Dwa europejskie filmy, które otrzymały zdecydowanie zbyt mało uwagi, niż na to zasługiwały, to Mizerykordia Alaina Guiradie oraz Grand Tour Miguela Gomesa. To nie są filmy dla każdego, wymagają sporo cierpliwości, otwartości na oryginalną reżyserką wizję, umiejętności cieszenia się filmową dziwnością – warto jednak im zaufać i podążać za nimi do końca.
Pierwszy film rozgrywa się w małej wiosce w departamencie Aveyron w Oksytanii, na południu Francji. Jérémie przyjeżdża tam na pogrzeb swojego dawnego szefa i mentora, lokalnego piekarza. Planuje wrócić do domu tego samego dnia, życie ma jednak inne plany. Powrót Jérémiego okazuje się katalizatorem ukrytych w miasteczku emocji, pragnień, żądz. Mężczyzna znajduje się nagle w centrum romantycznych, erotycznych, matczynych i braterskich afektów: wdowy po dawnym pracodawcy, jej syna, sąsiada, a nawet lokalnego księdza proboszcza.
Eros miesza się z Tanatosem, pożądanie ze zbrodnią, thriller z czarną komedią, surrealizm z satyrą na francuską prowincję, a wszystko to na queerowo, pod patronatem Hitchcocka i Chabrola.
Gomes dał się poznać jako najciekawszy dziś twórca portugalskiego kina za sprawą adaptacji Baśni tysiąca i jednej nocy, przeniesionejw realia Portugalii połowy poprzedniej dekady – kraju przeoranego przez wielki kryzys gospodarczy i niszczonego przez politykę austerity. W Grand Tour historia i teraźniejszość mieszają się w podobny sposób. Film jest zapisem dwóch podróży. W 1917 roku Edward, stacjonujący w Birmie brytyjski urzędnik, otrzymuje telegram od swojej narzeczonej, informujący o jej przyjeździe do kolonii. Mimo długoletniego narzeczeństwa mężczyzna nie jest gotów na ślub i ucieka przed narzeczoną, przemierzając Tajlandię, Japonię i Chiny. Kobieta podąża jego śladem.
Azja, jaką ukazuje film, jest jednocześnie Azją z końcówki Wielkiej Wojny – ciągle podporządkowaną europejskim potęgą kolonialnym – i tą współczesną. Sceny w kostiumach przechodzą w dokumentalne ujęcia współczesnego Bangkoku i innych azjatyckich miast. Wszystko miesza się w poetyckim delirium o potrzebie ucieczki, pragnieniu wolności, poplątanej logice pragnienia.
Gdy mówimy o ciekawie dziwnym europejskim kinie, nie sposób nie wspomnieć o twórczości Francuza Quentina Dupieux. W zeszłym roku w Polsce można było zobaczyć w różnych miejscach aż trzy jego filmy. Najciekawszy, Wypadek fortepianowy, przedstawia portret patostreamerki, dzięki wyjątkowej genetycznej mutacji nieodczuwającej bólu i zarabiającej wielkie pieniądze na nagrywaniu i udostępnianiu filmów, w których okalecza się na różne wymyślne sposoby. Film pokazywany był tylko na festiwalach, mam jednak nadzieję, że trafi w tym roku przynajmniej na VOD.
Na platformach dostępny jest poprzedni film Dupieux – Daaaaali!, absolutnie urocza biograficzna fantazja wokół postaci i twórczości Salvadora Daliego, udanie sięgająca też po motywy kina Buñuela, zwłaszcza spod znaku Anioła zagłady i Dyskretnego uroku burżuazji.
Nie tylko Zniknięcia
2025 rok był kolejnym dobrym rokiem dla kina grozy. Najwięcej uwagi otrzymały takie tytuły, jak Nosferatu Roberta Eggersa, Sinners i Zniknięcia – w pełni zasłużenie, bo każdy z nich to znakomite kino. Warto jednak zwrócić uwagę na jeszcze co najmniej dwa tytuły.
