Nie wiem, czy Jarosław Iwaszkiewicz byłby szczęśliwy, gdyby się dowiedział, że jego życiorys interesuje nas dzisiaj bardziej niż jego twórczość. Dzieło artysty, tak pieczołowicie budowane przez dekady, to obecnie w większej części martwa natura. Wciąż na swój sposób piękna, ale pięknem raczej muzealnym. Mało kto Iwaszkiewicza w naszym stuleciu czyta, za to nieustannie czyta się (i pisze) o Iwaszkiewiczu. Nie dość regularnie wydawanych w ostatnich latach listów czy dzienników pisarza, to jeszcze co chwilę trafia do księgarń kolejna wielostronicowa książka biograficzna poświęcona autorowi Matki Joanny od Aniołów. Biografii można zresztą wykroić z życia Iwaszkiewicza kilka: polityczną, erotyczną, rodzinną, literacką… Tyle że tej ostatniej poświęca się dzisiaj najmniej uwagi.
Jeśli sięgamy dziś po utwory – głównie opowiadania – Iwaszkiewicza, to przede wszystkim po to, by przeczytać je przez pryzmat ujawnionych niedawno opinii publicznej faktów z jego curriculum vitae. Wiele z nich od dawna było tajemnicą poliszynela, jednak dopiero potwierdzone osobistym wpisem autora poczynionym w korespondencji czy na kartach dziennika stały się ciałem. Najwięcej komentarzy wciąż wywołuje Iwaszkiewiczowski homoseksualizm, o którym właściwie „wszyscy wiedzieli”, ale który przez długie lata był spowity woalem dyskrecji. Inna sprawa, czy ów woal założył artysta, czy raczej przykryła go nim polska kultura, hołdująca zasadzie, że o pewnych sprawach „mówić nie wypada”. Skoro jednak o swych seksualnych pożądaniach i przygodach opowiedział nam pośmiertnie sam Mistrz w memuarach, to bańka niedopowiedzeń w końcu musiała pęknąć. Odnajdywanie w utworach Iwaszkiewicza aluzji i znaków homoerotycznych pragnień, dekonspirowanie kamuflaży, które miały je ukryć, przerodziło się w aż nazbyt prostą grę. O taką interpretację prosi się również Brzezina.
Zanim jednak do niej przejdę, chciałbym jeszcze przypomnieć, że Jarosław Iwaszkiewicz jest – obok Henryka Sienkiewicza – najchętniej ekranizowanym polskim autorem. W ostatnich kilku latach do listy filmowych adaptacji jego utworów doszły dwie następne. I chociaż obie uważam za niezbyt udane, trzeba uczciwie przyznać, że ich twórcy – dość niezręcznie, ale jednak – próbowali nadać twórczości klasyka nowe konteksty i znaczenia. Izabella Cywińska w Kochankach z Marony (2005) zasugerowała romans między męskimi bohaterami utworu, natomiast Andrzej Wajda wziął Tatarak (2009) w – powiedzmy – „postmodernistyczny” cudzysłów. Na więcej odwagi zabrakło, jednak i tak uważam, że kino może ocalić dzieło Iwaszkiewicza od zapomnienia, jeśli tylko okiełzna jego estetyzujący styl, przebije się przez ornamenty słów i dotrze do jądra utworów.
Wajda uchodzi za tego reżysera, któremu do owego jądra udało się dojść. Jego dwa filmy z lat 70. ubiegłego wieku – Brzezina i Panny z Wilka – są uznawane za najlepsze ekranizacje Iwaszkiewiczowskiej prozy. Jednocześnie są traktowane jako osobny nurt w twórczości autora Człowieka z marmuru, „odpoczynek wojownika” od zapasów z Historią, w czasie którego – zamiast grzmieć doniosłym głosem o sprawach narodowych – opowiada nam kameralne historie miłości i śmierci. Dlatego w analizach dorobku Wajdy omawia się te filmy osobno, w oderwaniu od innych jego dokonań.
Recenzje i analizy Brzeziny Wajdy jednoznacznie wpisują dzieło w modernistyczne zmagania Erosa i Tanatosa. Bujnej, nieokiełznanej Naturze, którą reprezentuje obdarzona wielkim apetytem seksualnym krzepka chłopka Malina (Emilia Krakowska), zostaje przeciwstawiony umierający na gruźlicę intelektualista i niespełniony artysta Stanisław (Olgierd Łukaszewicz). Nie ma on już nic do stracenia, toteż chłonie życie wszystkimi zmysłami, póki jeszcze może. Przeciwnie niż jego brat, leśnik Bolesław (Daniel Olbrychski) – ponury, pogrążony w żałobie po śmierci żony, zamknięty w sobie, ale zdrowy. Ten młodopolski z ducha klimat podkreśla jeszcze stylizacja niektórych ujęć na malarstwo Jacka Malczewskiego. Oparta o kosę Malina jest tu więc nie tylko uosobieniem witalności, ale także wysłanniczką śmierci. Jej wigor, jej erotyczna energia przyspieszają zgon Stanisława, który „żyjąc, traci życie”.
