Czytaj dalej

O co chodzi w feministycznym seksie?

Oto nasz wymarzony scenariusz.

O co chodzi w feministycznym seksie? Oto nasz wymarzony scenariusz: masz na sobie to, w czym czujesz się najseksowniejsza, jesteś na tyle pewna siebie, że możesz spróbować wszystkiego, co tylko przyjdzie ci do głowy, i na tyle odważna, by odmówić mu spełnienia jego życzenia, jeśli nie masz ochoty na to, co proponuje. Odpowiednia antykoncepcja daje poczucie bezpieczeństwa – zapobiegasz niechcianej ciąży, jeśli jest taka potrzeba, zapobiegasz chorobom, jeśli relacja nie ma charakteru monogamicznego lub/i nie robiliście ostatnio badań. Uprawiasz tyle seksu, ile chcesz, z tyloma partnerami danej płci, z iloma sobie życzysz. Lesbijskie kontakty nawiązujesz tylko dla przyjemności własnej oraz twojej partnerki, a nie po to, by podniecić obserwujących was mężczyzn. Uległość, dominacja, wibratory, oral, anal, soft, na ostro – wszystko, na co masz ochotę. O to chodzi w feministycznym seksie.

Niemniej jednak, pewne praktyki wywołały dyskusję w środowiskach feministycznych. Nie możemy pozbyć się poczucia winy! BDSM wzbudza najwięcej emocji: wiele feministek drugiej fali – czyli tych, które walczyły i walczą z porno – twierdzi, że wszystko, co opiera się na przemocy seksualnej, w tym uległość i dominacja, umacnia kulturę gwałtu, prowadzi do internalizacji opresji i uderza we wszystkie kobiety. (…). Proseksualne feministki odparły ten zarzut, twierdząc, że wykluczenie czegoś, co wiele kobiet lubi, jest przejawem mizoginii, oraz przypomniały, że dominacja i uległość nie są na stałe przypisane do ról płciowych. Feministyczne blogerki i komentatorki wielokrotnie ujawniały swoją słabość do bondage. „Argument, zgodnie z którym u kobiet ze skłonnością do BDSM uległość jest «wyuczona», obraża mnie jako feministkę. Nie potrzebuję, by inni ludzie mówili mi, co powinnam lubić. Nie jestem dzieckiem” – powiedziała feministyczna pisarka Jessica Wakeman magazynowi „Jezebel” w 2010 roku. „Decyduję się zaufać mężczyźnie, z którym się «bawię»”. Jaclyn Friedman broniła upodobania do uległości w ten sposób: „Myślę, że seksualność to rodzaj placu zabaw dla dorosłych. Możemy bawić się w coś, co nas przeraża w bezpieczny dla nas sposób. Wiele feministek spędza całe dnie na walce z tym, mnie natomiast poszukiwanie przestrzeni do odkrywania, jak to jest, wydaje się naturalne”.

Trudno tutaj o pomiar statystyczny, ale spróbujmy przyjąć następującą perspektywę: pewien mężczyzna, którego znamy i lubimy, twierdzi, że „prawie każda kobieta, z którą spałem i prawie każda, z którą spali moi przyjaciele, lubi od czasu do czasu zostać związana”. Teorii na ten temat nie brakuje – zaczynają się od kobiecego pragnienia bycia „posiadaną”, a kończą na potrzebie uczynienia sypialni sanktuarium, gdzie kobieta nie musi radzić sobie ze wszystkim. Spójrzmy prawdzie w oczy: kiedy jesteś z facetem, któremu ufasz, wiązanie może być bardziej relaksujące niż przemocowe. Pozwoli pozbyć się zahamowań, a jak oboje dojdziecie, on przyniesie ci kieliszek wina.

Oczywiście pójście o krok dalej wymaga przemyślenia i dyskusji. Bardziej zaawansowane techniki BDSM, takie jak bicie czy używanie pejcza, wymagają rozmowy z partnerem (wybór hasła bezpieczeństwa i tak dalej). A fantazje o gwałcie… Cóż, tutaj uległość wchodzi na nowy, obciążony politycznie poziom.

Najważniejsze w tych dyskusjach jest unikanie oceniania fantazji innych kobiet – to bardzo niefeministyczne.

Najważniejsze w tych dyskusjach jest unikanie oceniania fantazji innych kobiet – to bardzo niefeministyczne. Fantazje te nie odzwierciedlają potrzeb występujących w realnym życiu – badania wykazały, że zazwyczaj nie odwołują się one do przemocowych obrazów, a jedyny obecny w nich przejaw przemocy to aspekt wymuszenia seksu.

