnie tak. Na muralach pojawiają się też często liście konopi.

I jeszcze: „Kosovo jest serbskie”. W słowniku piszesz o solidarności, trzymaniu sztamy między kibicami z różnych miast. Jest jakiś klub serbski, z którym solidaryzują się polscy kibice? Czy bardziej chodzi o to, że Kosowianie są muzułmanami i to jest kolejna grupa do bicia?

Oczywiście jest to związane z nacjonalistycznym podejściem. To była akcja solidarnościowa z Serbami po ogłoszeniu niepodległości Kosowa, ale te napisy zostały w większości dość szybko zamalowane.

Kto je zamalował?

Administracje budynków. Bo wiesz, jest ruch społeczny malowania i jest działalność administracyjna, która z tym walczy. Nie ma ruchu społecznego, który starałby się to zjawisko w jakiś sposób ograniczyć i doprowadzić do sytuacji, aby takie napisy się nie pojawiały. A ruch społeczny malowania odradza się bez przerwy. Jak fotografowałem Łódź, to zdarzało mi się widzieć w jakiejś dzielnicy białe prostokąty, a czasami zdarzało mi się przyjechać po takiej fali społecznego malowania, i mogłem robić zdjęcia bez końca. Gdy przyjechałem tam jesienią 2013 roku, to szczęka mi opadła na widok niesamowitej liczby antysemickich napisów, oczywiście z użyciem gwiazd Dawida. Zrobiło mi się autentycznie bardzo źle, mimo że widziałem już naprawdę wiele.

Myślisz, że to może być reakcja na politykę władz Izraela? Bo przecież w polskiej wyobraźni to się wszystko ładnie składa…

Masz rację, ale nazywanie obszaru wpływów kibiców Wisły Strefą Gazy, bo są też takie napisy, pojawia się bardzo rzadko.

Może na razie.

Nie spotkałem też żadnej afirmacji bojowników, którzy się wysadzają. Chyba tylko na jakiejś oprawie stadionowej było porównanie powstania warszawskiego do sytuacji w Strefie Gazy.

A jak jest z tym dzieleniem miasta na strefy wpływów?

W przypadku działalności przestępczej, związanej z handlem narkotykami, z wymuszeniami etc., to może mieć jakieś uzasadnienie. I o tym czasem pisze prasa, sugerując, że grupy kibicowskie mają związek ze światem przestępczym, co zapewne ma miejsce, jednak dość rzadko znajduje potwierdzenie w prawomocnych wyrokach skazujących. Często mam jednak wrażenie, że ten podział na strefy wpływów mocno przypomina eksperyment Tajfela. Na przykład w Katowicach jest dzielnica Załęże, gdzie stoją porządne familoki z dwudziestolecia międzywojennego, i ona cała kibicuje Gieksie, z wyjątkiem jednej jedynej ulicy – co ciekawe o nazwie Pokoju – która jest za Ruchem. W Krakowie w 2006 roku Piotr Trzepacz, wówczas doktorant Instytutu Geografii i Gospodarki Przestrzennej UJ, zrobił mapę kibicowskich wpływów i doszedł do wniosku, że te podziały są absurdalne. No i przypominam sobie czasy młodości, kiedy chodziłem z moim kuzynem na mecze. Mieszkałem wtedy w dzielnicy, w której był trzecioligowy wówczas klub Garbarnia Kraków, mój kuzyn mieszkał na Zwierzyńcu, czyli na tradycyjnym terenie Cracovii, a chodziliśmy na mecze Wisły, bo była w pierwszej lidze. I oczywiście siadaliśmy w strefie kibica, bo tam było najciekawiej, padały najlepsze komentarze pod adresem sędziego i zawodników. A na Cracovię też chodziliśmy, tyle że na mecze rugby… Nie przypominam sobie, żeby ktoś w podstawówce czy w liceum pytał mnie, komu kibicuję. Nota bene Wisła była wtedy klubem gwardyjskim związanym z Milicją Obywatelską.

Zaskoczyło cię coś z tego, co sfotografowałeś? Zdziwiło, ucieszyło?