Iwaszkiewicz po premierze filmu zanotował w Dzienniku: „Mój Boże, jakie to dalekie od tego, co ja pisałem w roku 1932!”[i]. Odniósł też wrażenie, że z jego opowiadania „niewiele zostało”, choć de facto film wiernie trzyma się książkowej fabuły, pozwalając sobie na niewielkie jedynie odstępstwa (na przykład rozbudowanie wątku romansu żony Bolesława z Michałem, dopisanie Bolesławowi wojskowej przeszłości). Z wpisu wynika, że pisarz postrzegał swoje opowiadanie w konwencji „zwykłego” realizmu, a nie realizmu symbolicznego Malczewskiego. Myślę jednak, że dla współczesnego odbiorcy realistyczny będzie raczej film Wajdy niż ubrana w wykwintne, afektowane zdania nowela. Choćby dlatego, że kino działa bardziej dosłownie i bezpośrednio niż literatura.
W związku z obecnym zainteresowaniem biografią pisarza warto zadać pytanie, jak się ma Wajda i jego ekranizacje do całego, nie tylko homo-, ale generalnie seksualnego kontekstu życia i twórczości Iwaszkiewicza. To, co dotyczy sfery intymnej, erotycznej, owszem, było w filmach autora Popiołu i diamentu obecne, ale najczęściej gdzieś na drugim planie, wręcz na marginesie dyskusji o sprawach politycznych, społecznych, narodowych czy nawet egzystencjalnych. Sam Wajda zdawał się bagatelizować te kwestie przy omawianiu i komentowaniu swojej twórczości. Dobitnym aktem odcięcia się reżysera od ciała i jego spraw była autocenzura nowej wersji Ziemi obiecanej, z której wyleciała słynna scena fellatio uskutecznianego przez Kalinę Jędrusik na Danielu Olbrychskim. Co więcej – o ile w filmowej Brzezinie erotyka została potraktowana śmielej niż w opowiadaniu Iwaszkiewicza, o tyle w Tataraku jest dokładnie odwrotnie. Historia fascynacji kobiety w średnim wieku walorami fizycznymi młodego chłopaka wstydliwie ogranicza się do kilku ujęć „miziania się” bohaterów na brzegu rzeki.
W książce Gejerel Krzysztof Tomasik przy okazji omawiania – dokonanej przez polskiego reżysera w Jugosławii – ekranizacji powieści Jerzego Andrzejewskiego pisze: „Bramy raju uwidoczniły […], że Andrzej Wajda problematyki tej [tj. homoseksualizmu – B.Ż.] zwyczajnie nie czuje”[ii]. Trzeba jednak zauważyć, że twórczość Wajdy bywa bardzo homospołeczna, co wynika nie tylko z faktu, że polityka, władza czy walka narodowowyzwoleńcza to domena mężczyzn. W filmach twórcy Bez znieczulenia często mamy męską parę rywali, przyjaciół lub, jak w Brzezinie, braci, których wzajemne przyciąganie się i odpychanie stanowi emocjonalny napęd fabuły, silniejszy niż konwencjonalne nierzadko wątki miłosne. Na przykład: Maciek Chełmicki i grany przez Adama Pawlikowskiego Andrzej w Popiele i diamencie, Danton i Robespierre w Dantonie, Reżyser i Aktor we Wszystko na sprzedaż, Karol i Moryc w Ziemi obiecanej (plus, jako trzeci, Maks) czy nawet Cześnik i Rejent w Zemście.
W filmowej wersji Brzeziny homoerotyczne podteksty narzucają się dużo intensywniej niż w literackim pierwowzorze, gdzie zostały ukryte w gąszczu słów. Na ekranie widzimy zły wzrok Bolesława, który uważnie śledzi swojego brata i wrogo odnosi się do jego romansu. Sam próbuje zbliżenia fizycznego z Maliną, kończy się to jednak niepowodzeniem, wręcz rejteradą bohatera z „miejsca zbrodni”. Dochodzi w tym filmie do ciekawego odwrócenia stereotypów: delikatny, zwiewny, chłopięcy, słabowity Stanisław z wdziękiem i lekkim przegięciem jest heteroseksualnym kochankiem, a niedźwiedziowaty, samczy, posępny Bolesław kryptogejem. A przynajmniej impotentem. Bolesław nie potrafi nawiązać kontaktów cielesnych z kobietami. Musiała to odczuć także jego nieżyjąca już żona, skoro uciekła w ramiona rosłego Michała (Marek Perepeczko). Rozszerzenie historii małżeńskiej w stosunku do tego, co zostało opisane w noweli, uwypukla problemy emocjonalno-seksualne Bolesława. Czy ich źródłem jest ukryty homoseksualizm? Leśnik nienawistnie patrzy na swego „campowego” brata, który przyjeżdża do głuszy z wielkiego świata, z Davos, przywożąc stamtąd rozmaite nowinki i perwersje. Zapewne skrycie się w nim kocha i dlatego znieść nie może jego ostentacyjnych amorów z Maliną. Boi się także, że Stanisław – który w obliczu rychłej śmierci nie musi się liczyć z konwenansami – odkryje, ujawni „niepożądane pożądania”, które skrywa Bolesław. Dlatego tak obsesyjnie opowiada mu o zmarłej żonie, hołubi jej pamięć, by stworzyć wrażenie, że to właśnie tamta tragedia stanowi przyczynę jego obecnych nastrojów i zahamowań. Jednakże ten żałobny wizerunek szczęśliwego i rozłączonego śmiercią małżeństwa burzy nieświadomie kilkuletnia córka Bolesława, Ola, która zdradza sekret zakazanej miłości matki.
