Podstawowa trudność, przed jaką staje reporter, pisarz albo reżyser, zasadniczo każdy twórca, który pragnie wypowiedzieć się artystycznie na temat wykluczonych, najróżniejszych ofiar dominującego porządku ekonomiczno-politycznego, klasy podporządkowanej czy ludu, nie jest techniczna, ale etyczna. To problem autentyczności i reprezentacji. Komu to wszystko opowiadam? Kim jestem, że chcę oraz mogę – przeciwko którym siłom? Kto ostatecznie zyska na mojej opowieści, kto kogo w niej ujrzy i po co w ogóle patrzy?
Ideałem byłoby dzieło autorstwa samego portretowanego. Nie jest to jednak często możliwe. Zwłaszcza w branży filmowej, w której panoszą się rody aktorsko-reżyserskie, a do realizacji własnej, unikalnej wizji potrzeba ogromnych pieniędzy i sztabu współpracowników.
Rzecz i w tym, że ci „skrzywdzeni i poniżeni” bywają po wielokroć ukazywani za pomocą klisz i stereotypów. Bo jeśli pracownica seksualna, to koniecznie taka wygadana, co to „zna życie” i dzieli się z innymi gorzką, uniwersalną mądrością, akceptując jednocześnie swoją profesję jako coś pomiędzy socjologiczną przygodą a pracą fizjoterapeutki. Nastoletni lokator blokowiska w mieście średniej wielkości albo kamienicy z Łodzi czy Warszawy – łysa głowa, na końcu języka zawsze „matula” i „psy”, w tle pogrywa gniewny rap o pryncypiach ulicy. Biedujący emeryt o wesołym jednak usposobieniu i przedwojennych manierach. Sejmiki retorów pod sklepikiem spożywczo-przemysłowym. Człowiek rolny posługujący się koślawą, oszczędną polszczyzną, dzięki czemu od razu wiadomo, że jest niereformowalnym tradycjonalistą.
No i bezdomni. Z tych zrobiono flanerujących dostojnie filozofów, którzy łajają społeczeństwo postindustrialne za nadmierny konsumpcjonizm, bałwochwalstwo, nieroztropną gospodarkę odpadami.
Reżyserowi i scenarzyście Łobuza, Harrisowi Dickinsonowi, udało się wyminąć te pułapki. Więcej – to on zastawił pułapkę na widzów. Łobuz, debiut reżyserski aktora grającego wcześniej w Beach Rats, W trójkącie, Babygirl i serialach, jest wyzwaniem rzuconym naszym przyzwyczajeniom filmowym – prowokacją godzącą w naszą słabość do ckliwych, przewidywalnych historyjek społecznych zwieńczonych patetycznym happy endem.
Łobuz to opowieść o mozolnym wydobywaniu się z dna – o próbie ucieczki z piekieł uzależnienia i bezdomności, a przy tym o współczesnym Londynie gównianych pracek, marginesu, ciągłej niepewności ekonomicznej i zagłuszaniu tej grozy weekendową najebką czy mocno odklejonymi fantazjami o własnym biznesie, co rychło powstanie.
Oto Mike, główny bohater filmu, wreszcie się ogarnął i najwyraźniej późny kapitalizm postanowił dać mu szansę, druga, entą, może ostatnią. Po tym jak pobił i okradł poczciwego samarytanina, który chciał go wesprzeć ciepłym posiłkiem, prawiąc zarazem o lukach w empatii u rządzących, trafił do puchy. Po wyjściu nie wrócił jednak na legowisko z kartonów i do żebraniny, bo pomoc społeczna załatwiła mu hostel, opiekę psychologiczną i robotę w hotelowej kuchni.
Tam został dobrze przyjęty i zawiązał nowe kumpelskie relacje. Niestety, jego rogaty charakter znowu się raptem aktywował, przez co doszło do konfliktu Mike’a z szefem, a w rezultacie – zwolnienia i konieczności poszukania sobie pracy gdzie indziej. Udało się. W firmie zajmującej się utrzymywaniem czystości na terenach zielonych poznaje nawet obrotną kobietę, z którą tworzy miłosny związek. I kiedy szykujemy się już, żeby klasnąć w dłonie z radości i krzyknąć, że, och, kolejna młoda dusza została uratowana, chwalmy Pana i Państwo!, Dickinson funduje nam prawdziwy, zabójczy drift w fabule.
Łobuz jest aktorskim popisem Franka Dillane’a. Bije z niego w tej kreacji złowroga, stawroginowska aura. Nikt bowiem nie zna klucza, według którego postępuje: skąd bierze się w nim nagła agresja, czemu kompulsywnie rani najbliższych, dlaczego momenty prawdziwego zaangażowania w odzyskane normalne życie i pracę przeplatają się z demobilizującym luzactwem i skłonnością do autodestrukcji. I kim właściwie jest.
Bo Dillane zagrał tu nie pojedynczego Mike’a, lecz najmniej kilku. Raz oglądamy więc zdziwaczałego, namolnego przegrywa w typie uczestnika reality show sprzed 20 lat, raz pięknego młodzieńca, raz bezwzględnego psychopatę, a jeszcze innym razem pogubionego człowieka, który dostał zbyt wiele elementów układanki do samodzielnego złożenia, którą to układanką jest jego życie. W przeszywającej scenie karaoke, gdy Mike z koleżankami śpiewa z pasją Whole Again Attomic Kitten być może widzimy go takim, jakim jest naprawdę – spragniony miłości i zrozumienia, niezakorzeniony, cudaczny, porzucany, bez rodziny. Sierota, mizerak, łobuz.
Niezwykłość i pewien rodzaj wielkości tego filmu są pochodną świadomej decyzji jego twórcy, żeby wzbronić się od wyraźnego przechyłu w jakąkolwiek stronę ideologiczną czy interpretacyjną. Łobuz nie będzie zatem ani lewicowym oskarżeniem systemu, ani gloryfikacją ryzykanckiego istnienia poza schematami, ani naturalistycznym obrazkiem z nizin społecznych czy studium osoby w kryzysach, ani też krzepiącą bajką dla wielkomieszczuchów.
Niewykluczone, że jest po prostu wezwaniem, abyśmy w świecie, który zamieszkujemy, znaleźli miejsca dla każdego, obojętne kogo w tym kimś zobaczymy – bliźniego w potrzebie, wykluczonego, lumpa, odmieńca.








!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)


Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!