Pierwszy to Oddaj ją braci Danny’ego i Michaela Philipou. Ta para australijskich bliźniaków urodzonych na początku lat 90. zaczynała jako youtuberzy, uwagę miłośników kina grozy zwrócili na sobie rewelacyjnym filmem Mów do mnie. Widzieliśmy w nim grupę nastolatków, którzy wprowadzają się w stan opętania, by poczuć dreszcz emocji i wyrwać się z nudy życia w jednej z australijskich metropolii. Nadprzyrodzony horror sprawdził się tam jako metafora pozwalająca mówić o problemach nastolatków, depresji, uzależnieniu, nieprzepracowanej żałobie.
Podobne tematy wracają w Oddaj ją. Dwójka rodzeństwa, nastolatek i jego młodsza, niedowidząca siostra, tracą ojca, jedynego rodzica. Trafiają do rodziny zastępczej: psycholożki i jej przybranego syna. Kobieta jest w żałobie po zmarłej córce i skrywa mroczną tajemnicę, w której istotną rolę odgrywa pochodząca zapewne z czasów Kaszpirowskiego kaseta VHS, przedstawiająca na ziarnistym, czarnobiałym obrazie mówiących po rosyjsku ludzi, odprawiających jakiś przerażający rytuał.
Drugi film grozy, na którym chciałbym zwrócić uwagę, to pokazywany w Polsce tylko na VOD brytyjski folk horror Starve Acre. Ziemia przeklętych. Młody archeolog ze swoją żoną i synkiem wraca na rodzinną formę, położoną w pobliżu miasta, gdzie wykłada na uczelni. Syn mężczyzny zaczyna zachowywać się dziwnie, w końcu umiera. Tajemnicza, związana z ziemią siła, która dręczyła chłopca, zaczyna prześladować także jego rodziców – a być może młode małżeństwo osuwa się w obłęd, niezdolne poradzić sobie z żałobą.
Ziemia przeklętych jest adaptacją powieści Andrew Michaela Hurleya, jednego z najbardziej cenionych przedstawicieli folk horroru we współczesnej literaturze angielskiej. W adaptacji udało się przełożyć na język filmu to, co stanowi o sile prozy Hurleya: surowy obraz wiejskiego życia na północy Anglii, wizję natury jako tyleż życiodajnej, co okrutnej, destrukcyjnej siły, umiejętność przechodzenia między tym, co znane i swojskie, a poczuciem grozy wynikającym z konfrontacji z sięgającymi głęboko w czasie sposobami myślenia i odczuwania świata, poprzedzającymi zarówno oświecenie, jak i chrześcijaństwo.
Co zrobić z przemocą
Na uwagę zasługują też dwa filmy zastanawiające się – każdy w odmiennym tonie i kontekście społecznym – co zrobić z przemocą, której doświadcza się lub jest się świadkiem w swoim najbliższym otoczeniu, często ze strony kogoś z bliskiej rodziny lub osoby, której powinniśmy móc zaufać.
Pierwszy to Sorry, Baby Eve Victor. Victor identyfikuje się jako osoba niebinarna, ale używa też zaimków ona/jej – zaczynała jako komiczka występująca w krótkich, napisanych przez siebie filmach na YouTubie, następnie zagrała w serialu Billions. Sorry Baby jest jej debiutem. Gra tam młodą osobę, która zaczyna akademicką karierę w college’u gdzieś w Nowej Anglii i pada ofiarą napaści seksualnej ze strony swojego promotora.
Film ma wszystkie najlepsze cechy amerykańskiego kina niezależnego: świetnie napisane dialogi i postaci, umiejętność obserwacji drobnych, codziennych wydarzeń, w których odbija się cały tragikomizm naszej egzystencji, dobre oko i ucho do społecznych realiów i psychologicznych niuansów. Osoba reżyserska bardzo sprawnie panuje nad skomplikowaną, mieszającą różne plany czasowe narracyjną strukturą, a co kluczowe w temacie, który łatwo staje się zakładnikiem wojen kulturowych, potrafi powiedzieć coś autentycznie zniuansowanego i mądrego.
