Ali Smith, Gliff, przeł. Agnieszka Wilga, WAB 2026
Mama wyszła do bramy przeładunkowej, żeby się z nami przywitać. W pierwszej chwili trudno ją było rozpoznać. Wydawało się, że to po prostu jakaś pracownica hotelu.
Jej partner Leif oraz dwie córki odwiedzają ją w hotelu – w uniformie pracownicy wygląda obco, rozmowa jest utrudniona – obserwują ich kamery, są podsłuchiwani. Z dwóch posągów przy wejściu jeden przedstawia skulone ciało mężczyzny, wyraźnie martwego. „Rigor mortis, mówi Leif. Oto dzisiejsza pieta. Oto co się dzieje ze sztuką, gdy ktoś uważa, że można z niej zrobić hotel”. Matka pracuje, żeby zastąpić swoją ciężko chorą siostrę, która inaczej straciłaby pracę, nie wiadomo, ile to jeszcze potrwa. Córki z Leifem wracają do oddalonego domu, jednak okazuje się, że jest on otoczony namalowaną na ziemi czerwoną linią. Tak linia oznacza, że został im odebrany, kupiony? Nie mogą do niego wrócić. Niedługo stanie się tak też z kamperem, którym jeżdżą, a Leif zostawi dziewczynki same w starym, pustym baraku.
Znajdujemy się w nowym, wspaniałym świecie, dystopii, ale czy tak odległej od rzeczywistości? Ludzie poznają go głównie poprzez urządzenia elektroniczne, takie jak smartfony zwane edukatorami, które dostarczają informacji i rozrywki, mierzą kroki, ciśnienie krwi, tętno, analizują skład odżywczy pokarmów, tłumaczą z wielu języków oraz – to ważne – nagrywają wszystko, co nosząca osoba robi, widzi i słyszy. Każdy obywatel musi być zaklasyfikowany, dla niesklasyfikowanych są ośrodki reedukacji. Przypisanie do jakiejś kategorii wymaga użycia konkretnego terminu, słowa, dlatego słowa są ważnym elementem tej powieści – zaczynając od tytułu.
Gliff to słowo ze szkockiego dialektu, które ma wiele znaczeń: może to być ulotna chwila, zaskoczenie, nagłe spojrzenie, przeczucie, migniecie, błysk. Na początku tłumaczka podpowiada nam takie znaczenia, jak „umknąć, uniknąć”. Ali Smith w powieści poświęca temu słowu całą scenę, kiedy jedna z dziewczynek przegląda słownik, a w nim całą stronę definicji. Najciekawsze jednak jest to, że słowo gliff może oznaczać cokolwiek, zostać użyte jako zastępnik dowolnego słowa.
Znaczące są też imiona dzieci: Briar i Rose. Briar to głóg albo inne kolczaste rośliny, róża też ma kolce. Siostry dorastają bez smartfonów, świat poznają, obserwując i korzystając z książek, będą próbowały umknąć systemowi. Wraz z ocalonym z rzeźni koniem – symbolem wolności. Kiedy Briar zostaje złapana, będzie zaklasyfikowana jako chłopiec. To imię jest neutralne płciowo, domyślam się, że w angielskim oryginale jej płeć mogła być niedookreślona, na co nie pozwala fleksyjna polszczyzna. W każdym razie w powieści ten akt klasyfikacji jest pokazany jako okrutna przemoc.
Gliff jest książką niezbyt długą, chyba łatwiejszą w odbiorze niż wcześniejsze powieści szkockiej autorki. Będzie miała ona swoją kontynuację, drugi tom. Mam nadzieje, że niedługo.
Vajra Chandrasekera, Święty od papuzich drzwi, przeł. Wojciech Szypuła, Wyd. Czarna Owca 2026
W momencie narodzin Wrzeciądza Matka Chluby ogromnym spiżowym gwoździem przyszpila jego cień do ziemi i oddziera go od jego ciała.
Następnie dusi cień pępowiną i „cień kona w ciszy” – przynajmniej na początku tego się dowiadujemy, ale czy można zabić cień? Może jednak powróci i okaże się ważnym bohaterem tej historii.
Wrzeciądz rodzi się w Acusdabie, małym miasteczku gdzieś w interiorze, w którym jego matka jest mistrzynią szamanów i uosobieniem miejscowych praw. Urodziła się dawno, kiedy jeszcze miejsce to nie należało do kontynentu, lecz było szczęśliwą wyspą poławiaczy pereł. Jego ojcem jest Doskonały Łaskawca, obdarzony wielką mocą prorok, który jest też twórcą jednej z wielkich światowych religii-ideologii, mających niby zaprowadzić pokój i porządek, choć tak naprawdę są aparatem represji. Natomiast Acusdoba to miejsce dawnej magii, w której pełno jest „diabłów” niewidzialnych, wynaturzonych stworów.
Wrzeciądz jest szkolony przez matkę, ma stać się jej narzędziem, dopuścić się Pięciu Niewybaczalności i zabić ojca. Na polecenie matki zabija swego dziadka, obiecuje sobie, że już nigdy nikogo nie zabije i odchodzi z domu. Jednak jest świetnie wyszkolonym zabójcą, jest też „lekki”, może unosić się w powietrzu, oraz jako jedyny widzi niewidzialne dla innych diabły.
