Gospodarka

Podatek bankowy – manna z nieba czy apokalipsa?

Uzasadnienia ustawy są dwa, banki mają duże zyski i powinny się dzielić, a inne kraje też opodatkowują banki.

Brechtowską tezę, że gorszą zbrodnią jest bank założyć, niż go obrabować, podzielają nie tylko zaprzysięgli antykapitaliści. Na niechęć ludu bankierzy dobrze sobie przez lata kolejnych kryzysów zapracowali. Nic dziwnego, że jak najdalszy od marksizmu – wbrew opinii co mniej subtelnych liberałów – PiS niemal od razu po wyborach zagrał na antybankierskiej nucie. Tym bardziej, że naprawdę potrzebuje pieniędzy do budżetu, a do tego głównego rywala upatruje w człowieku potocznie kojarzonym z lobby bankowym.

Od lutego m.in. banki (w tym spółdzielcze), kasy oszczędnościowo-kredytowe, firmy ubezpieczeniowe i firmy pożyczkowe będą obłożone tzw. podatkiem bankowym, wynoszącym rocznie 0,44% wartości ich aktywów. Co prawda, nie wszystkie, bo i kwoty wolne dla różnych podmiotów różnią się znacznie: banki i kasy płacą od aktywów powyżej 4 miliardów złotych, ubezpieczyciele powyżej 2 miliardów a firmy pożyczkowe już od 200 milionów; BGK i ewentualnie inne banki państwowe są z podatku zwolnione.

Cel jawny tzw. podatku bankowego jest oczywisty, tzn. fiskalny. Premier Szydło i posłowie wnioskodawcy głoszą wprost, że będzie on źródłem dodatkowych środków do budżetu, przeznaczonych przede wszystkim na cele społeczne. Cele ukryte – poza wygodnym ostrzałem środowiska Ryszarda Petru – są niepewne. Węgierskie inspiracje (treść ustawy!) sugerują jednak zamysł „repolonizacji” sektora przez wykup części banków od zniechęconych udziałowców zagranicznych. Być może z tym wiąże się zapis o możliwości zwolnienia z podatku nowych banków państwowych. Niewykluczone też, że chodzi o zmianę struktury sektora na rzecz wzmocnienia kas oszczędnościowo-kredytowych oraz banków spółdzielczych, co mogą sugerować słowa samego Grzegorza Biereckiego – „głównego beneficjenta” tej ustawy.

Uzasadnienia ustawy są dwa. Po pierwsze, banki mają duże zyski i powinny się nimi podzielić. Po drugie, opodatkowanie banków działa już w całej niemal Europie.

W reakcji na to wszystko banki nie wieszczą, rzecz jasna, apokalipsy – żeby klienci ze strachu nie przybiegli naraz wypłacić oszczędności, względnie wywieźć dyrektora banku na taczce w razie odmowy. Mówią za to, ustami swych rzeczników (alias „głównych ekonomistów”, ew. „niezależnych ekspertów”), o groźbie „przerzucenia kosztów podatku na klienta”; przywołują też sugestywne doświadczenie Węgier, które nie wróży dobrze polskim bankom, ich klientom i całej gospodarce. Przypomina się w tym kontekście utratę rentowności węgierskiego sektora bankowego w latach 2011-2012, drastyczny spadek akcji kredytowej (o 28% przez cztery lata obowiązywania podobnej ustawy), wreszcie faktyczną nacjonalizację części sektora, wzgardzonego przez podmioty zagraniczne.

Jak to wszystko ma się do rzeczywistości? Co właściwie opodatkowuje cała Europa; czy banki faktycznie siedzą na kasie, wreszcie – co ten podatek naprawdę może przynieść?

To prawda, że wiele krajów wprowadza podatek bankowy, ale nie w celach fiskalnych, lecz raczej ostrożnościowych.

Podobny do naszego typ podatku w podobnej skali wprowadziły pięć lat temu Węgry, ale tam z kolei głównym zamysłem było nie tyle zdobycie wpływów do budżetu, ile przede wszystkim „hungaryzacja” sektora bankowego. Reszta krajów wprowadza głównie podatki „ostrożnościowe”. Stabilizują one system finansowy przez obłożenie daniną nie aktywów, jak u nas, lecz pasywów, tzn. zobowiązań banków, z różnymi wyłączeniami. Najwyraźniej widać to w Korei Południowej, gdzie stawka podatku zależy od długości okresu zaparkowania kapitału obcego w banku – im krócej, tym większy podatek, ale też np. w Niemczech, które obciążają banki w zależności od wagi ryzyka ich operacji.

