Jestem tak stary, że pamiętam, jak 20 lat temu o 21.37 w krakowskim klubie Caryca, gdzie akurat piłem piwo ze znajomymi, wyłączono muzykę, żeby ogłosić długo wyczekiwany fakt. Nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić, więc poszliśmy na Franciszkańską trzymać się za ręce, śpiewać i ronić łzy.
Dwadzieścia lat minęło jak jeden dzień. Zdawałoby się, że dopiero wczoraj stałem w tłumie na Franciszkańskiej, roniąc łezkę nad odejściem największego Polaka, a tymczasem w dantejskiej życia wędrówce, na połowie czasu i w głębi lasu chciałoby się zapytać „Quo vadis?” – ale nie ma to większego sensu. Papież nie żyje, bóg nie istnieje, a jednak obaj wciąż skutecznie wpływają na nasze ziemskie żywoty.
Około półtora roku temu zostałem wezwany na komisariat policji na przesłuchanie w roli świadka w sprawie o obrazę uczuć religijnych, co miało rzekomo wiązać się z moim tatuażem JP2GMD. Poszedłem tam z prawnikiem i potwierdziłem, że owszem, mam taki tatuaż, lecz zgodnie z artykułem 261 Kodeksu postępowania cywilnego, paragraf 2 odmawiam odpowiedzi na wszelkie dalsze pytania, gdyż zeznania mogłyby narazić mnie lub moich bliskich na odpowiedzialność karną.
10 powodów, dla których nie wypowiemy konkordatu (bo się nie da)
czytaj także
Najwyraźniej to wystarczyło, gdyż sprawa nie doczekała się ciągu dalszego. Być może nie bez znaczenia był fakt, że akurat zmienił się skład Sejmu i prokuratura nie musiała już służyć za narzędzie politycznych represji wobec osób bezwyznaniowych. Wciąż warto jednak pytać o dziedzictwo pontyfikatu Karola Wojtyły.
Dziedzictwo w kamień i korespondencję zaklęte
Zapewne nie wszystkim uprzykrzyło ono życie tak bardzo jak mnie, ale z pewnością nie jestem w tym sam. Kultura cenzopapizmu nie wzięła się znikąd. Gdybyśmy nie byli na masową skalę poddawani propagandzie o wielkości Jana Pawła II, takie memy raczej nikogo by nie śmieszyły.

Nie ma chyba w Polsce gminy, w której nie byłoby pomnika papieża, który mówił, żeby pomników mu nie stawiać. To, co naprawdę mówił i głosił wadowicki kapłan, zdaje się zresztą interesować jedynie wąskie grono katolickich pasjonatów. Nawet w Zielonce, do której JP2 nigdy nie dotarł, jest on honorowym mieszkańcem, ma pomnik i skwer, choć bóg mi świadkiem, że osobiście bardziej się przyłożyłem do rozwoju i promocji mojego rodzinnego miasteczka.
Spada znaczy rośnie. Jak władze Zielonki próbują zadowolić dewelopera
czytaj także
Nie zapominajmy o dedykowanych papieżowi instytucjach, takich jak moje ulubione muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego, gdzie na multimedialnej wystawie można nie tylko zobaczyć kajak wielkiego Polaka, ale również usłyszeć strzały oddane przez Alego Ağce na placu Świętego Piotra. Nie zapomnimy – nie możemy zapomnieć! – o domu rodzinnym papieża w Wadowicach, gdzie wokół słynnego mieszkańca powstał wielobranżowy rynek. Oprócz przejażdżki dedykowanym tramwajem można tu oczywiście zjeść papieskie kremówki czy nabyć pamiątki w rodzaju talerzy, kubków czy solniczek.
Widocznym a znamienitym symbolem tego, że papież nie wszystek umarł, jest też Muzeum Jana Pawła II Wielkiego w Krakowie – wielkie zamczysko na krakowskiej Skałce przy ulicy Totus Tuus 34, gdzie możemy kupić w automacie monetę z wizerunkiem Chluby Małopolski oraz wejść na wieżę fatimską.