Jak zostałam perliczką Rungano Nyoni zabiera nas w zupełnie inną – do współczesnej Zambii. Kobieta z zambijskiej klasy średniej, Shula, znajduje na drodze ciało swojego wujka. Cała rodzina gromadzi się na pogrzebie. Shula w kolejnych rozmowach z kuzynkami i ciotkami odkrywa, że jej wujek seksualnie wykorzystywał swoje krewne. Jedna z nich pozostaje głęboko straumatyzowana, przedawkowuje leki.
Przedstawiciele starszego pokolenia nie chcą jednak konfrontacji z przeszłością. Powtarzają Shuli: „jakie to ma znaczenie, wujek Fred jest martwy”. Na symbolicznej „ławie oskarżonych” zasiada za to wdowa po Fredzie, której rodzina zarzuca, że nie dbała o męża i nie pilnowała, by nie nadużywał alkoholu. Tak naprawdę chodzi jednak o to, by usunąć kobietę i jej dzieci z domu Freda.
Nyoni pokazuje całą tę historię, wydobywając cały jej tragizm i cały komizm. Tragiczna jest przemoc seksualna w rodzinie, mechanizmy wyparcia i normalizacji, cierpienie ofiar. Komiczna hipokryzja, zakłamanie, kontrast między światem Shuli, wyeamancypowanej kobiety z klasy średniej, a praktykami kulturowymi jej rodziny. Podobnie jak w swoim poprzednim filmie Nie jestem czarownicą, Nyoni potrafi doskonale wydobyć paradoksy i kontrasty współczesnej Zambii.
Trzy polskie debiuty
Z polskich produkcji największe emocje wzbudził Dom dobry. Na uwagę zasługują też jednak trzy rodzime debiuty: dwie komedie i jeden dramat, Utrata równowagi. Ten ostatni przedstawia grupę studentów ostatniego roku aktorstwa, którzy pracują nad swoim dyplomem. Reżyseruje go charyzmatyczny aktor, którego kariera znalazła się na zakręcie po tym, jak jedna z jego wcześniejszych studentek popełniła samobójstwo.
Reżyser regularnie posługuje się przemocą psychiczną, a na jego manipulacje szczególnie podatna okazuje się znajdująca się w centrum narracji Maja – niepewna, czy ma dość talentu, determinacji i innych zasobów, by móc żyć z aktorstwa, pozbawiona pieniędzy swojego chłopaka i kolegi z roku, któremu wszyscy wróżą wielką karierę, czy kontaktów koleżanki, córki znanej aktorki. Twórca filmu, Korek Bojanowski, świetnie prowadzi zespół młodych aktorów, ma ucho do dialogów i oko do podpatrywania rzeczywistości. A przy tym jego film wpisuje się w dyskusje o przemocy, seksizmie, nadużyciach związanych z figurą mistrza w polskim teatrze.
Znany jako jeden z dwóch reżyserów serialu 1670 Kordian Kądziela zadebiutował w tym roku w pełnym metrażu filmem LARP. Miłość, trolle i inne questy. Film zadłużony jest w amerykańskim kinie licealnym bardziej niż przeciętna Adamczycha u zagranicznego kupca zboża. Mamy grupę dzieciaków na marginesie szkolnej społeczności, uciekających od realiów małego miasteczka gdzieś na Ziemiach Odzyskanych w LARP, gdzie w strojach elfów, czarodziei i krasnoludów przeżywają jedyne ekscytujące rzeczy w swoim życiu. Prześladuje ich grupa rządzących szkołą dzieciaków pod wodzą syna miejscowego bogacza, nauczyciele mają ich za dziwaków, rodzina ich nie rozumie. Specyficzną równowagę tego świata zaburza przybycie do szkoły nowej dziewczyny, zwracającej uwagę jednego z LARP-owóc, Sergiusza.
