Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Zbyt biedni, zbyt średni na kulturę. Dajcie nam chociaż zwykłe zajęcia z rysunku!

To nie tekst o artystycznym prekariacie, tylko takim zwyczajnym. Nie o artystach, którzy chcieliby na tworzeniu zarabiać, tylko przeciętniakach, którzy chcieliby tworzyć, nawet jeśli nie zarabiają.

Copywriter, dziennikarz kulturalny
Walka

Końcówka minionego roku obfitowała w wygaszanie współprac z freelancerami. AI zabrała nam, copywriterom, pracę. Drżą redaktorzy, graficy, nawet programiści. Trwają kryzysowe migracje – nie tylko zarobkowe, ale też w poszukiwaniu wspólnoty czy samorealizacji. Na przykład migracje do kultury. Wygląda jednak na to, że obowiązywały wcześniejsze zapisy.

Małomiasteczkowe psy

Dorastając w Koszalinie snobowałem się na Młodzi i Film, łaziłem na koncerty, jakieś zajęcia. Potem filologia polska na UAM w Poznaniu. Koła naukowe, pisanie dla miejskiego portalu i tak dalej. Dzięki rodzicielskim pakietom pomocowym mogłem studiować, ile chciałem. Po studiach zostałem copywriterem i dziennikarzem kulturalnym. To otworzyło przede mną bramki festiwali, dało możliwość publikowania. Choć copywriting, moje główne źródło dochodów, w 2025 roku zaszlachtowała AI, pozostały mi umocnione przyczółki w kulturze. Teraz wyobraźmy sobie, że przyczółków nigdy nie zdobyłem.

Bez licytacji, kto mieszkał w jeziorze – weźmy nie wieś, lecz miasteczko. Ale nie te Bielawy czy Prudniki z Zapaści Marka Szymaniaka. Miasteczko to Tuliszków, który ma 3 tys. mieszkańców. W Tuliszkowie każdego dnia o 21:37 wszystkie psy wyją, bo z wieży kościelnej leci Barka. Gdy ostatnio spadł śnieg, przez 40 godzin nie było prądu. Ten właśnie Tuliszków zrodził moją partnerkę. Ola to postać, którą wprowadzam do tekstu w celach ilustracyjnych.

Czytaj także Zanim i mnie wykończy sztuczna inteligencja. Wyznania copy-robaka Jacek Adamiec

W gimbazie Ola, uwrażliwione estetycznie dziecko, pragnęła chodzić na warsztaty plastyczne. Tych w domu kultury czy bibliotece było niewiele albo były dla niewielu. Rodzice odwozili ambitne pociechy na zajęcia do Turku lub Konina, bo Konin to dla Tuliszkowa taka Warszawa. W rodzinie Oli nie było samochodu. Pozostawał zbiorkom. O tym, jak systemowo go rozjechano, napisano już wiele.

Było to w okolicach 2010 roku, w kulturze najnowszych mediów rozwijał się pozainstytucjonalny model partycypacji. W Oli jednak niemożność uczestnictwa w zwyczajnych grupowych warsztatach twórczych rozwinęła trwałe deficyty i kompleksy. Bo choć do liceum chodziła do oddalonego o 20 km Konina, to słabe skomunikowanie miasta z Tuliszkowem (nie miałaby jak wrócić wieczorem do domu) utrudniało eksplorowanie pola kultury.

Ola poszła na kulturoznawstwo w Poznaniu. Stypendium było głodowe, więc musiała pracować, choćby w Diversie, w którym nie można było siadać ani na sekundę (dosłownie) podczas 12-godzinnej zmiany. Gdy poszła do pracy, uczelnia zabrała stypę. W międzyczasie Ola rozwijała działalność copywriterską. Takie pisanie to sztuka użytkowa, ale nadal sztuka. Zlecenia raz były, raz nie. Tu pojawia się krótki epizod kryminalny, gdyż zaraz po magisterce spauperyzowana Ola zaczepiła się jako junior spec. ds. drzwi i automatów w norze z jednorękimi bandytami 3CMC, 3MMC oraz pozłacanymi Romami tracącymi fortuny. Cały czas utrzymywała kontakt z kulturą. Poznała choćby syna laureata najważniejszej polskiej nagrody literackiej. Kontakt się urwał, gdy poszedł siedzieć. Nie przycinał na porcjach, ale za bardzo się woził.