Znalazłem dużo ciekawych plastycznie rzeczy i zawsze też bardzo się cieszyłem, kiedy mogłem coś fajnego sfotografować. Na przykład murale na Górnym Śląsku zaskoczyły mnie wyrafinowaną i przemyślaną formą, a przecież wszystko to jest nielegalna działalność. Robiąc ten projekt, chciałem pokazać całość zjawiska, które dotyczy świętej wojny między kibiciami. Tak więc w albumie znalazły się różne formy ekspresji, od bazgrołów nienawiści poczynając, kończąc na kapitalnych graffiti, które są dla mnie przykładami współczesnej sztuki ludowej, tak samo zresztą jak wspomniane wcześniej tatuaże, chusty rezerwistów czy murale w Irlandii Północnej.

Katowice (Giszowiec), ul. Wojciecha, 14.10.2013

Mnie się to kojarzy z teledyskami hiphopowymi, z muralami, które upamiętniają ofiary wojen gangów i tragicznie zmarłych artystów, jak Tupac czy Aaliyah.

Z tym hip-hopem to racja, na Górnym Śląsku jest nawet mural nawiązujący do Tupaca. Kiedy robiłem zdjęcia latem, to z otwartych okien i samochodów leciał właśnie hip-hop.

Wiesz jaka jest recepcja wystawy i książki? Jacyś kibice to widzieli?

Nie mam pojęcia, czy widzieli, ale jest duże zainteresowanie, również po wywiadzie, którego udzieliłem gazecie.pl. Był po nim spory ruch na forum, więc z komentarzy dowiedziałem się m.in., że jestem Żydem i zrobiłem to za żydowskie pieniądze, i jeszcze, że bronię „żydków”. Jednak ani ta frazeologia, ani konstrukcje myślowe mnie nie zaskoczyły, bo to samo jest na murach.

Nie boisz się zarzutów od osób zajmujących się street artem, że to wtórne?

Nie, bo to zjawisko akurat jest przez nich traktowane marginalnie. W bardzo ciekawej książce Tomasza Sikorskiego i Marcina Rutkiewicza Graffiti w Polsce, 1940-2010 jest dokładnie 6 zdjęć graffiti kibicowskich, a jeśli popatrzymy na ulice naszych miast, to proporcje są – by tak to eufemistycznie określić – wyraźnie inne. Większość zdjęć murali w moim albumie to już zapisy stricte archiwalne, co jest skutkiem techniki, w jakiej zostały wykonane albo częściej działań konkurencji.

Jaka byłaby reakcja idealna? Czego oczekiwałbyś od tych, którzy pójdą na wystawę, kupią album, przeczytają wywiady z tobą?

Chciałbym, żeby doszło do sytuacji, że im to zacznie przeszkadzać i wymusi reakcję. Materiałowi wizualnemu w albumie towarzyszą teksty Joanny Tokarskiej-Bakir, Anny Zawadzkiej i Adama Mazura. Pracując nad tym projektem, szybko zrozumiałem, że publikacja musi mieć właśnie taką formę, że ten katalog napisów, tagów, grafów i murali powinien być skomentowany z użyciem narzędzi współczesnej socjologii społecznej i antropologii. Może w ten sposób ten projekt wymusi jakąś działalność edukacyjną, bo tego nie ma w ogóle.

No nie ma. Niedawno próbowałam zachęcić nauczycieli (sic!) do lektury książki Bożeny Keff Antysemityzm. Niezamknięta historia, która pomyślana jest jako rodzaj pomocnika dla polonistów i historyków, ale też dla uczniów, licealistów, studentów. I wiesz co? Nie są zainteresowani.

Może jestem naiwny, ale mam nadzieję, że te działania odniosą jednak jakiś skutek. A w przypadku porażki pozostaje jednak dość gruntowna dokumentacja zjawiska, dodatkowo skomentowana w sposób naukowy, co wykluczy zaprzeczenia w rodzaju: „Antysemityzmu w Polsce nie ma, nie było i nigdy więcej już nie będzie”.

Wojciech Wilczyk (1961) – fotograf, krytyk sztuki, kurator, poeta i eseista. Jego twórczość obejmuje przede wszystkim duże cykle dokumentalne, m.in. „Kalwaria 1995–2004 poświęcony uczestnikom ceremonii religijnych w Kalwarii Zebrzydowskiej, a także kilka projektów dokumentujących rozpad architektury industrialnej na Śląsku (Z wysokości, 2001; Czarno-Biały Śląsk, 2004;  Postindustrial, 2003–2006). Do jego najważniejszych prac należy cykl Niewinne oko nie istnieje 2007–2009, w którym zdokumentował aktualny stan wszystkich istniejących jeszcze w Polsce synagog i żydowskich domów modlitwy, które nie są już dziś miejscami kultu religijnego.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać