Gospodarka

Podwyżki albo śmierć (Zachodu)

Albo ludzie zaczną widzieć wzrost gospodarczy w swoich portfelach, albo...

Niedole gospodarek Zachodu po kryzysie 2008 roku wyrażaliśmy za pomocą wielu pojęć ze słownika ekonomii: stagflacje i mała wydajność, recesje, pętle zadłużenia… I choć trwała walka o to, kogo tak naprawdę należy winić – regulujące za dużo i zaciągające długi na pokrycie dofinansowania deficytowych sektorów państwa, czy zbyt frywolne rynki i banki zbyt duże, by upaść – nie udało się nazwać problemu, który dotknął setki milionów ludzi, wprost. A przecież da się wiele zawiłych sporów i wyrafinowanych diagnoz sprowadzić do dość prostego zagadnienia: czy ludziom żyje się lepiej niż ich rodzicom czy nie? Zatem: czy widzą w systemie potencjał na realizację jego obietnicy. To podejście, które obok samych liczb – rosnące PKB czy indeksy giełdowe – uwzględnia też ich przełożenie na codzienne życie – czy widzimy efekty wzrostu? – i psychologiczne racjonalizacje stanu gospodarki – na przykład, czy cieszymy się z trzydziestozłotowej podwyżki, czy uznajemy, że to jednak policzek?

Nowy raport McKinsey Global Institute bierze te czynniki na poważnie i już w tytule pyta, czy jesteśmy biedniejsi od rodziców? Dokument proponuje nowe podejście do problemu nierówności gospodarczych i ustawia je na tle tego, co o gospodarce myślimy, czego od niej oczekujemy i co jeszcze da się zreformować.

W odróżnieniu od podejścia, które zrobiło na świecie wielką karierę szczególnie dzięki Kapitałowi w XXI wieku Thomasa Piketty’ego, skupiającym się na rozkładzie majątku, tym kto ile ma i jak bardzo nieliczni najbogatsi odpłynęli już od średniaków i biednych, raport McKinseya szuka trendu, który dotknął jak najwięcej osób. Tym trendem, paradoksalnie, jest to, że niewiele się zmienia. Nawet jeśli kryzys z 2008 roku oznaczał katastrofę dla milionów rodzin w Hiszpanii, Grecji, w krajach bałtyckich i oczywiście w USA – to jego najpowszechniejsze doświadczenie jest raczej takie, że nic się nie zmienia na lepsze.

Jak najłatwiej stwierdzić, że nic się nie zmienia? Zaglądając do własnego portfela po wypłacie.

Raport stwierdza, że „między 2005 a 2014 rokiem realne zarobki w rozwiniętych gospodarkach pozostały na tym samym poziomie lub spadły dla 67-70% gospodarstw domowych”. Przebadano 25 rozwiniętych gospodarek – spada lub nie rośnie 540 milionom obywatelek i obywateli Zachodu. Lepiej przedstawia się to, gdy spojrzymy na dochód rozporządzalny – to, co zostaje po podatkach i transferach społecznych – średnio 20-25% osób stoi w miejscu, czyli trzy-czwarte społeczeństwa jednak w kryzysowej dekadzie spotkał jakiś awans.

Czyli może nie jest tak źle? Wystarczy spojrzeć na szczegółowe liczby i porównać je z poprzednią dekadą.

Po pierwsze, w kilku krajach Europy (Włochy, Holandia, Wielka Brytania) dochody rozporządzalne są dotknięte tą samą złą tendencją (odpowiednio spada lub nie rośnie: 100%, 70% i 60% populacji).

Po drugie, dlaczego dekada 2005-2014 zwiastuje problem, uświadamia porównanie tych odsetków z danymi z lat 1993-2005. Wtedy płaskie płace były problemem zaledwie 2% populacji Zachodu! Nie znaczy to rzecz jasna dowód na to, że wówczas było idealnie: tamte lata też miały swoje recesje i bańki. Ale technologiczny boom i czasy względnej prosperity na względnie spokojnym Zachodzie miały swoje odbicie w płacach – dziś coraz więcej ludzi może mieć poczucie, że nie ma związku między sukcesami ich gospodarek jako takich, a tym co widzą.

Podsumowując to na przykładzie: ludzie zyskali więcej na sukcesie (i w dekadzie) Billa Gatesa niż Steve’a Jobsa.

Dziś nie mają powodu, by cieszyły ich rosnące słupki – szansa, że przełoży się to na ich życie wydaje się skandalicznie mała. Można dodać do tego tyle, że wzrost dochodu rozporządzalnego na głowę, tam gdzie w ogóle go mamy, jest bardzo mały – niektóre dane wskazują na zaledwie 0,3 punkta procentowego w ostatnich dziesięciu latach w USA. To jak praca dziesięć lat bez podwyżki.