W muzeum „Pamięć i Tożsamość” w Toruniu jeszcze nie byłem, ale czym prędzej postaram się nadrobić tę zaległość, gdyż instytucji – bójcie się boga – grozi zamknięcie. Jak czytamy na stronie Radia Maryja, „w zmieniającym się świecie stanowi ona odtrutkę w zderzeniu z lewicową ideologią, tak chętnie finansowaną do tej pory przez Stany Zjednoczone i Brukselę”. Tym bardziej dziwne, że akurat tam jeszcze nie byłem na odtruwaniu.
Last but not least wspomnieć trzeba też Bibliotekę Narodową, której dyrektor Tomasz Makowski w 2008 roku wydał 11 milionów na zakup korespondencji Jana Pawła II z przyjaciółką Anną Teresą Tymieniecką po to, żeby nikomu jej nie pokazywać. Dziś, gdy Makowski mierzy się z oskarżeniami o mobbing w podległej mu instytucji i pytaniami o to, jak przez 17 lat wytrwał na stanowisku mimo zmian władzy i braku wymaganych konkursów, treść (podobno) miłosnych listów ponownie wzbudza zrozumiałe zainteresowanie.
Nie sposób policzyć, ileż to łącznie milionów zostało poświęconych na budowanie legendy świętego zamiast na pomaganiem strapionym, chorym i uchodźcom, jak pan Jezus powiedział. Jednak z pewnością można by za nie dać azyl wszystkim poszukującym go w naszym chrześcijańskim kraju.
Dlaczego nie mamy ładnych rzeczy
W trailerze filmu zatytułowanego z pełną powagą 21:37 padają słowa, że papież był nazywany boskim atletą, a od jego śmierci wszystko się zaczęło.
Film oczywiście pójdę obejrzeć, ale fascynuje mnie ta wiara, że drzewo JP2 najdorodniejsze owoce zrodziło po jego odejściu. Jestem tak stary, że pamiętam, jak 20 lat temu o 21.37 w krakowskim klubie Caryca, gdzie akurat piłem piwo ze znajomymi, wyłączono muzykę, żeby ogłosić długo wyczekiwany fakt. Nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić, więc poszliśmy na Franciszkańską trzymać się za ręce, śpiewać i ronić łzy – tak jak to się dzieje w tych rzadkich momentach społecznego zjednoczenia, gdy człowiek czuje się częścią wspólnoty. Pięknie było, ale szybko się skończyło. Treny Piotra Kraśki i Katarzyny Kolendy-Zaleskiej szybko zaczęły budzić niesmak bardziej krytycznie nastawionych odbiorców.
Fajnie jest mieć dzieci, ale czy to zdrowe, żeby się dla nich poświęcać?
czytaj także
Niestety, wpływ głowy państwa Watykan na politykę Rzeczypospolitej jest niebagatelny. To między innymi dzięki apostolskiej misji ewangelizacyjnej Jana Pawła nie mamy w Polsce wielu ładnych rzeczy z gatunku podstawowych praw człowieka – aborcji, związków partnerskich, małżeństw jednopłciowych, prawa do blasfemii czy karania księży za pedofilię, a ich przełożonych za ukrywanie molestowania przed władzą świecką. Trzeba jednak przyznać, że w sprawie migrantów i uchodźców społeczeństwo i władza stanęły okoniem, mimo wezwań Jana Pawła II do braterstwa i solidarności. Gdy naprawdę chcemy, potrafimy pójść pod włos papieskich nauk.