Kądzieli udało się bardzo zgrabnie przenieść ten schemat w polskie realia. Pomaga w tym świetna obsada, zwłaszcza Andrzej Konopka w roli ojca Sergiusza, policjanta, który po śmierci żony ucieka od rozpaczy, obejmując dom i dwóch synów quasi-koszarową dyscypliną. Choć w wielu miejscach LARP okazuje się wtórny, trudno oprzeć się jego melancholijnemu humorowi.
Talent z 1670 napędza też Życie dla początkujących Pawła Podolskiego. Znany z roli księdza Jakuba Michał Sikorski wciela się w rolę młodego mężczyzny, który przeżywa zauroczenie pracownicą domu dla seniorów, w którym przebywa jego babcia. Kłopot w tym, że dziewczyna jest wampirzycą – choć humanitarną i etyczną, dbającą o to, by mimo swojej przypadłości nikogo nie skrzywdzić.
Komiczny talent Sikorskiego jest w zasadzie samograjem, a w Życiu dla początkujących z jego czarnym humorem, balansującym między horrorem a komedią romantyczną, ma on sporo do grania. Pochodząca z Quebecu produkcja Humanitarna wampirzyca poszukuje osoby pragnącej popełnić samobójstwo co prawda pojawiła się w kinach rok wcześniej i była lepszym, bardziej oryginalnym filmem, ale Życie też jest bardzo przyjemną propozycją.
Najbardziej zapomniany prezydent i british noir
W produkcji serialowej było w tym roku znacznie mniej takich niezauważonych perełek – największe produkcje raczej bez problemu gromadziły uwagę, na jaką zasługiwały. Wśród tytułów, które przeszły trochę bokiem, mógłbym wskazać Śmierć od pioruna. Krótki, zaledwie czteroodcinkowy miniserial Netflixa, przedstawia historię jednego z najbardziej zapomnianych amerykańskich prezydentów, Jamesa Garfielda. Zginął on w zamachu zaledwie pół roku po objęciu urzędu w 1881 roku.
Serial doskonale rekonstruuje politykę epoki i pokazuje świetne portrety tworzących ją postaci. Rewelacyjny jest zwłaszcza Nick Offerman jako wiceprezydent Garfielda – ucieleśnienie miernoty i korupcji, Chester A. Arthur. Jego przemiana, którą obserwujemy na ekranie, pokazuje, że czasem najgorsi ludzie w polityce mogą przysłużyć się dobru, co w dobie takich polityków, jacy dziś na całym świecie są na fali wznoszącej, może być pocieszającą konkluzją.
Ten rok przyniósł też wiele znakomitych brytyjskich produkcji, z których najczęściej dyskutowane było Dojrzewanie. Z mniej głośnych mogę polecić Dept. Q. Akcja rozgrywa się w Szkocji, ale serial jest adaptacją powieści duńskiego pisarza – i znajdziemy tu wszystkie elementy, jakie składają się na dobre nordic noir.
W podobnym tonie utrzymany jest serial Pomost. Młoda policjantka prowadzi śledztwo, które prowadzi do jej zmarłego męża, z którym zaszła w ciążę jako nastolatka, gdy był on już dorosłym mężczyzną. Śledztwo w sprawie podejrzanej śmierci młodej dziewczyny, rówieśniczki bohaterki, zmusza ją do przemyślenia swojej relacji z byłym mężem, jej dynamiki i nierównowagi. W jakimś sensie wędrujemy w podobne rejony, co w Sorry, Baby i Perliczce, choć tu wszystko podporządkowane jest sprawnie prowadzonemu schematowi gatunkowemu, w którego życie wprowadza dobra główna rola Jenny Coleman.






























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.