Miała wkrótce powrócić do copywritingu, tym razem jednak nie na swoich, tylko narzucanych przez wielkie agencje zasadach. Nikt nie oczekiwał już błyskotliwości, lecz mocy przerobowych. Maszynowego produkowania wypluwek. Ola trwa w tym do dzisiaj. Może chociaż znajduje wytchnienie w kolektywnej twórczości? Taki eskapizm w Poznaniu nie może być trudny, prawda?

Dorośli prekariusze a instytucje kultury

Ola nie jest już studentką. Nie jest też seniorką. Nie ma i nie będzie miała dzieci. A to właśnie w nie (albo rodziców z dziećmi) zapatrzone są polskie instytucje kultury. Choć dorośli w słonecznym lecie życia stanowią wielką i barwną społeczność, kierowana do nich oferta aktywności jest najuboższa.

Ola pracuje więc po 10-12 godzin dziennie, klepiąc niezliczone teksty. Zdalnie, jak na umowie o dzieło, a jednocześnie jak na pseudoetacie, bo kontrola. Zarabia źle, nie ma świadczeń. Chciałaby wyjść z domu i brać udział w jakiegoś rodzaju warsztatach plastycznych. Nie stać jej jednak na propozycje prywaciarzy czy CK Zamek, najpotężniejszej w Poznaniu manifestacji zinstytucjonalizowanej kultury. Niepubliczne inicjatywy robią, co mogą, ale środki nie te. Brakuje też tak rozwiniętych społecznych instytucji kultury, jak w stolicy. Jeśli nie należysz do hermetycznych grupek, jako introwertyczka bez parcia na artystowski eksperyment masz ciężko.

Czy dorośli, którzy chcą nie tylko poznawać, ale i tworzyć kulturę – na tzw. użytek własny – w instytucjonalnej przestrzeni, muszą za to płacić? Pytanie kontrowersyjne, ale tylko dla tych dumnie wyrastających ponad minimalną. Pozostali świetnie znają napięcie między włączeniem do a uczestnictwem w kulturze.

Panuje milcząca zgoda co do tego, że dorosły człowiek powinien sam opłacać realizację swoich kulturalnych aspiracji. A co, gdy nie jest w stanie? Przypominam – nam się nawet nie śniło zarabianie na sztuce!

Wykluczenie ekonomiczne w kulturze jako biała plama

Dużo mówi się o dostępności kultury w kontekście architektury, szczególnych potrzeb, neuroróżnorodności, triggerów. Wykluczeń motorycznych lub sensorycznych. Istnieją regulacje prawne w tym zakresie. Stale powraca kwestia integracji osób starszych lub najmłodszych. Stygmatyzowanych, wykluczonych przestrzennie, uchodźców. Nadal jednak spotykamy się z wykluczeniem ekonomicznym. To dotyczy nie tylko bezrobotnych na zasiłkach, ale i przeciętniaków – pogubionych i przeoranych pracą na śmieciówkach. Nie każdy się dorobi. Ludzie zazwyczaj szybciej padają, niż się dorabiają.

Z raportu współKongresu Kultury o dostępności tejże dowiemy się tyle, ile już wiemy, czyli że tacy jak Ola to w kontekście badań nad uczestnictwem w kulturze białe plamy, prekarne terra incognita.

Czytaj także Byłem copywriterem adwokata kościelnego. Zachęcaliśmy ludzi do „rozwodów” Jacek Adamiec

Bierny udział w kulturze miastowym przychodzi łatwo (spotkania autorskie, koncerty, wystawy). Nawet do Tuliszkowa przyjedzie Jakub Małecki. Udział czynny pozostaje przywilejem. Są wydarzenia okolicznościowe, można zapisać się na jakieś warsztaty dwudniowe, jeśli nie pojawia się sugestia, że kierowane są raczej do młodzieży lub dojrzałych i seniorów. Nie? Uff. Ale co dalej, po tych dwóch spotkaniach ze sztuką? Czekać na kolejne? A jak zabraknie miejsc? Jako prekariusze borykamy się z poczuciem nietrwałości. Dajcie coś na dłużej. Nie wybrzydzamy – niech to będą najzwyklejsze zajęcia z rysunku, nie musimy być postawangardą.