Na ile się orientuję, Karol Wojtyła nigdy nie pochwalał przemocy, co jednak nie przeszkodziło jego rzekomym obrońcom niejednokrotnie atakować mnie fizycznie. Pierwszy był Bagieta, krzyczący „nie gwałcił”, gdy w studio przed walką zaprezentowałem jedno z możliwych odczytań wspomnianego na początku tatuażu. Drugi pewnie też był Bagieta. Trzecia – Esmeralda Godlewska, która się na mnie rzuciła z łapami. Czwarty – słynny amator alkoholi, który uderzył mnie pod dyskontem ku powszechnej uciesze internetowej gawiedzi, bo rzekomo „pierdolę papieża” – co oczywiście nie jest prawdą, bo papież nie żyje.
Święty wybaczył nawet Alemu Ağcy, więc i ja wybaczam atakującym mnie okrutnikom, ale co prawo na to? Oczywiście niewiele. Z Bagietą poszedłem na ugodę, a w sprawie amatora trunków sąd umorzył postępowanie z powodu niewykrycia sprawcy. Nie żeby jakoś specjalnie go szukali. Zignorowane zostały też moje wnioski, że chodzi tutaj nie tylko o pobicie, ale również prześladowanie na tle religijnym, a konkretnie bezwyznaniowości. Niby żyjemy w państwie świeckim, ale za papieża można dostać w mordę bezkarnie.
czytaj także
Co więcej, można nawet zostać skazanym na karę czterech miesięcy więzienia za pomalowanie pomnika papieża, choć każde dziecko wie, że morda papieża jest żółta, a na rękach ma on krew. Rzeczy wiadome dla gimnazjalistów nie mieszczą się jednak w głowie łódzkiego sędziego, który orzekł, że napisanie na cokole „Maxima culpa” w przededniu rocznicy śmierci JP2 było znieważające. Na szczęście celebrowanie świętości człowieka, który ignorował doniesienia o gwałceniu dzieci przez jego podwładnych, sędziego nie obraża. Dopiero mówienie o tym jest błędem – a nawet przestępstwem.
Bestia żyje
Na szczęście w Warszawie jeszcze wolno wyrażać opinie. W ramach protestów przeciwko decyzji TK o zakazie aborcji pomalowany na czerwono został pomnik JP2 w konstancińskim Parku Zdrojowym – w efekcie wyglądający, jakby papież miał krew na rękach. Sąd Okręgowy w Warszawie uznał, że forma protestu nie naruszała dóbr chronionych. Miła odmiana po tym, jak ten sam sąd 20 lat temu prawomocnie skazywał Jerzego Urbana za tekst „Obwoźne sado-maso”, w kontekście zdrowotnych perypetii obecnego władcy Stolicy Apostolskiej brzmiących szczególnie aktualnie:
„Nie rób widowiska z ludzkiej agonii, powściągnij więc chętkę, żeby paść na stanowisku. Choruj z godnością, gasnący starcze, albo kończ waść, wstydu oszczędź. […] Znęcanie się papieża nad sobą i nad wrażliwszą częścią publiczności TV – tą chrześcijańską, naginaną do współczuwania – nazywane bywa bohaterstwem Jana Pawła. Jednakże każde bohaterstwo stanowi łamanie praw człowieka wobec siebie samego. Ktokolwiek zaś znęca się nad sobą, tym łatwiej uczyni to innym” .

A zatem jeden sędzia powie tak, a drugi powie nie, jednak fakt, że w XXI wieku ludzie w ogóle są sądzeni za wyrażanie swojego krytycznego stosunku wobec dziedzictwa pontyfikatu papieża Polaka woła o pomstę do nieba. „Zdewastowany” pomnik został wyczyszczony tego samego dnia, a granitom czy brązom nie stała się żadna krzywda, czego niestety nie może powiedzieć o sobie pokolenie JP2, któremu pontyfikat wciąż ciąży. I choć papież umarł, to bestia z Wadowic wciąż żyje, straszy i prześladuje bogu ducha winnych Polaków i Polki, którzy chcieliby żyć w państwie świeckim, a nie wyznaniowym.