Przez Polskę przechodzi tradycyjny lament, że nasi partnerzy nie chcą nas przy stole negocjacyjnym w procesie pokojowym dotyczącym wojny w Ukrainie. Tymczasem Polska jest jedynym poza Ukrainą, Rosją i USA państwem wprost wymienianym w kolejnych projektach dokumentu pokojowego. Inaczej mówiąc: znowu krzyczymy „nic o nas bez nas”, co jest zasadniczo słuszne – szkoda, że z naszej strony jest również pełne hipokryzji.
Wśród prawicowych komentatorów, szczególnie tych lubujących się w geopolityce, występuje zadziwiająca – choć w sumie może typowa – niespójność poglądów. Oczywiście tylko krowa nie zmienia zdania, poza tym elastyczność w zmieniających się okolicznościach jest godna pochwały. A właściwie byłaby, gdyby towarzyszyła jej fundamentalna zgodność z innymi głoszonymi przeświadczeniami.
Atuty i argumenty
Jak wiadomo, prawica najbardziej wzdycha do idei polskiej mocarstwowości. Zarzuca innym mikromanię, tymczasem sama często wpada w megalomanię. Przez cały czas przekonuje, że nasi politycy porównaniu do takich Turków to chłopcy w krótkich spodenkach.
Gdy tylko jednak przychodzi do powiedzenia „sprawdzam”, czyli czasu, w którym trzeba wziąć na siebie odpowiedzialność i na przykład uczestniczyć w kontyngencie pokojowym nad Dnieprem – czyli, jak nazwa wskazuje, dopiero po wojnie – z prawej strony sceny politycznej nadchodzi alarm, że nasi politycy znowu pchają nas do katastrofy. Tymczasem taka Turcja niemal nieustannie prowadzi wobec kogoś działania zbrojne.
Oczywiście, że Polska jest predestynowana do uczestnictwa w procesie pokojowym. Mamy mnóstwo atutów i argumentów.
Po pierwsze, skoro w kolejnych planach pojawiają się pojedyncze zapisy dotyczące naszego kraju, to należy nam się to jak psu duży kojec. Stacjonowanie europejskich lub natowskich myśliwców to punkty zgodne z naszym interesem, gdyż teorie o tym, że ten pierwszy oznacza brak zgody na siły amerykańskie, jest klasyczną nadinterpretacją – przynajmniej w ogłoszonej formie, bez zapisków drobnym druczkiem. To, że mogą stacjonować u nas jedne siły, nie oznacza przecież, że nie mogą inne. Powinniśmy jednak sami wydać na to zgodę.
Poza tym Polska wykonała ogromny wysiłek, żeby pomóc Ukrainie się obronić, szczególnie w pierwszej fazie wojny, gdy oddaliśmy im większość postsowieckiego sprzętu, przyjęliśmy miliony ukraińskich uchodźczyń, utworzyliśmy główną bazę logistyczną dla zachodnich dostaw sprzętu, ukraińscy żołnierze szkolili się na polskich poligonach i leczyli w polskich szpitalach, no i wreszcie zorganizowaliśmy te dostawy bardzo sprawnie, bez żadnych większych wpadek – mniejszych proszę nie liczyć, bo i tak było ich jak na lekarstwo.
Co więcej, Polska będzie kluczowym państwem dla efektywności gwarancji bezpieczeństwa zapewnionych Ukrainie. W naszym kraju stacjonować będzie część niezbędnej infrastruktury i żołnierzy. Przez nasze terytorium przebiegać będą kluczowe szlaki dostaw. Jako największemu państwu na flance wschodniej NATO, naszą rolą będzie również zapewnienie bezpieczeństwa państwom bałtyckim (wspólnie z krajami nordyckimi) oraz Słowianom zachodnim.