Efekty dla postrzegania rzeczywistości nie są trudne do przewidzenia. Co z tego, że gdzieś coś rośnie, my nic z tego nie mamy – zdają się mówić społeczeństwa Zachodu en masse. Oto wybrane odpowiedzi z sondażu przeprowadzonego w Wielkiej Brytanii, Francji i USA. Wśród tych, którym się nie polepszyło, ze zdaniem „mój progres gospodarczy znacząco zwolnił w ciągu ostatnich pięciu lat” zgadza się 60% pytanych. „Nie spodziewam się znaczącej poprawy w najbliższych pięciu latach” – 45%. Już jedna trzecia z tych, którym nie polepszyło się w ostatniej dekadzie, uważa że ich dzieci czeka wolniejszy awans w przyszłości. Nie powinno dziwić, że w tych samych społeczeństwach rośnie odsetek osób odrzucających status quo, pogardzających opiniami ekspertów, skłonnych głosować bardziej radykalnie. A jest jeszcze jeden kozioł ofiarny: imigranci.

„Stojące w miejscu lub spadające zarobki prowadzą także do pozagospodarczych konsekwencji, nawet w krajach, gdzie ubóstwo nie jest powszechnym problemem. Badacze powiązali nierówności dochodowe z podwyższonym poziomem niestabilności politycznej zarówno w rozwiniętych, jak i rozwijających się gospodarkach. […] Ludzie, którzy nie awansują [ekonomicznie] i uważają to za dokuczliwy problem wyrażają ostre i negatywne opinie o handlu zagranicznym i imigracji. Są [oni] dwukrotnie bardziej skłonni, by wierzyć że «imigranci rujnują kulturę i spójność naszego społeczeństwa»”. Siedemdziesiąt procent z tych, którzy nie awansują, uważa również, że imigranci tworzą nieuczciwą konkurencję i powodują utratę miejsc pracy. Dla porównania, uważa tak tylko 29 procent z tych, którym się polepszyło.

Wnioski są raczej banalne. Gdy ludzie nie widzą, żeby im się miało polepszyć, gdy subiektywnie nie odczuwają poprawy – mikrowzrost tu i tam ich nie pocieszy. Coraz częściej odrzucają więc i politykę, i rynkowy konsensus, i system w ogóle. Ideologia, która była fundamentem powojennego prosperity dostaje potężny cios w swoje fundamenty, i to w ojczyznach nowoczesnego kapitalizmu. Dobrze ilustruje to niedawna wymiana między amerykańskimi ekspertkami i dziennikarzami, którą miałem okazję słyszeć. Na argument, że płace nie rosną – podniesiony przez jednego z rozmówców – można odpowiedzieć argumentem, że inflacja też nie, a dobra konsumpcyjne tanieją. Możemy mieć Iphone’a, przenośny komputer mieszczący się w kieszeni za śmieszną kwotę. Wszystko prawda, ale akurat to, co pozwala nam żyć stabilnie w Ameryce, co od pokoleń było wyznacznikiem statusu, drożeje, jakbyśmy mieli hiperinflację w realiach stabilnych płac – kredyt studencki, mieszkanie, ubezpieczenie zdrowotne. Skutki tego procesu jak na razie są niwelowane przez transfery społeczne, podaż względnie tanich usług cyfrowych, obniżki podatków – ale to zasypywanie pogłębiającej się przepaści. Dług publiczny rośnie i brakuje pomysłów, jak faktycznie przychody budżetu zwiększyć. Politycznie efekty tego rodzaju działań również nie imponują – żadnej partii centrum nie udało się uspokoić kroczącej radykalizacji tylko dzięki temu, że oddala to, co najgorsze. To rzecz jasna nie jest problem z samym systemem fiskalnym czy polityką państw – outsourcing, automatyzacja, spadek udziału płac w budżetach firm: rynek po prostu musi zacząć płacić więcej, zamiast czekać, że kolejne świadczenia załatwią sprawę.

A jeśli nie.. Jeśli nie, to Zachód się rozwali o brak podwyżek.

Stiglitz-cena-nierownosci Wydawnictwo-Krytyki-Politycznej-Promocja-Wakacyjna

**Dziennik Opinii nr 208/2016 (1408)

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Dymek
Jakub Dymek
publicysta, komentator polityczny
Kulturoznawca, dziennikarz, publicysta. Absolwent MISH na Uniwersytecie Wrocławskim, studiował Gender Studies w IBL PAN i nauki polityczne na Uniwersytecie Północnej Karoliny w USA. Publikował m.in w magazynie "Dissent", "Rzeczpospolitej", "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Tygodniku Powszechnym", Dwutygodniku, gazecie.pl. Za publikacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press. 27 listopada 2017 r. Krytyka Polityczna zawiesiła z nim współpracę.
Zamknij