Co ciekawe, badacze szukają przyczyn tej tendencji w poczuciu winy za przyjemność seksualną. Nancy Friday, która pisała o kobiecych fantazjach seksualnych w książce z 1973 roku Mój tajemny ogród, uznała skłonność do marzeń o gwałcie za niezmienną, co potwierdziła w 1992 roku w publikacji Kobiety górą. Twierdziła, że tak zwane fantazje o gwałcie to najpopularniejsza droga ucieczki przed poczuciem winy. „Tak zwane”, ponieważ nie występuje w nich faktyczny gwałt, upokorzenie ani krzywda. Chodzi tylko o działanie wbrew woli kobiety. Odniesienie do „gwałtu” to najwygodniejszy sposób na ominięcie niechęci do seksu wpajanej kobietom od wczesnego dzieciństwa. (Dodam tylko, że kobiety zgadzają się co do tego, że nie chodzi o skrywane pragnienia. Nigdy nie słyszałam, by którakolwiek naprawdę chciała zostać zgwałcona). Jaclyn Friedman, której udało się uniknąć napaści seksualnej, dodaje: „Nie ma nic złego w fantazjach o gwałcie. Są naturalne w świecie, w którym gwałt to epidemia […]. Trzeba odkrywać ten obszar z zaufanym partnerem”.

Wiele z nas ma poczucie winy i wstydu w związku z o wiele mniej skomplikowanymi sytuacjami niż fantazje o gwałcie. Nic dziwnego, skoro przez lata wpajano nam, że powinnyśmy mówić nie, ilekroć pojawi się podniecenie. Przekaz, który odbieramy dzisiaj, jest bardziej zniuansowany od tego, którym karmiono kobiety w ubiegłych dekadach, i budzi w nas mieszane odczucia. Wciąż występujemy jako strażniczki bramy i wciąż nie pozwala nam się na własne fantazje, ale z drugiej strony narzuca się nam konkurowanie z gwiazdami porno, by zwrócić uwagę mężczyzn. Mamy zawsze sprawiać wrażenie dostępnych seksualnie, ale nie domagać się własnej przyjemności. Wciąż nie rozumiemy, w jaki sposób patriarchat wtłoczył nas w taki schemat. Chociaż nie, jednak rozumiemy. To media.

Od reklam po sitcomy pokazuje się nam głupich, napalonych mężów, którym nigdy dość, i przewracające oczami żony, które używają seksu jako karty przetargowej, by zmusić partnera do wykonania obowiązków.

Od reklam po sitcomy pokazuje się nam głupich, napalonych mężów, którym nigdy dość, i przewracające oczami żony, które używają seksu jako karty przetargowej, by zmusić partnera do wykonania obowiązków. W tym ostatnim właściwie nie ma nic złego, ale lepiej dla relacji, jak i z feministycznego punktu widzenia byłoby negocjować takie sprawy normalnie – jak dorośli.

Nie twierdzimy, że codzienność nie wchodzi czasami w zależność z życiem seksualnym, a pożądanie pomiędzy partnerami nie fluktuuje w czasie trwania związku. Jednak obowiązek ciążący ciągle na kobietach wywołuje liczne problemy na feministycznym polu – stawia je na przegranej pozycji, jednocześnie deseksualizując je, co może doprowadzić jednostki o zdrowym apetycie na seks do patrzenia na siebie jak na nimfomanki z zaburzeniami. Męskość utożsamiana jest z pożądaniem, co doprowadza obie płcie do kryzysu egzystencjalnego za każdym razem, gdy facet nie ma ochoty. Psycholożka Terri Fisher z Uniwersytetu w Ohio przeprowadziła w 2011 roku badanie, które wykazało, że mężczyźni myślą o seksie tak samo często jak o jedzeniu, wbrew obiegowej opinii, i przeciętnie pojawia się u nich osiemnaście tego typu obrazów dziennie, o wiele mniej, niż przedstawia się to za pomocą często wspominanego wskaźnika „co siedem sekund”, i niewiele więcej niż u kobiet, które myślą o seksie średnio dziesięć razy dziennie.

Równość płci na polu seksualnym, zwłaszcza dzisiaj, jest o wiele większa, niż zwykliśmy sądzić. To najlepszy moment, by uczynić seks feministycznym.

Przeł. Dominika Dymińska

Fragment książki „Feminizm jest sexy. Przewodnik dla dziewczyn. O miłości, sukcesie i stylu”, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

 

**Dziennik Opinii nr 323/2016 (1523)

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.