Znamy Rosję lepiej niż reszta Europy
Zresztą sam fakt, że jesteśmy największym państwem regionu, predestynuje nas do rozmów. Znamy Rosję lepiej niż Niemcy czy Francuzi i Brytyjczycy. Przezornie nie dopuściliśmy do rozlania się po naszym kraju rosyjskich interesów, a jedyna firma, która zaznaczyła tu obecność na większą skalę – Łukoil – musiała sprzedać stacje Norwegom, bo Polacy nie za bardzo chcieli w nich tankować.
Szybko zaczęliśmy pracować nad dywersyfikacją dostaw surowców, chociaż jeszcze do UE wchodziliśmy jako kraj całkowicie zależny od rosyjskich paliw. Obecnie potrafimy sobie radzić bez nich, a nawet planujemy pomagać Czechom i Słowakom, zostając hubem gazowym tej części świata.
Niemcy na własne życzenie uzależnili się od Rosji i na początku wojny byli pewni, że Kijów padnie w kilka dni. Brytyjczycy długi czas pozwalali oligarchom panoszyć się po Londynie, przejmować kluby piłkarskie i wykupywać mieszkania w centrum stolicy, co uniemożliwiło zakup zwyczajnym obywatelom Wielkiej Brytanii. Zakończyli to dopiero po dwóch bezczelnych zamachach na przebywających na Wyspach byłych agentów Kremla, które mogły narazić na śmierć osoby postronne. Nawet Czesi zaczęli na poważnie rugować rosyjskie wpływy dopiero po wysadzeniu ich składów amunicji we Vrběticach w 2014 roku.
Państwo o takiej pozycji ma wszystko, by nie tylko zasiadać przy stole, ale też samemu wysuwać poważne propozycje. Polska ma wielu niezłych specjalistów, którzy znają Rosję i Ukrainę, potrafią się poruszać w tamtym rejonie świata i dawać konkretne rady. Nie ma w tym żadnej większej filozofii.
Polityczna mądrość podkulonego ogona
Opowieści snute przez niektórych komentatorów – np. prof. Antoniego Dudka – że przy stole nas nie ma, bo nas tam nie chcą, można włożyć między bajki. Nawet jeśli niektórzy nas faktycznie nie chcą, to mają niewiele do gadania. Polska jest już zamożnym krajem, a odstajemy od Zachodu pod względem PKB liczonym po kursie rynkowym wyłącznie dlatego, że prowadzimy taką, a nie inną politykę monetarną, utrzymując celowo niedowartościowany kurs złotego. Moglibyśmy w krótkim czasie go podnieść albo w ogóle związać z kursem dolara lub euro, jak Argentyna. Przy okazji zahamowalibyśmy rozwój gospodarczy i pognębilibyśmy własny przemysł – jak Argentyna właśnie i kilka państw UE, z Grecją i Słowacją na czele. No i tu dochodzimy do sedna.
Utrzymujemy złotego na niskim poziomie, bo chcemy udawać biedniejszych, niż jesteśmy, co dla naszej gospodarki opartej na bezpośrednich inwestycjach zagranicznych (FDI) jest doskonałym rozwiązaniem. Na tej samej zasadzie nie chcemy się wychylać w polityce międzynarodowej, żeby przypadkiem nie wystawić się zbyt szybko na poważne retorsje ze strony silniejszych.
To wcale nie jest głupia polityka. Prowadziły ją przez kilka dekad Chiny, udając grzecznych i posłusznych, przy okazji po cichu rosnąc, zbrojąc się i ogólnie tworząc swoją potęgę. Polska dzięki tej postawie dostała się do NATO w dziesięć lat, a do UE w piętnaście – i to nie od zakończenia jakiejś wojny, tylko od sprytnego wymiksowania się ze wschodniego świata.
Polska wybrała jeden kierunek – Zachód – i on się sprawdził. Ukraina próbowała odważnie grać na kilku fortepianach i obecnie jest jednym z najbardziej zdemolowanych wojną krajów świata. Wojną, której końca nie widać.
To zasługa polityków wszystkich kolejnych opcji rządzących. Mieli na tyle pokory, żeby podkulić ogon i nie napinać muskułów. To pokaz mądrości, nie słabości. Obecnie nadal prowadzą dokładnie tę samą politykę.