Szczegółowe cele takich podatków zależą od kontekstu – np. Seul po doświadczeniach kryzysu z 1997 roku broni się zawzięcie przed „gorącym” kapitałem zagranicznym – ale generalnie chodzi przede wszystkim o stabilność i bezpieczeństwo, a nie o pieniądze. Przykładowo, Brytyjczycy uzyskują z podatku bankowego ledwie 0,4% wpływów do swego budżetu, czyli relatywnie 3,5 raza mniej niż zapowiada zebrać Beata Szydło. Niemcy uzyskują podobną do zakładanej przez PiS sumę w liczbach bezwzględnych, ale przy kilkanaście razy większym systemie bankowym. Konkludując, faktycznie, niemal wszyscy to robią, tylko zupełnie inaczej niż rząd i w trochę innym celu. Wyjątkami, gdzie opodatkowano aktywa są Węgry i Finlandia, przy czym ten drugi kraj opodatkował tylko aktywa ważone ryzykiem (to element „ostrożnościowy”), do tego stawką 3,5-krotnie niższą od naszej.

Żeby było jasne, dominujące w świecie rozwiązanie niekoniecznie ma u nas sens – polskie banki finansują kredyty głównie z depozytów, a te się zazwyczaj wyłącza z podstawy opodatkowania.

Żeby z reszty ich pasywów (zostałoby jakieś 600 mld złotych) uzyskać takie kokosy, jakich spodziewa się premier Szydło, stawka podatku musiałaby być aż pięciokrotnie wyższa od najwyższej stawki koreańskiej. Poza tym naszym problemem jest nie tyle „gorący” kapitał, przed którym taki podatek chroni, ile niekompatybilność aktywów (długoterminowe kredyty, jakich udzielają nasze banki) z pasywami (krótkoterminowe depozyty, jakie składają w nich klienci). Co innego dziesięć lat temu – za poprzednich swych rządów PiS faktycznie stracił dobrą okazję do wprowadzenia podatku od pasywów. Wówczas bowiem do polskich banków zaczęła napływać nadwyżka oszczędności ze strefy euro, którą ochoczo wpychano klientom w formie kredytów frankowych. Wtedy też rentowność banków (tzw. ROE) była trzykrotnie większa od obecnej. I banki naprawdę miały się czym dzielić.

Dziś, co prawda, też mają – przynajmniej na pierwszy rzut oka. Kilkanaście miliardów złotych zysku całego sektora (co prawda, z tendencją malejącą) w czasach kryzysu robi wrażenie. Obraz się jednak komplikuje, jeśli wziąć pod uwagę, że stopy procentowe są niskie i mogą jeszcze spaść (co obniża zyski banków), że marże na kredytach hipotecznych są bliskie „ściany popytu” (na dużo większe ludzi już nie stać, więc bankom trudno je będzie podwyższyć), że wysokość niektórych opłat pozaodsetkowych została (na szczęście dla klientów!) uregulowana, że rosną składki banków na gwarancje wypłat w razie czyjejś upadłości (tylko malutki SK Wołomin – pierwszy bankowy bankrut w Polsce od 15 lat – kosztował 2 miliardy złotych), wreszcie, że banki mogą zostać zmuszone jeszcze bardziej podwyższyć swój bufor bezpieczeństwa (w 2015 roku stosowny nakaz KNF, w związku z ryzykiem „frankowym”, kosztował niemal 10 miliardów). Średnia rentowność sektora bankowego jest wyższa od średniej dla sektora przedsiębiorstw, ale już niższa niż w sektorze handlu, czy nawet w przemyśle spożywczym. Co prawda, obracać pieniędzmi też jest chyba łatwiej niż produkować coś naprawdę użytecznego, ale to już inna para kaloszy.

Jak wskazuje profesor Małgorzata Zaleska z SGH, banki upadają przez złe zarządzanie ryzykiem kredytowym, a nie przez podatki. Kłopot jednak w tym, że nawet jeśli sektor jako całość żyje dostatnio, to banki mają różne zyski w stosunku do aktywów, za to każdy – po wdrożeniu PiS-owskiej ustawy – będzie od aktywów płacił podatek, nieraz zjadający całość zysku. Jeśli nałoży się na to np. konieczność kolejnego podwyższenia rezerw (których po opłaceniu podatku po prostu nie będzie z czego zasilić), może się zrobić niebezpiecznie: koszty upadku choćby jednego „średniego” banku (zdaniem Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową – 150-200 mld złotych) jawią się dość upiornie na tle 5,5 miliarda potencjalnych wpływów do budżetu.

