Kinga Dunin czyta, Weekend

Dunin: Bebechorealizm, turpizm i biografia surrealistyczna

Męczy mnie już bebechorealizm. Po prostu czasem oczekuję fabuły, zwrotów akcji, różnorodnych bohaterów, wydarzeń, a nie impresji; wyobraźni sięgającej poza czyjeś „ja, moje traumy i uwarunkowania rodzinne”. Podobno teraz zastępują nam to seriale, ale przecież jest sporo książek, które wciąż właśnie takie próbują być.

Aleksandra Paduch, Trzewia, Czarne 2025

Okładka powieści „Trzewia” Aleksandry Paduch

100

Błękitne niebo, żadnej chmury i korytarz szpitalny – ciemny, ale przez pokój po prawej wykrawa się szeroki pas zimnego jak śnieg światła. Brat ubrany w białą piżamę stoi w nim jaśniejący, coś mi pokazuje, jest bardzo ożywiony. Dzień odwiedzin. Przyszła też jego matka chrzestna, tylko ją widzę w poczekalni. Przed pogrzebem to ona daje mi tabletkę i szklankę wody.
Szpital z czerwonej cegły, w którym oboje się urodziliśmy.

Tym razem to nie są pierwsze zdania, ale cały pierwszy rozdział, fragment (?), z numerem sto. I tak będziemy cofali się, aż do jedynki – wszystkie będą raczej krótkie. O co chodzi w tym nietypowym zabiegu numeracyjnym? Numer 1 ma nawet datę – 1 lipca 2004 („Już zaczęłam swoją powieść”), ale nie jest to konsekwentne podążanie od najstarszego wspomnienia do najnowszego. Raczej od prostego obrazu do narastającego urefleksyjnienia swojej sytuacji psychologicznej. To także rzucone nam wyzwanie: „Potrzeba czytelnika, by określić rzecz, by nadać jej granicę – klatkę ruchu i imię”. Zatem do dzieła.

„Owszem, życiorysik sympatyczny, ale nie podejmuje żadnych istotnych problemów”

Widzimy sprawność autorki, jej umiejętność konstruowania skondensowanych, plastycznych obrazów zawierających więcej informacji niż te wprost podane – np. od początku wiemy, że brat bohaterki nie żyje. Tworzą one emocjonalny nastrój, osadzają opowieść w realiach, które bez trudu rozpoznajemy: takich raczej z Polski B, wśród rekwizytów, które oznaczają normalność, życie jak wszyscy zwykli ludzie. A wszystko wpisuje się w nurt autofikcji.

Członkowie rodziny zawsze pojawiają się ze swoją najkrótszą historią: dziadek z Chodzieży/domów dziecka/Gdańska, dziadek z Boratyna/Radlina/Słupska, babcia z Łodzi/Gdyni/Gdańska itd. Jeśli zerkniemy na biogram autorki, bez trudu wpiszemy ją w tę opowieść – ze Słupska/Gdańska/Nowej Huty.

To dobrze napisana książka, debiut świadczący o talencie, ale…

Autofikcja jest to ostatnio tak powszechny gatunek, że uległ konwencjonalizacji, żeby nie powiedzieć stereotypizacji. Przeważnie pojawią się jakieś ciążące rodzinie wojenne traumy – tym razem Wołyń. Wiadomo, to dodaje historii prawdziwego dramatyzmu, ale od zakończenia wojny minęło osiemdziesiąt lat, jak długo jeszcze będzie można na tym jechać? Będą migracje i awans społeczny. Trochę nostalgii: jak nie za PRL-em, to za latami 90., oczywiście z ich przaśnością i biedą. Śmierć kogoś bliskiego, trochę obrazków obyczajowych, ale zwykle nie bardzo różniących się od podobnych, w podobnych książkach. Trochę miłości, ale i tak brak porozumienia. I zawsze ten sam, bardzo podobny klimat emocjonalny, przesiąknięty smutkiem, z jakąś traumą już nie tylko wojenną, może być to przemoc w rodzinie. I bohaterka, której coś dolega – w tym wypadku nadwaga.

