Jednym z moich ulubionych środowiskowych żartów jest mem przedstawiający stertę plastikowych klapek typu japonki z podpisem mówiącym, że „to wszystko spektakle Krzysztofa Warlikowskiego”. To oczywiście trawestacja, ale trafnie oddaje fakt, że reżyser wypracował bardzo charakterystyczne rozwiązania formalne oraz dramaturgiczne.
Powracające motywy zbrodni ludzkości, dziedziczenia winy i traumy, mądra i ciekawa aktualizacja greckich tragedii, przepiękne scenografie Małgorzaty Szczęśniak, ulubiona, świetnie grająca obsada, muzyczno-estetyczne wysmakowanie – wszystko to było przez lata stałą się znakiem rozpoznawalnym tego teatru, zjednującym mu gorących zwolenników i zwolenniczki.
Sama kocham twórczość Warlikowskiego, z jej lepszymi i gorszymi momentami. Do tego stopnia, że właściwie wystarczyłoby, żeby wystawił mniej więcej to, co zawsze, z jakąś wariacją, i – w uproszczeniu – niczego w tym ukochanym klapku bardzo nie popsuł. Wydaje mi się, że istotna część publiczności Warlikowskiego może być mniej więcej w podobnym stadium rozmiłowania. Niestety, Europa w Nowym Teatrze w Warszawie to spektakl niedobry – pozbawiony intelektualnego pazura i siły krytycznej, za to bardzo problematyczny pod kątem reprezentacji.
Do czego służy kobieta
Problem zaczyna się już na poziomie tekstu Mouawady i jego scenicznej realizacji, wręcz podbijającej wszystkie mankamenty utworu. Oto Europa w dwóch wcieleniach: ośmioletniej dziewczynki, która wydaje kryjówkę osiemnaściorga dzieci i tym samym skazuje je na śmierć, oraz osiemdziesięciotrzyletniej kobiety, zgadzającej się opowiedzieć o masakrze pod warunkiem spotkania z trzema porzuconymi córkami.
Mała Europa – wystylizowana na „lolitkę”, w peruce i obcasach, z maską o wydartych oczach – miota się w przestrzeni szkoły, przypomina lalkę i przywołuje skojarzenia z Umarłą klasą Tadeusza Kantora. Stara Europa (w tej roli Andrzej Chyra) to żeńska wersja Lorda Vadera, jak zauważa jedna z córek (atutem pierwszej części jest przekonujący humor), ubrana na czarno, tajemnicza, mroczna.
Trzy córki sprowadza stereotypowo przeseksualizowana blondynka Assia (gra ją Magdalena Cielecka) – dyplomatka chcąca poznać prawdę o masakrze w fikcyjnym państwie na styku Azji i Europy, gdzie osadził się drugi uciekający przed represjami lud i eksterminował ten pierwszy (wyraźne nawiązanie do Palestyny i zbrodni Izraelczyków). Okazuje się, że na każdą z trzech córek spadła klątwa – dziedzictwo zbrodni.
Jovette (Maja Ostaszewska) panicznie boi się psów, nie potrafi być szczęśliwa, czuje przymus bycia pożyteczną, działania na rzecz innych kosztem własnego dobra. Mégara (Magdalena Popławska) poroniła trójkę dzieci. Z kolei syn Wediai zgwałcił, zamordował i pożarł kobietę, którą rzekomo kochał (tamta chciała związać się z innym), za co matka czuje się odpowiedzialna.
Na poziomie konstrukcji postaci obecnych bezpośrednio na scenie dostajemy więc głównie cierpiące postaci kobiece, w większości seksualizowane. Do tego w pakiecie makabryczne opisy przemocy – głównie na kobiecych ciałach i doświadczeniach kobiet. To bezimiennym dziewczynkom sprawcy nożem powiększają odbyty, by ułatwić penetrację, a potem „podcinają im gardła, i podnieceni widokiem tryskającej krwi sami tryskają spermą, wysyłając te dzieci do piekła i każąc im ssać kutasa ich boga, by ostatecznie wypatroszyć je od gardła do pochwy”.
Daruję już sobie przywoływanie opisu morderstwa Waginy Waniny przez Zachariasza (nazwanego z kolei odpryskiem masakry, ale tak, żeby skojarzyć to z odpryskiem wytrysku gwałcicieli – podobnych finezyjnych gier słownych jeszcze trochę jest). Mamy więc mordercę-gwałciciela-kanibala, ale gdzie ofiara? Pojawia się jedynie na moment, jako lalka z rozmazanym makijażem (przeobrażenie Europy-ośmiolatki), służąca do tego, by się położyć i obrysować własne zwłoki. W tej konfiguracji narracja sprawcy zostaje uprzywilejowana, podczas gdy ofiara istnieje wyłącznie jako wizualny rekwizyt przemocy.
Jaka piękna makabra
Reprezentacja przemocy to nie zawsze reprodukcja, i nie uważam, by spektakle ze scenami przemocy należało z góry przekreślać. Granica między reprezentacją a reprodukcją przemocy to jedno z moich zainteresowań badawczych, sprawiających, że spektakle podejmujące ten problem uważam za szczególnie ciekawe. Problem nie polega na samej obecności przemocy wobec kobiet, lecz na zupełnym braku problematyzacji: kobiece ciało staje się nośnikiem znaczeń, na którym spektakl odgrywa historię przemocy, nie oferując pogłębionej refleksji na ten temat, a wręcz idąc w zbyt daleko idące uniwersalizacje.
Jeśli dodamy do tego estetyzacje makabry, udającą chyba naturalizm, a jednocześnie go unieważniającą, dostajemy obrazy wręcz perwersyjne, bazujące na gwałtach, pedofilii, kanibalizmie etc. Do tej perwersji zresztą spektakl bezpośrednio się odwołuje – ośmioletnia Europa czuje na widok mordów dziką radość. Problem w tym, że jednocześnie w pewnym sensie ją powiela.
