Moje fantazje erotyczne? Zbombardowanie Hollywood. Przez „Hollywood” rozumiem tutaj zarówno konkretną dzielnicę Los Angeles i „południowe zbocze góry Lee w łańcuchu niewysokich gór Santa Monica” (to z Wikipedii), na którym umieszczono ikoniczny ów napis, jak i całe rozproszone, wielogłowe gremium – jurorów, lobbystów, dziennikarzy branżowych, radioaktywne autorytety w kryptach nad Pacyfikiem – odpowiedzialne za przyznawanie Oskarów. W roku bieżącym trafiły one w głównych kategoriach do Jednej bitwy po drugiej i Grzeszników.
Zwłaszcza obfite laury dla filmu Andersona to lekka granda, żeby nie powiedzieć – rozbój w biały dzień. Trudno wręcz uwierzyć, iż ten dwuipółgodzinny ciąg skeczy jest dziełem artysty, który stworzył Magnolię, Boogie Nights czy Aż poleje się krew – precyzyjne, mordercze wiwisekcje społeczeństwa postindustrialnego, kapitalizmu, Ameryki.
Tak, wiem, że Jedna bitwa po drugiej zawiera pyszną korespondencję z Bitwą o Algier Pontecorvo. Tyle że ostatecznie mamy tu do czynienia z propagandą filozofii środka, teorią podkowy za pomocą obrazów ruchomych. Z jednej strony: patrzcie, jacy ci rasistowscy maczyści i prawicowe zjeby są groteskowi! Oto więc Sean Penn w kreacji godnej 13 Posterunku; coś jakby umundurowany Cezary Pazura z plemienia Mohawków. Ale z drugiej: tamci rewolucjoniści wcale nie lepsi – szlachetne fajtłapy, pocieszne zjarusy, wzmożone laski, mrukliwi ekscentrycy! Chyba lepiej znaleźć złoty środek, prawda? Ekstremizmy nie są rozwiązaniem…
Według apologetów Jedna bitwa po drugiej łapie, rzekomo, i ukazuje paranoiczno-trumpiarski zeitgeist. Ale jeśli chodzi o myślenie spiskowe, to uważam, że w Bugoniiczy Eddingtonie zrobiono to lepiej, natomiast w dyscyplinie obnażania mechanizmów działania waszyngtońskiego mentalu imperialno-zamordystycznego Vice, póki co, nie ma sobie równych.
Zresztą „aktualność” filmu niekoniecznie winna być uważana za wartość i zaletę. Często nie jest niczym innym, jak pójściem na łatwiznę – łapówką dla arbitrów i publiki. W rezultacie pomija się prawdziwą sztukę. Właśnie tak było i tym razem. Jedna bitwa po drugiej obrabowała ze statuetek Wielkiego Marty’ego.
Ubermysz na drabinie kłamstw
Przyznam szczerze, że bardziej od tego, w jakim stopniu film Safdiego wiernie oddaje biografię Marty’ego Reismana (który na ekranie figuruje jako Marty Mauser), amerykańskiego czempiona tenisa stołowego z lat 40. i 50., interesuje mnie topos, którego „Marty Mauser” jest porywającą materializacją. Filmowy Mauser, w zależności od której strony czasu spojrzeć, to późny wnuk Rastignaca, syn Dyzmy czy Feliksa Krulla, nieznośny siostrzeniec Ripleya, brat Olivera Quicka z Saltburn, mendowaty ziom Tomka z Hejtera.
Jest więc Mauser Safdiego kolejnym arywistą, próbującym takim bądź innym niezbyt legalnym sposobem wedrzeć się do świata premium, następnym kolesiem spod podłogi marzącym o penthousach i apoteozie. Czasami da się wjechać tam z buta; o wiele częściej dostęp uzyskuje się dzięki mimikrze, podstępom, kłamstwu i okrucieństwu.
Zarazem będzie Marty postacią wprost z Rotha i Jacobsona – hardym młodym Żydem, który używa, wyrywa się, profanuje. Stroi sobie żarty z Auschwitz, ma w dupie własną rodzinę. Wypada również przypomnieć, że bohater poprzedniego filmu Safdiego, czyli Nieoszlifowanych diamentów, nazywa się Howard Ratner. To również cwaniak, utracjusz, kombinator, pechowiec. Ratner, Mauser, świta wam coś?