Czy w Trzewiach jest coś wyjątkowego? Tak. Naprawdę nadrzędną całością jest tu wspólnota rodzinna i wspólnota losu, ale nie jest to „historia rodziny”, tylko rodzina, której jesteśmy częścią, która jest w nas. Jednak najbardziej widocznym i ważnym, także metaforycznym motywem jest tu jedzenie. Obfite, tutejsze, polskie jadło, tłuste i w nadmiarze. Schabowe i pomidorowe, sałatki majonezowe i ciasta drożdżowe, przesłodzone kompoty… Jedzenie, które tworzy więzi, ale też jest wmuszane, szkodzi, wręcz torturuje ciało. Jedzenie, którym zajada się wszystkie traumy. Jedzenie – miłość i jedzenie – przemoc. Mnóstwo jedzenia.

Miliony melomanów: Austria i ostatni dramat Thomasa Bernharda

Czepiam się tej powieści właściwie pars pro toto. Męczy mnie już taka literatura. Po prostu czasem oczekuję fabuły, zwrotów akcji, różnorodnych bohaterów, wydarzeń, a nie impresji; potrzebuję wyobraźni sięgającej poza czyjeś „ja, moje traumy i uwarunkowania rodzinne”. Podobno teraz zastępują nam to seriale, ale przecież jest sporo książek, które wciąż właśnie takie próbują być. Choćby literatura gatunkowa – kryminał, fantastyka, romans, przeżywająca rozkwit literatura young adult. Problem w tym, że przeważnie jest to literatura słaba albo ledwie poprawna.

Czytając Trzewia, nagle coś sobie przypomniałam (może ze względu na tytuł), słowo opisujące pewien fikcyjny gatunek literacki w książce Roberta Bolano Dzicy detektywi. Bebechorealizm. Pożyczam sobie od niego jedynie to słowo, bo w jego powieści chodziło o coś bardziej awangardowego i buntowniczego. Czuję, że ten hasztag, #bebechorealizm, jeszcze nieraz mi się przyda.

Ishbel Szatrawska, Wyrok, Cyranka 2025

Okładka „Wyroku” Ishbel Szatrawskiej

..ał świt pod powiekami. Miarowe sapanie obu sunęło jeszcze w powietrzu, ale syn wpływał na mieliznę. Nieustępliwie, boleśnie rozprzestrzeniał się blask. Tężały powieki i myśl tylko jedna i ta sama: od nowa, to samo, dzień za dniem.

Wojna się kończy, jedne wojska odchodzą, drugie się zbliżają, w nikim nie budzi to ani radości, ani nadziei. Trupy, spalone wsie, a jak nie spalone, to pogrążone w biedzie, również w biedzie moralnej. Źli i brzydcy ludzie, nikt nie ma dla nikogo współczucia. Błoto, śnieg z błotem, ciemno, głód. Ten ponury świat przemierza dwóch bandziorów, których zawodem jest rabowanie, mordowanie, jak trzeba to i torturować potrafią. Nie wiadomo, czy zostało im jeszcze coś z człowieczeństwa, ale może jednak zostało. Tropią człowieka, na którym mają wykonać wyrok śmierci zlecony im przez leśnych, partyzantów, ale nie wiadomo jakich. Sprawa honorowa, ci kiedyś uratowali im życie. Może to honor, może strach. A poszukiwany jest kolaborantem, donosicielem.

Kłębowisko węgorzy i pan Żałosny [Kinga czyta Szatrawską i Houellebecqa]

Ta książka zapowiadana jako thriller ma raczej strukturę przypowieści. I raczej nie wciąga tak, jak powinien rasowy thriller, chociaż literacko świetnie jest to zrobione – imponujący jest poziom depresyjności, jaki udało się autorce osiągnąć. Czytelnik bez chwili wytchnienia nurza się w złu, brzydocie, błocie, beznadziei oraz moralnych dylematach, dla których nie ma dobrego rozwiązania.