Według mnie powinniśmy już zacząć od niej odchodzić. Według wielu polityków pewnie też, ale ci za bardzo się boją. I to nawet nie konsekwencji międzynarodowych – na przykład tego, że Kreml nam się odwinie – bo już ich doświadczamy w formie aktów dywersji i działań hybrydowych. Politycy prowadzą politykę podkulonego ogona, ponieważ przyzwyczaili się do niej, potrafią ją robić, przynosiła dotychczas nadzwyczaj dobre rezultaty oraz dokładnie tego oczekują wyborcy. A temperatura walki politycznej w kraju jest tak wysoka, że odzyskanie władzy i utrzymanie się przy niej nabiera nad Wisłą coraz większego znaczenia.
Wszystkie sondaże opinii publicznej pokazują jasno, że większość społeczeństwa nie wyobraża sobie wysłania wojsk na Ukrainę. Nawet uczestnictwo w gwarancjach bezpieczeństwa jest dla Polaków czymś równie strasznym jak horror Omen. Tak zwani zwykli Polacy w swojej masie są bardziej strachliwi od naszej klasy politycznej i to oni wymagają od rządzących powściągliwych zachowań. I to samo w sobie nie jest głupie. Wciąż żywa jest tu pamięć o hekatombie z II wojny światowej, gdy zabito nam 6 mln mieszkańców – nie tylko polskiej narodowości, ale z polskim paszportem.
Zdystansowane podejście ma swoje zalety
Polska jest państwem przygranicznym, które będzie miało ważną rolę do odegrania w razie konfliktu z Rosją. Będziemy na pierwszej linii frontu, broniąc nie tylko siebie, ale też Pragę, Bratysławę, Wilno, Rygę i Tallin. Zapewne przyjdą nam z pomocą Nordycy, więc musimy już teraz budować mechanizmy kooperacji i wzajemnej obrony. Skoro Berlin i Paryż, nie mówiąc już o Londynie, są mniej narażone na skutki działań zbrojnych lub hybrydowych, to niech oni wyślą swoje wojska nad Dniepr. Mają ten komfort.
Niestety, elektorat i komentatorzy, przyjmując to niegłupie zdystansowane podejście, przy okazji nieustannie utyskują na głupotę polityków albo ich brak odwagi. Ale ci politycy robią przecież w praktyce dokładnie to, czego od nich oczekują elektorat i główny nurt komentariatu.
Takie podejście jest bezpieczne, jednak odsuwa nas od centrów decyzyjnych. To chyba jest proste i jasne jak słońce. Chcecie podkulać ogon, bo dotychczas to dawało sukcesy – Chinom też, przypominajmy to nieustannie – to pogódźcie się z pomijaniem nas w najważniejszych gremiach. Prowadzimy tę samą politykę co Chińczycy, którzy nad Wisłą uchodzą za geniuszy planujących na siedemset lat do przodu.
Jarosław Kaczyński miał kiedyś powiedzieć, że państwo ma pozycję i status. Pozycję łatwo zbudować szybko, co pokazały w ostatnich latach Polska i Malezja, a wcześniej Korea Południowa i Chiny. Na status pracuje się znacznie dłużej, gdyż trzeba nauczyć się brać na siebie większą odpowiedzialność – za siebie i otoczenie.
To nie jest wielka filozofia. Czy byłoby niewykonalne, żeby polski rząd przedstawił własną propozycję rozwiązania konfliktu nad Dnieprem, albo nawet i w Strefie Gazy, i zacząć ją intensywnie promować? Nawet jeśli niewiele by się z tego ostało, to inni przywódcy by zaczęli rozumieć, że Polska chce i potrafi mieć coś do powiedzenia. Że na Warszawę należy się częściej oglądać.