Marty jest i nie jest myszą, którą nosi w swoim mianie i jako środowiskową ksywę. Drobny, ruchliwy, z wąsikami, krzątający się bez ustanku wokół takich spraw jak zapasy i rozród, przenikający do zawartych pomieszczeń, żerujący na cudzym. Z drugiej strony to niewyobrażalny arogant i człowiek czasami bardzo odważny oraz bezwzględny.
Właśnie bezwzględność byłaby jego supermocą. Używa jej jak lasera, przecinając więzy emocjonalnego szantażu i zobowiązań wobec hipochondrycznej matki, szefa próbującego usidlić go w swoim sklepie obuwniczym, żony sąsiada, która zaszła z nim w ciążę, wyniosłej kochanki, jej męża-milionera. Pomimo młodego wieku łapie, jak i którędy dostać się do ogrodów rozkoszy ziemskich w rodzaju hotelu Ritz, ekskluzywnych restauracji, prywatnego samolotu, waginy byłej gwiazdy filmu. „Miło urodzić się bogatym”; ale on tyle szczęścia nie miał. Nawet wirtuozeria ping-pongowa i naręcza medali nie zapewnią mu nigdy życia, o którym marzy.
Pozostają łgarstwa, bezczelność, kosmiczne ego, dążenie do celu po trupach i egoizm. Marty to na przemian mysz i Übermensch.
Antologia kin
Wielki Marty jest nieustającą walką. Jego z socjetą, która wcale nie tak łatwo daje się okpić, i naszą z nim, czy raczej – o niego, żeby w tym pryszczatym, odstręczającym i nadętym gnojku zobaczyć bohatera, kogoś, komu po cichu kibicujemy.
Marty to buc, ale niewykluczone, że jego buceria to odpowiedź na licznych buców, z którymi ma do czynienia. Kiedy zostaje wydrwiony jako kiepski aktor, słyszy przecież, że i bileterzy są potrzebni. Słyszy, że tacy jak on nie dostają drugiej szansy. Słyszy „bo nie masz żadnej władzy” w tej wspaniałej, perwersyjnej scenie, gdy upokarza go klika zamożnych, rechoczących staruchów. Jest mistrzem, ale słyszy, że ma nocować w norze, podczas gdy działacze i organizatorzy pławią się w luksusach. Słyszy, że majętni i wpływowi to nieśmiertelne wampiry, które przetrwały – i przetrwają – wielu takich jak on. Usłyszy też, że jest nikim.
Marty musi zdobyć 1500 dolarów, żeby pojechać na mistrzostwa świata do Japonii i zmierzyć się tam z arcyprzeciwnikiem Koto Endo. Ten wątek wprowadza fabułę Wielkiego Marty’ego w ciągłą wibrację, kalejdoskop, trans. W rezultacie druga połowa filmu to po mistrzowsku poprowadzona antologia kin – jest wtedy dzieło Safdiego kinem gangsterskim, społecznym, ucieczkowym, sportowym, moralitetem i slapstickiem.
To przy okazji również ostentacyjny kop wymierzony naszej epoce, w której promuje się idealne ciała, jak i odwiecznej pronowojorskiej nostalgii. Nowy Jork Wielkiego Marty’ego zaludniają nie ujmujący garniturowcy w typie Dona Drapera czy perfekcyjne tradwives, ale ludzie prawdziwi – szpetni, dziwaczni, monstrualni, różni. Tacy, o których można poczytać u Gornick i Selby’ego Jr. Zaś samo miasto to piekło, ścisk i hałas czynszówek, obskurne hotele, mroczne sale treningowe, lombardy, tłoczne kręgielnie, a nie lśniące drapacze chmur i wystawne butiki.
Jeśli do tego wszystkiego dodać wybitnego Timothée’go Chalameta w roli głównej, wspaniałą Odessę A’zion jako zadziorną, tragiczną Rachel Mizler, kumpelę Mausera od zawsze i przyszłą matkę ich poczętego z romansu dziecka, dystyngowaną Gwyneth Paltrow grającą przejrzałą sławę aktorską, nieszczęśliwą ozdobę u boku małżonka-potentata, oraz hipnotyczną muzykę Daniela Lopatina i rewelacyjne zdjęcia, za które odpowiadał Darius Khondji, to chyba nikt już nie powinien wątpić, że ten znakomity film o losie i mefistofelicznej energii napędzającej zmianę losu powinien zgarnąć mnóstwo Oscarów. Tymczasem, mimo dziewięciu nominacji, nie dostał żadnego.
Dlatego uważam, że Hollywood należy zniszczyć.
**
(Kwestie z filmu w przekładzie Artura Wierzchowskiego).



![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)




Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.