Śmierć Stanisława jest dla jego brata wyzwoleniem. W opowiadaniu postanawia on przenieść się do innej leśniczówki, film natomiast sugeruje, że może wyjedzie gdzieś dalej w świat, gdzie wreszcie będzie mógł żyć swobodniej, inaczej niż dotychczas.
Mamy więc w Brzezinie klasyczny, często wykorzystywany schemat relacji między dwoma mężczyznami połączonymi rozmaitymi namiętnościami, a rozdzielonymi przez kobietę. Przy czym jest ona tutaj raczej figurą zmysłowości, symbolem życia i śmierci, wreszcie katalizatorem uczuć niż pełnoprawną bohaterką dramatu. Druga z ważnych postaci kobiecych została całkowicie usunięta z pola widzenia – nie żyje. Pozostawiła córkę, ale jej przeżycia, jej problemy to temat na osobną historię, w Brzezinie jedynie delikatnie zaznaczoną.
Nie chciałbym jednak poprzestawać na prostym odczytaniu fabuły, bowiem, moim zdaniem, można film Wajdy zinterpretować znacznie szerzej. Jak już wspomniałem, Brzezina to jeden z nielicznych „innych” filmów artysty, wyodrębniany i – wraz z Pannami z Wilka – analizowany inaczej niż reszta jego twórczości.
Ten dualizm jako żywo przypomina podział bohaterów w Brzezinie. Bolesław i Stanisław to więc niejako dwa oblicza Wajdy – reżysera. Jedno, dominujące: wojaka, „twardziela”, człowieka zasadniczego i konkretnego, choć niepozbawionego romantycznego myślenia o sprawach fundamentalnych i skrywającego jakąś niewypowiedzianą tajemnicę. Nie przypadkiem Bolesława gra Olbrychski, ulubiony aktor Wajdy, jego porte-parole. Postać druga to pięknoduch, esteta o niekonwencjonalnym, „niemęskim” sposobie bycia, skoncentrowany na rzeczach zmysłowych i ulotnych. Z góry skazany na śmierć za swą „błahość”, dobity strzałą Erosa za uleganie zmysłowym, kobiecym z natury chuciom. Ciekawym smaczkiem jest w Brzezinie ścieżka dźwiękowa. Literacki Stanisław gra na pianinie „hawajskie piosenki”, podczas gdy Stanisław filmowy brzdąka przedwojenne szlagiery, na czele z Trzema listami znanymi z wykonania Wiery Gran, która notabene śpiewała je podczas okupacji w warszawskim getcie[iii]. Wykorzystanie ich przez Wajdę wzmaga atmosferę melancholii i przemijania. Ale dzisiaj – chociażby w kontekście historii Gran oskarżonej o kolaborację z hitlerowcami, przez długie lata potępianej i zapomnianej – mogą stanowić wręcz swoisty protest song przeciwko ciężkim, jednoznacznym, narodowym narracjom. Zwłaszcza że przez lata były uważane za synonim rozrywki trywialnej i nieistotnej.
Skoro Andrzej Wajda personifikuje polskie kino, a z pewnością jest jego najbardziej znanym reżyserem, to Brzezinę czytać da się także jako metaforę dwoistości tegoż kina. Kino Bolesława i kino Stanisława. Jedno spięte, sieriozne, męskie; drugie lekkie, liryczne, zmysłowe, przegięte… Nie muszę chyba dodawać, którą ścieżkę w Brzezinie polskie kino wybrało, w którą stronę poszedł sam Wajda. W III RP ugruntował się on na pozycji wieszcza, zagarnął narodowe toposy i zaczął kręcić niemal wyłącznie pomniki, te zaś o jakiekolwiek zmysły można jedynie podejrzewać.
Brzezina jest więc niespełnioną obietnicą polskiego kina na „inne spojrzenie”. Dziedzictwo Stanisława zostało zaprzepaszczone. Bolesław się nie wyzwolił. Nie poszedł w świat, lecz na kolejną polską wojenkę.
Fragment książki Wajda. Przewodnik Krytyki Politycznej, która ukaże się niedługo nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej
PRZYPISY

![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)







Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.