Postać Assi świadomie wykorzystuje własną seksualność jako narzędzie do osiągania celów. W jej wspomnieniu ojciec reaguje erekcją na widok siedemnastoletniej córki w szpilkach kupionych na polecenie matki. Później motyw obcasów powraca, aż w końcu mają się one stać nośnikiem emancypacji.
Te obrazy nie otwierają krytycznej refleksji – fetyszyzują seksualność kobiet oraz przemoc wobec nich. Chociaż te wątki można znaleźć także we wcześniejszych spektaklach Krzysztofa Warlikowskiego, to jednak nie w takim nagromadzeniu. Przede wszystkim zaś klimat się zmienia, tak jak i społeczna wrażliwość. To, co kiedyś działało, dziś wymaga aktualizacji. Zamiast tego w spektaklu dostajemy obuchem quasineobrutalizmu, operującego na wizerunkach kobiet.
Baśniowy horror o Palestynie?
Kolejnym problemem spektaklu są nadmierna parabolizacja i uniwersalizacja. Fikcyjne państwo Hafeztan, na początku odnoszące do Palestyny, coraz bardziej zatraca swoją realność, tak jak i fabuła. Oglądamy baśń z elementami horroru: mała Europa miota się tak pięknie, spotkanie matki z córkami staje się coraz bardziej nierealne, surrealne wręcz, takie też stają się opisy gwałtów, mordów, które mają chyba szokować i rozjeżdżać widzki emocjonalnie. Jednak ściana fikcyjności staje się coraz grubsza.
W przedstawionej baśniowej paraboli następuje niemal całkowite zrównanie winy z traumą, którą dzielą sprawcy oraz ofiary. Oczywiście nie chodzi o to, że pielęgnować w sobie rany ofiar i rozdrapywać rany sprawców przez pokolenia, ale na czym innym polega bagaż Assi (córki ocalałych z makabry), a na czym innym bagaż córek morderców. W spektaklu owa różnica się zatraca (a nie wyłapałam na przykład sugestii, że zamordowani też mordowali swoich oprawców, co jakoś tłumaczyłoby decyzję o takim zrównaniu). Nie postuluję oczywiście licytowania się na traumy, lecz problematyzację lub przynajmniej większe uwrażliwienie na tę kwestię, zwłaszcza że mówimy o tekście libańskiego dramatopisarza, który jako ośmiolatek uciekł z ojczyzny przed wojną, w reżyserii artysty wyspecjalizowanego wręcz w wystawianiu pozagładowych traum.
Ciekawa jest za to relacja Zachariasza z matką. Wątek winy rodzica jest w tym spektaklu pokazany bardziej interesująco i prowokacyjnie niż wątek winy dziedziczonej przez dzieci (pokazany w tak wyabstrahowany sposób, że nie budzi emocji). Szkoda tylko że Wediaa-matka jest właściwie samą miłością i winą (dowiadujemy się o niej najmniej z całej trójki).
Nie ma boga, żeby powstrzymał masakrę
W pewnym momencie Jovette pyta, co ją to wszystko (przeszłość nieznanej matki, ludobójstwo) obchodzi. Rozglądając się po widowni nie miałam wątpliwości, że część osób ma ochotę powtórzyć tę deklarację. Dostaliśmy spłaszczone echo tego, co już mocno wybrzmiało w (A)polloni, Dybuku, Historii dla Hollywoodu –że cała ludzkość jest uwikłana w ciąg masakr po różnych stronach.
Miało to być wstrząsające, ostatecznie jednak nie mówi niczego o uwikłaniu w agresję Rosji na Ukrainę, w konflikt izraelsko-palestyński etc. Miało być aktualnie, wyszło nijako, klucz uniwersalistyczny nie przystaje do rzeczywistości, nie prowokuje refleksji, raczej smutny, pełen goryczy śmiech na wisielcze żarty, które w pewnym momencie przestają działać.
Mocno zapadły mi w pamięć zdania o tym, że nawet greccy tragicy nie mieli innego pomysłu na rozwiązanie akcji niż deus ex machina. Tymczasem w rzeczywistości żadnego deus ex machina nie będzie. To gorzkie przesłanie bardzo by mnie poruszyło, gdyby mocniej korespondowało z rzeczywistością przedstawioną. Tymczasem postać Assi, która cudem doprowadza do spotkania trzech córek z matką-morderczynią, poznających dzięki temu przyczyny własnych nieszczęść, to właśnie realizacja motywu, którego brak spektakl próbuje problematyzować.
Miało gdzieś jeszcze wybrzmieć przesłanie o leczniczej sile opowieści, ale według mnie wynika raczej z programu niż z samego spektaklu, zresztą to przesłanie z jednej strony naiwne, z drugiej egzemplifikowane w przez estetyzacją i fetyszyzację makabry.
Dalej uwielbiam twórczość Warlikowskiego, z cyklem o Holokauście na czele. Uważam, że Europa to mimo wszystko piękny, poruszający spektakl, świetnie zagrany, z rewelacyjną oprawą muzyczną, a w pierwszej połowie dobrze skonstruowany dramaturgicznie (później budowany już zbyt dużymi cięciami i niedziałającymi kontrastami), stanowiący próbę refleksji nad ważnym problemem bezradności wobec dziejących się zbrodni. Mam głęboką nadzieję, że przy następnym spektaklu reżyser się ocknie, rozejrzy i zobaczy, w którą stronę odjeżdża mu rzeczywistość polityczno-społeczna.


























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.