Udaje się do Luriatu, to współczesne miasto – samochody, komputery, jeden z dwóch w tej krainie dużych ośrodków miejskich. W Luriacie rządzą wyznawcy Doskonałego Łaskawcy, podzieleni na dwie frakcje – Drogę Górną, bardziej elitarną i uduchowioną, i Drogę Dolną, ludową. Ta ostatnia odpowiada za liczne pogromy niewiernych, ale w istocie nie różnią się od siebie (coś jak Kościół Rydzyka i Kościół Rysia).
Mieszkańcy Luriatu podzieleni są na setki kast, od przynależności do kasty zależy możliwość kariery. Mieszkają w nim jednak też niemieszczący się systemie kastowym imigranci, ludzie „bezdrożni”, nie-wybrańcy. Tacy w każdej chwili mogą się znaleźć w więzieniu. Więzienie to przypomina ogromne slumsy, częściowo podlegające władzy, ale zbyt duże, żeby mogła je kontrolować. Ludzie tam pracują, tworzą lokalne społeczności, Luriat zapewnia im trochę żywności, wodę – wszyscy jakoś próbują przeżyć. Nie jest to obóz koncentracyjny z jego totalną kontrolą, torturami, raczej slumsy Mumbaju czy brazylijskie fawele. Przywodzi na myśl to, co Zygmunt Bauman pisał o produkowanych przez płynną nowoczesność ludziach niepotrzebnych, ludzkich odpadach. Nie jest to jednak produkt nowoczesności takiej, jak postrzegamy ją na Zachodzie.
I wreszcie to w Luriacie pojawiają się papuzie drzwi – zawsze zamknięte. Z jednej strony pomalowane na jaskrawe kolory, z drugiej lita ściana, zza nich czuć zimno, jakiś wiatr. Mieszkańcy najczęściej mijają je obojętnie albo obok składają ofiary, ale też jest cały zespół naukowców, którzy je badają. Co się za nimi znajduje? Wrzeciądz ich nie otworzy, nie przejdzie do innego świata, jak to w fantastyce bywa. Co nie znaczy, że nic tam nie ma – to przez nie przenikają diabły. Czym naprawdę są? Może wieje zza nich wiatr rewolucji? To już musicie sami odkryć, chociaż odpowiedź nie jest całkiem jasna.
Wrzeciądz w Luriacie dołącza do niewielkiej komórki rewolucyjnej, a niedługo miasto ma odwiedzić jego ojciec, Doskonały Łaskawca. Mimo złożonej sobie obietnicy zabójstwo ojca wciąż pozostaje jego zadaniem. Czy go zabije? – nie. Czy go nie zabije? – też nie.
Nie jest to zachodnia fantastyka i nie spełni niektórych naszych konwencjonalnych oczekiwań. I to jest naprawdę odświeżające! Głos z globalnego Południa różni się od głosu Zachodu.
Vajra Chandrasekera to pisarz ze Sri Lanki, z Kolombo, urodzony w 1979 roku, pisze po angielsku, ale jego rodzimym językiem jest syngaleski. Czytając, warto pamiętać o historii wojny domowej na Sri Lance między Syngalezami (buddyści) i Tamilami (hinduiści). Tamilowie walczyli o swoje niepodległe państwo i ostatecznie zostali pokonani w 2009 roku. Byli prześladowaną mniejszością, ale walcząc, posługiwali się metodami terrorystycznymi. To bardzo krwawa historia i pozostawiła swoje ślady, nie ma jednak w tej powieści prostych analogii, oczywistych morałów, bohatera, który dzielnie wypełnia swoją misję, prowadząc nas do jednoznacznie szczęśliwego zakończenia.
Ważne są też wątki buddyjskie – Budda, zanim został Buddą, miał żonę i syna, których porzucił. Pięć Niewybaczalności odpowiada pięciu grzechom ciężkim w buddyzmie, które uniemożliwiają osiągnięcie oświecenia. Bardzo ważny jest kontekst postkolonialny. Przyłączenie szczęśliwej wyspy do kontynentu było brutalne, ale przede wszystkim wiązało się z przepisaniem na nowo historii, tak że stara została prawie całkowicie wymazana.
Uświadomienie sobie tych kontekstów pomoże w lekturze, ale i tak pozostaną szczegóły, które są tajemnicze, trudne do interpretacji – może celowo, a może jednak jest to kulturowo inny świat, chociaż, co jest złem na globalnym Południu, jest też złem i w naszej części globu. Niejednoznaczność jest wpisana w tę powieść, inaczej niż w nieco przewidywalnych ostrzeżeniach przed bliską przyszłością u Ali Smith, bo pewno dostrzegliście pewne podobieństwa?
Święty od papuzich drzwi został uhonorowany nagrodą Nebula i wieloma innymi nagrodami dla fantastyki i sf. Bardzo słusznie!



![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)




Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.