Jednak pomimo coraz ostrzejszych działań hybrydowych, Polska wciąż reaguje defensywnie – w pośpiechu rozwija obronę dronową, ściga dywersantów w kraju, próbuje zapobiec zamachom i tak dalej. Polska ma już jednak taką pozycję, że może zacząć działać ofensywnie – dokonywać aktów hybrydowych na Wschodzie, infiltrować Rosję na potęgę, budować swoje sieci wpływów w Europie Zachodniej. Dlaczego w Mińsku nie zgasło jeszcze światło na dłużej albo z białoruskiego systemu bankowego nie wyciekły jeszcze miliardy rubli? Czy Białoruś jest poza zasięgiem zamożnych i wykształconych Polaków?
Oczywiście nie. Do tego jednak trzeba zacząć kształtować swój status, wykorzystując wcześniej zbudowaną pozycję. Zacząć być wreszcie asertywnym i ofensywnym w dyplomacji oraz agresywnym w grze służb. To będzie ryzykowne, owszem. Ale branie na siebie ryzyka to element przyjęcia większej odpowiedzialności na siebie. To zaś jest przejawem dojrzewania.
Wysoki status mają kraje dojrzałe, bo nie prowadzą bojaźliwej polityki. My taką prowadzimy, bo sami chcemy to robić. Stoją za tym poważne argumenty. Być może warto jeszcze trochę poczekać, udając biednych i słabych. Ale jeśli nadal będziemy bać się większej odpowiedzialności za region, nigdy nie staniemy się jego główną siłą.






























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.
Bardzo ciekawy punkt widzenia. Faktycznie, przy częstych narzekaniach na to, że nas nie ma w grupach decyzyjnych, zapominamy o starej zasadzie „tisze jediesz, dalsze budiesz”. Również mnie to wcześniej nie przychodziło do głowy. Sprytne, pozostaje oczywiście pytanie, czy to celowa polityka naszych rządzących, czy tylko jakoś tak wyszło przy okazji. 😁 W polityce monetarnej, o której autor wspomina, to z pewnością zamierzone działanie. Tutaj również przyznam, że jako zwolennikowi wejścia Polski do strefy Euro autor dał mi mocno do myślenia. Dzięki za artykuł.
Fajny artykuł. Co prawda nie wiem dlaczego mamy się angażować w strefie Gazy, ale spokojnie w najbliższej okolicy moglibyśmy być bardziej aktywni. Ale chyba jesteśmy w nieustannym szantażu wewnętrznej polityki, i tyle.
¯\_(ツ)_/¯
Polska przez swoją postawę podnóżka Jankesów jest traktowana zarówno przez Ukrainę jak państwa zachodnie z rezerwą. Sikorski mówił na taśmach z restauracji Sowy że „robimy laskę Amerykanom i cechuje nas taka murzyńskość”. Tylko nie przewidział że awansuje do tego robiącego laskę. Polska od lat 90′ jest mocno pro amerykańska, wysłała wojska do Iraku i Afganistanu. Kupuje samoloty F-16 czy F-35, systemy przeciwlotnicze Patriot i czołgi Abrams. Kupuje gaz skroplony od USA. Gdzie Amerykanie sami kupują część gazu z Kanady i go reeksportują z mega marżą do Polski. Bo mają infrastrukturę do skraplania gazu. Wspiera Polska bezwarunkowo Izrael. Trump powiedział że UE jest zgniła moralnie choć sam Trump jest ohydnym mizoginem i rasistowskim dnem. Trump powiedział w strategii bezpieczeństwa że ma w dupie Europę. Polacy oczywiście są zadowoleni bo duża Ameryka ma dużą dupę więc będzie jej tam wygodnie. Te umizgi Kosiniaka do Hegseta czy Sikorskiego do Rubio sekretarza stanu USA. Sikorski uciekł do UK. Uczył się na najlepszych brytyjskich uczelniach. Zna się z wieloma politykami i co g*wno. Tusk był szefem UE i co g*wno. Polska jest pomijana w negocjacjach. Jakiś sukces Sikorskiego poza sprowadzeniem kierowcy BMW z Dubaju… PS. Sorki za przekleństwa