Kiedyś Julian Przyboś wymyślił termin turpizm, właśnie dla takich dzieł kultury. Miały być one odpowiedzią na literaturę zbyt estetyzującą, upiększająca świat, jakoś nami wstrząsać. Z czasem i to się chyba opatrzyło. Niedawno chwaliłam autorkę za to, że napisała powieść, może nie idealną, ale całkiem jak powieść, bez #bebechorealizm. Nie wiem, czemu teraz zrobiła mi coś takiego – i bez tego dzisiejszy świat jest wystarczająco przerażający i depresyjny.

Cesar Aira, Epizod z życia malarza podróżnika, przeł. Barbara Jaroszuk, ArtRage 2025

Okładka „Epizodu z życia malarza podróżnika” Cesara Airy

Niewielu było na Zachodzie naprawdę dobrych malarzy podróżników. Najlepszy spośród nam znanych, również z bogatej dokumentacji, to wielki Rugendas, który dwukrotnie bawił w Argentynie; za drugim razem, w 1847 roku, miał okazję rejestrować, obok pejzaży, także i typy ludzkie regionu La Platy (…)

Zaczyna się to jak konwencjonalna biografia malarza, naprawdę istniejącego, chociaż mało kto o nim pewno słyszał. Malarz ten podróżował i malował Nowy Świat zgodnie z oświeceniową i holistyczną filozofią swojego przyjaciela Humboldta. (Naprawdę się znali i współpracowali). Na czym miał tu polegać mariaż sztuki i nauki oraz metoda fizjologiczna to dla mnie kwestia dość zawiła, ale ta krótka książeczka jest pełna zawiłości, jak to u Airy. Bardzo smacznych zawiłości. Aira jest mało znanym u nas, ale ważnym w Argentynie pisarzem, który pisze po kilka krótkich utworów rocznie i są one przekorne, groteskowe, surrealistyczne. (Więcej przeczytacie w posłowiu tłumaczki). Także konwencjonalna biografia szybko się kończy. Rugendas ulega makabrycznemu wypadkowi, w wyniku którego traci twarz.

Śmierć w maszynie do mieszania lodów

Naprawdę traci, a w każdym razie jego twarz bardzo ucierpiała. „Wielka blizna biegła teraz przez środek jego czoła w dół, ku prosięcemu nosowi o dziurkach na różnej wysokości, i rozprzestrzeniała się ku uszom siecią czerwonych promieni. Usta skurczyły się w pofałdowany różowy pączek. Broda przesunęła się w prawo i wklęsła, upodobniając się do chochli”. Tym trudniej było się do tego przyzwyczaić, że wszystkie te elementy nieustannie poruszały się. Poza tym uszkodzony nerw powodował nieznośne migreny i bóle, przez co Rugendas stale musiał zażywać morfinę powodującą halucynacje. Stał się potworem, halucynującym potworem. Czy teraz zobaczy świat inaczej? Nadal przemierza pampę, odwiedza różne estancje i marzy o tym, żeby namalować Indian i malon, ich najazd rabunkowy (taki najazd w książce przypomina nieco westerny klasy B). I w końcu staje z nimi twarzą w twarz – i kto tu jest potworem?

Prawda kłamstw – o powieści politycznej Juana Gabriela Vasqueza i Javiera Cercasa

Nie przywiązujcie nadmiernej wagi do tego streszczenia, bo nie da się łatwo tej książki streścić, a jeszcze trudniej ją interpretować. Jak ma się ona do typowych biografii i opowieści o przygodach na pampie – chyba na wspak. Ale jest fascynująca, mimo że całą pewnością nie jest tradycyjną powieścią. Takie kaprysy też czasem miewam.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Kinga Dunin
Kinga Dunin
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności", "Zadyma", "Kochaj i rób".
Zamknij