Ewentualność „apokalipsy” to jedno, normalne skutki uboczne podatku to drugie. To oczywiste, że banki nie przestaną udzielać kredytów (a to jest właśnie filar aktywów banku), ale mogą zmienić ich strukturę – pozbyć się tych mało intratnych i wyspecjalizować w najdroższych. Najmniejszą marżę dają kredyty hipoteczne, więc banki mogą utrudnić do nich dostęp. Z gotówkowymi zapewne będzie nieco lepiej, zwłaszcza, że większość z nich finansowana jest ze spłaty poprzednich kredytów. Najgorzej jednak mają się sprawy z kredytami dla przedsiębiorstw, bez których przyrostu (dziś to ledwie 16% PKB, w krajach strefy euro do 40%) trudno będzie o wymarzony przez ministra Mateusza Morawieckiego „skok rozwojowy”. Już dziś dla małych i średnich przedsiębiorstw są często za drogie. Podatek w tej formie raczej im nie pomoże. Nie wiadomo zaś, czy banki spółdzielcze, wyraźnie dowartościowane nie tylko w tej ustawie, będą wystarczająco zasobne, by polskie małe i średnie przedsiębiorstwa wesprzeć potrzebnym a niedostępnym dziś często kredytem.

Ciekawiej ma się jednak sprawa z firmami-gigantami, które mogą dziś w tutejszych bankach liczyć na łatwy kredyt o niskiej marży. Po wprowadzeniu podatku od aktywów będzie on niespecjalnie dla tych banków atrakcyjny, co może wywołać swoisty „paradoks repolonizacji”.

Być może faktycznie zamysłem, jaki stoi za naszym podatkiem, jest nacjonalizacja części sektora oraz wzmocnienie jego lokalnych podmiotów.

Rzecz jednak w tym, że niska opłacalność obłożonych podatkiem kredytów inwestycyjnych dla naszych „tłustych misiów” skłonić może polskie oddziały banków do przenoszenia pożyczek do zagranicznej centrali. Gdyby tak się faktycznie wydarzyło, gospodarka stałaby się przez to bardziej, a nie mniej uzależniona od zagranicy, a transfer kapitału na zewnątrz byłby jeszcze większy niż dotychczas.

Czy rząd zdobędzie upragnione miliardy na „500 złotych na dziecko”? Ściągnąć zapewne je ściągnie, zapewne banki też jakoś sobie z tym fantem poradzą. Klientom będzie trudniej o (droższy) kredyt, choć pewnie nie „bardzo” trudniej i nie „bardzo” droższy – bo jednak na rynku panuje konkurencja, o ścianie efektywnego popytu (tzn. ograniczonej grubości naszych portfeli) nie wspominając. Mniejszą podaż kredytu hipotecznego mogłyby obywatelom (i sektorowi budownictwa) wynagrodzić społeczne programy mieszkalnictwa, od TBS-ów po różne formy mieszkań czynszowych czy komunalnych; zmniejszenie kredytu dla przedsiębiorstw w bankach komercyjnych można próbować równoważyć z pomocą dowartościowanej ostatnio (także prawnie, poprzez tzw. systemy ochrony instytucjonalnej, czyli IPS ) bankowością spółdzielczą. Same wpływy z podatku bankowego i finansowane nimi transfery jedynie pośrednio wpływają na inwestycje (zwiększając popyt konsumpcyjny), rząd może jednak wyrównać ewentualną utratę kredytu w gospodarce uruchamiając bank rozwojowy z prawdziwego zdarzenia zamiast „tylko teoretycznego”.

Rząd wierzy, że impuls zwiększonego popytu („500 złotych na dziecko”) rozkręci gospodarkę i napędzi wzrost. Ekonomiści, którym ja wierzę, twierdzą, że to popyt na inwestycje kreuje podaż pieniądza – to nie zyski banków, lecz nastroje konsumentów i decyzje inwestorów, przynajmniej w skali makro, decydują, czy odpowiednie finansowanie dla przedsiębiorstw się znajdzie. Może należy więc – przynajmniej w tej sprawie – dać szansę Szydło, Morawieckiemu i Szałamasze?

Kłopot w tym, że w całym projekcie za dużo jest „może”. Szwedzi już niemal rok pracują nad planem wprowadzenia podatku bankowego – rząd PiS wszystko wiedział po dwóch miesiącach. Bez realnej debaty, bez symulacji skutków ubocznych, z korygowaniem stawki tak, by przemnożona przez planowany na rok 2016 zysk banków dała oczekiwane 5,5 miliarda złotych. Z wielu scenariuszy (słusznego!) strzyżenia banków – dodatkowy podatek od zysków banków; jakaś kombinacja podatków „ostrożnościowych” od pasywów, w tym od transakcji finansowych, a zwłaszcza od derywatów; uprogresywnienie CIT, na które złożyłyby się również banki czy chociażby podatek od aktywów, ale ważonych ryzykiem – nie rozważono na serio żadnego. Z góry przyjęto wariant wypróbowany przez naszych sąsiadów, mimo że oni sami po pięciu latach zaczynają się z niego wycofywać. Rozumiem dobrze, że PiS chce jak najszybciej Budapesztu w Warszawie. Ale może przynajmniej tych już przezwyciężonych „błędów i wypaczeń” znad Dunaju nie musimy powtarzać?

 

 **Dziennik Opinii nr 11/2016 (1161)

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.