(Zbyt) drodzy znajomi

Głosy z domów kultury w mniejszych miastach wskazują, że wśród metrykalnych „średniaków” istnieje potrzeba interaktywnego kontaktu ze sztuką oraz korzystania z psychologicznego i emocjonalnego wsparcia kultury przeżywanej kolektywnie. Mimo to tak istotne potrzeby dorosłych pozostają marginalizowane.

Ta relacjogenność jest kluczowa. Dawne znajomości Oli na dobrą sprawę się wyczerpały – status, klasowość i pusty portfel. Nawet na gruncie towarzyskim trudno dotrzymać kroku bogatszym, bardziej drapieżnym. Oni zresztą boją się zarazić ubóstwem. Trudno też poznać nowych ludzi, siedząc w domu. Tu wchodzi cały na kolektywnie społeczny wymiar warsztatów artystycznych. W 2025 roku uczestnictwo w kulturze dla ludzi w wieku 25-34 lat miało głównie znaczenie socjalne. Dla tych w wieku 35-44 lat liczy się przede wszystkim ekspresja twórcza. To realne potrzeby zapobiegające deprywacji społecznej.

Czy zatem instytucje nie powinny uwzględniać zainteresowań i możliwości czasowych podle zarabiających dorosłych? Takich, którzy w młodości mieli pod górkę, bo byli z Tuliszkowa, gdzie psy wyją do Barki, a teraz mają nadal, bo w Poznaniu żadne schody ruchome nie działają? Potrzebne są zmiany aktywizujące takich przegranych średniaków szukających oparcia w finansowanej przez państwo sztuce.

Bio kontra tech (uciekAImy)

No ale! Istnieje przecież bezkres opcji partycypacji online, które galwanizowały życie kulturalne w pandemii. Ale po całym dniu pracy przy komputerze nie chcemy gapić się w ekran pęczniejący od AI slopu. Ani tkwić w przestrzeni poniżenia zawodowego zgotowanego przez techno-januszexy. Łakniemy wyjścia na zewnątrz, wylogowania się do życia, jak lata temu przykazał Sokół. Fizyczności, która nie jest zapaleniem spojówek, migreną ani polekowymi bólami głowy. Praktyk pozwalających upierdolić się materią w rozczulająco ludzki sposób, wymacać kontury i teksturę, nosić żałobę za paznokciami. Przymkniemy oko na fakt, że rysujące maszyny projektował już chociażby Jean Tinguley, a malujące – Akira Kanayama w połowie XX wieku. Zostawcie tylko e-recepty i pozwólcie nam czcić granice między afektywnym odczuwaniem cielesności a symulacją. AI przecież kończy się wtedy, gdy trzeba jakieś wiadra z farbą wnieść na drugie piętro.

Internet zdemokratyzował uczestnictwo w kulturze. To frazes znany od 20 lat. Ale taki archaiczny, żelazny harmonogram zajęć w placówkach kultury ma w sobie atrakcyjną obietnicę rutyny i stabilności. Tak potrzebną tym, którzy nie potrafią przepracować przyspieszenia technologicznego, ekspansji algorytmów. Dotyczy to także i nas, fizoli pracy intelektualnej, którzy kopią się z Chatem GPT. Może więc jesteśmy technofobami, ale mamy w tym interes. Tak po staremu w kontakcie ze sztuką potrzeba nam nieco aury, o której pisał Walter Benjamin ze sto lat temu.

W związku z tym, że nasz freelancerski E-benez33r Scr00ge okazał się kapitalistą-technokratą, który zdecydował o masowych redukcjach, zarówno ordynarnie wyjebani, jak i wygaszeni in spee mogą poszukiwać oparcia w kulturze. Krzeseł jednak nie starczy dla wszystkich. Pozostały taborety i zydelki.

**

Jacek Adamiec – dziennikarz kulturalny, copywriter, petsitter. Ukończył filologię polską na UAM. Pisze o książkach m.in. dla Kultury Liberalnej i Booklips.pl, a także o kulturze w Poznaniu na łamach portalu kultura.poznan.pl. Stara się pomagać miejskim gołębiom.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie