Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Żadne „zasięgi” mnie nie interesują. Znam swoją wartość i jest ona niepodważalna

Staram się forsować tezę, że nie istnieje coś takiego jak „codzienność” – mówi autor znakomitego „Jedzmy, zwracajamy”, swojego pierwszego zbioru opowiadań po 15-letniej przerwie.

Rozmowa
Walka

Łukasz Łachecki: Michał Witkowski w tekście z 2001 roku pisał, że roczniki 70. w literaturze polskiej to „roczniki 60., które przyswoiły sobie Wiedemanna”. Kto twoim zdaniem jest Wiedemannem roczników 80. i 90., kto w największym stopniu przyczynił się do zmiany paradygmatu już po publikacji twoich książek z lat 90. i 2000?

Adam Wiedemann: Och, trudne pytanie, bo sam już te czasy nie bardzo pamiętam. Tekst Witkowskiego ukazał się bodajże w słowniko-antologii Tekstylia, wydanej przez Ha!art, który wówczas bardzo mi sprzyjał w osobie Frytki, czyli Igora Stokfiszewskiego. Igor napisał zresztą wstęp do tego tomu i zatytułował go Wszyscyśmy z White’a, na co zawsze odpowiadałem: „Jażem też z White’a, ale Edmunda”. Oni tam stworzyli nawet taki byt, jak „szkoła Wiedemanna”, tylko że ci moi „uczniowie” byli tacy od Sasa do Lasa, na przykład Piotrek Cegiełka, którego owszem, wypromowałem, ale pisał jak Beckett – albo Adaś Pluszka, który w ogóle nie wiem, jak pisał, bo chyba nic jego nie czytałem (nie no, jednak czytałem, było to opowiadanie w Twórczości zatytułowane bodajże Termy, i było bardzo dobre, choć sam takiego sposobu pisania nigdy bym się nie podjął).

W tej całej intuicji chodziło więc raczej o to, że stałem się chwilowym symbolem jakiejś „zmiany”, która miała nastąpić po ściśle postmodernistycznej i feministycznej prozie lat 90. Ta zmiana zresztą nastąpiła, tyle że jest to już zmiana na gorsze i wszyscy teraz brzmią jak „skrzyżowanie Himilsbacha i Konopnickiej” – tak to ujął mój starszy kolega Marek Sołtysik, a cytuję, bo trafne. Zostałem sam na placu boju i w sumie mnie to cieszy, nikt nie pisze tak, jak ja, tylko ja sam, i bardzo dobrze. Nie mam żadnej szkoły (choć jednak udało mi się wypromować, czy też „wprowadzić do obiegu literackiego” kilka postaci, obecnie modnych, jak choćby Bawołek czy Suszczyńska), czasem ktoś pisze tak, że mi się to podoba, ale już coraz rzadziej.

Pytam o to, bo interesuje mnie twoja podwójna perspektywa – zarazem poety i prozaika docenionego właściwie od debiutu, a zarazem krytyka, literaturoznawcy, ale też to, że gdy byleś już doceniany i nagradzany – pod koniec lat 90., na początku 2000 – to rynek wydawniczy wyglądał zupełnie inaczej, to znaczy, patrząc powierzchownie, może właśnie „rynkowo”. Wydawnictw jest sporo, debiut nie wydaje się aż taką drogą przez mękę. Nie przekłada się to na poziom artystyczny dzisiejszej literatury w Polsce?

Nie wiem, będę tu powtarzał truizmy, rynkowość nie przekłada się na jakość, bo jak coś ma się sprzedać, to musi być „trochę gorszej jakości”, stąd takie właśnie produkty królują na wspomnianym rynku, dodatkowo „ulepszane” przez redaktorów, tzn. oczywiście pogarszane, bo pozbawiane indywidualnego piętna stylistyki autora. Ostatnio ukazał się tekst Sadzika o Małgosi Lebdzie i jej podobnym, który wywołał szeroką dyskusję, ale w tej dyskusji nie pojawił się motyw „powieści redaktorskiej”, która jest, moim zdaniem, najgorszą plagą naszych czasów obok Netflixa. Te książki pisane wszystkie tym samym stylem, bez żadnych ciekawostek, ekstrawagancji – mnie to zwyczajnie nudzi, posłałbym to wszystko do diabła.

Czytaj także W imię Róży. Dlaczego bestsellerowa pisarka zniknęła z pamięci literackiej Wybrzeża? Dorota Karaś

Twoje sympatie krytyczne często spotykają z tym, jak piszesz, mimo całej osobności. Jesteś znawcą twórczości Mieczysława Piotrowskiego. Co z jego planowanymi, zdaje się od dawna, wznowieniami?

Wznowienie Piotrowskiego ruszyło już jakby z kopyta, odkąd wspomniałem o nim dyrektorowi PIW-u, bo redaktor prowadzący jakimś trafem przez osiem lat nie wspomniał, stąd tak się to maśliło. Dodatkową przeszkodą byłem ja sam, bo miałem napisać wielki wstęp do tej edycji i nawet go jakby napisałem, ale ani nie jest wielki, ani się za bardzo nie nadaje na wstęp, więc sam również jestem winny, że to tak leżało. No ale zdobyłem się na rozmowę z dyrektorem i teraz zapewne to ruszy.

Myślisz, że Henryk Bereza, wybitny krytyk związany z „Twórczością”, z którym się przyjaźniłeś, jest dziś czytany i rozumiany? Pisarze, których lubił, nie są chyba najbardziej zapomnianymi artystami w Polsce. Wyszło na jego?

No właśnie myślę, że wyszło. Zyta Rudzka czy Krzysiu Bielecki, nawet Darek Bitner, są dziś wysoko cenionymi pisarzami, a to wszak „dzieci” Henryka. Ale też myślę, że jego „rewolucja” klapła, bo nawet ci wspomniani piszą już teraz inaczej, niż by pisali, gdyby zapanowała czy też zwyciężyła. Bronią się zatem raczej siłą swoich talentów, które Henryk rozpoznał. Wciąż czasami zastanawiam się, co by Henryk powiedział o tym czy owym, np. o Wyjarzmionej Renaty Bożek, i wymyślam sobie różne jego opinie. Bo jednak przy całej swojej prostolinijności bywał czasami nieprzewidywalny i podobały mu się różne różności.

Osobom, które chciałyby się zapoznać z twoją pisarską wielkością, nie ułatwiasz zadania. Z całym szacunkiem dla Rity Baum, Zielonej Sowy czy nawet Wydawnictwa Warstwy, a także Domu Literatury w Łodzi, który wydaje twoją nową książkę Jedzmy, zwracajmy, ale nie są to instytucje, które zapewniają szeroką dystrybucję i długie księgarniane trwanie. Co jest fajnego w pisaniu dla koleżanek i kolegów? Co z zasięgami?

No nie wiem, czy osoby chętnie by mnie czytały. Lubię, jak mi wydawca sam proponuje, nie znoszę sytuacji dopraszania się o coś, więc jak mi Mariusz Czyżowski zaproponował, to chętnie mu dałem tę swoją pierwszą książkę, ukazała się zresztą ze strasznie spieprzoną okładką, tak że nie miałem najmniejszej nadziei na jej powodzenie – aż tu dostała się do rąk Marii Janion i Janion mnie polubiła, choć byłem uczniem Marii Podrazy Kwiatkowskiej, z którą się nienawidziły na gruncie Marii Komornickiej. Tak czy owak, ta sympatia ze strony Janion (no i Henryka Berezy) była dla mnie najzupełniej wystarczająca, co mi tam więcej trzeba? W Ricie Baum wtedy akurat pracowałem, więc z wydaniem Odpowiadań nie było najmniejszego problemu.

No a przy Jedzmy, zwracajmy problemy się zaczęły, bo chciałem je wydać w renomowanym wydawnictwie Nisza, ale byłem tam chyba „towarem drugiej ważności”, bo Krysia co rok mi powtarzała: „Adasiu, wydam cię na pewno w przyszłym roku”, i tak przez cztery lata. Więc w końcu poszedłem po rozum do głowy i dałem je Rafałowi, który je wydał, też zresztą z problemami, bo problemy ostatnio zawsze muszą jakieś być. Ale nie wspomniałeś o moim drugim wydawcy, czyli WAB, to był wtedy duży wydawca, a raczej wydawczyni, bo kierowała nim Beata Stasińska. Niestety, potem zrezygnowała ze mnie, bo moja książka Sęk pies brew nie miała żadnego powodzenia mimo kolejnej nominacji do Nike.

Druga sprawa jest taka, że nie znoszę agresywnej redakcji, która w dużych wydawnictwach jest na porządku dziennym. Nie mówię, że w WAB redakcja była agresywna, bo robiła mi ją pani Marianna Sokołowska, odwieczna redaktorka Białoszewskiego, więc był to proces nad wyraz przyjemny i wiele się dowiedziałem o redagowaniu, ale z tego, co wiem od „koleżanek i kolegów”, obecnie musiałbym przechodzić jakieś ciężkie tortury redakcyjne, a przecież wydanie książki ma być przyjemnością, tak przynajmniej uważam. Więc może głupio to zabrzmi, chełpliwie, ale żadne „zasięgi” zbytnio mnie nie interesują, znam swoją wartość i jest ona niepodważalna [śmiech].

Posłuszność i Poczytalność, dwutomowy zbiór twoich tekstów krytycznoliterackich i krytycznomuzycznych, to jedne z moich ulubionych książek po 2000 roku, bez podziału gatunkowego. Wiąże się z nimi takie post scriptum, czy raczej interludium, że dwa lata po ich publikacji zostałeś zaatakowany za swój tekst o Konkursie Chopinowskim w 2021 roku. Wybacz, ale bardzo mnie to śmieszy – nie chodziło chyba o żadne nieeleganckie sformułowania, po prostu zamachnąłeś się na wszystkie polskie świętości!

Tam zaraz na wszystkie! Na jedną się zamachnąłem i zresztą, jak sam zauważyłeś, zamachiwałem się na nie przez całe 20 lat aktywności jako krytyk muzyczny, tyle że wszystkim się to podobało. Natomiast ten hejt po tekście Sukienka został zorganizowany przez ówczesnego sekretarza redakcji „Ruchu Muzycznego” (być może jest nim nadal, nazwiska nie pomnę), co wiązało się z faktem, że w owym „Ruchu” zacząłem publikować na zaproszenie Tomka Cyza, który potem został usunięty, więc też i moje teksty przestały się w tym piśmie ukazywać. Ten człowiek napędzał więc te ataki na mnie, pewnie to wisi cały czas na Facebooku, więc można prześledzić. Każda „fala hejtu” poprzedzona jest jego napastliwym „tekstem wiodącym” (nawet pod zgoła entuzjastyczną opinią Oli Klich z „Wysokich Obcasów”), potem zresztą „Ruch” opublikował też półstronicowy atak na mnie, przez nikogo nie podpisany, więc niby że było to stanowisko całej redakcji, od którego odciął się tylko Rafał Wawrzyńczyk w swoim felietonie (którego redakcja „RM” nie raczyła już umieścić w sieci). Nie było to więc zjawisko „oddolne”, tylko jak najbardziej sterowane.

A co mnie najbardziej zabolało, to postępek redaktorki „Dwutygodnika” Zosi Król, która najpierw mój tekst opublikowała z wielkimi pochwałami, a potem zamieściła te żenujące „przeprosiny” (najpierw zresztą chciała go ocenzurować post factum, na co się nie zgodziłem), więc oczywiście musiałem zaprzestać dalszych publikacji w tym piśmie. Trochę szkoda, bo po moim odejściu przestali już w ogóle zamawiać teksty o muzyce poważnej, skupiając się na młodzieżowej. Tak więc teraz nie mam gdzie pisać o muzyce, próbowałem do „Odry”, ale puścili dwa moje teksty w ciągu roku, z wielkimi opóźnieniami, więc też się zniechęciłem.

Muzyka młodzieżowa wbrew pozorom i gościnnym łamom „Dwutygodnika” nie ma łatwo, można powiedzieć – tak jak kantują w Polsce muzykę młodzieżową, to nikogo… I pieniędzy z pisania o niej nie ma żadnych! A skąd u ciebie ta niechęć do młodzieży w szerokich gaciach? Kiedy stwierdziłeś, że eksperymentalna elektronika albo trap z Atlanty to nie dla ciebie?

Wobec chłopców nie żywię żadnej niechęci, niezależnie od tego, w co się ubierają, natomiast muzyką młodzieżową interesowałem się, dopóki jeszcze byłem młodzieżą, tzn. i tak za długo, teraz już w ogóle. Nie można się wszystkim interesować, bo człowiek by oszalał. Moje ulubione gwiazdy piosenki wszystkie już albo umarły, albo są w moim wieku i coś niby robią, np. Kim Deal albo Beth Gibbons, ale nie kupuję sobie nawet tych płyt, bo i tak bardziej podobają mi się te stare, dawniejsze.

Jak ci się podobał konkurs w 2025 roku? Skoro nie mogliśmy przeczytać o tym w Dwutygodniku”…

W ogóle mi się nie podobał, tzn. podobał się przez dwa pierwsze etapy, czy nawet trzy, gdzie było paru fantastycznych chłopaków, ale wszyscy oni odpadli na skutek „maszyny losującej”, jakim okazały się nowe reguły podsumowywania obrad jury, ewidentnie promujące „średnicę”. Co ciekawe (bo później opublikowano punktację), moje oceny zgadzały się niemal dokładnie z ocenami Garricka Ohlsona, który był przewodniczącym jury, tylko że te jego zostały „obcięte” (jak komuś dawał „za dużo” punktów, to je równano do średniej), więc nie dziwię się mu, że nie został na koncert laureatów, bo sam bym też nie został. Główna nagroda dla Eryka Lu wydaje mi się zepsuciem całego konkursu, choć skądinąd pośród finalistów w ogóle nie miałem już swojego faworyta.

Wybacz takie kwestionariuszowe pytania, ale ponieważ wielu pisarzy czy kompozytorów poznałem dzięki twoim tekstom, to chciałbym też podrzucić czytelnikom trochę twoich ulubionych rzeczy w kompaktowej formie. Czy wskazałbyś jakieś odpowiedniki np. Piotrowskiego – pisarza trochę zapomnianego, najbardziej docenianego przez pisarzy – wśród albumów z nagraniami wykonań muzyki poważnej? W hipsterskich kręgach mówimy na to „obskury”…

Kimś takim jest, powiedzmy, Frank Martin, kompozytor szwajcarski (w ogóle w muzyce najbardziej lubię Szwajcarów i Węgrów), zarówno awangardowy, jak i najzupełniej repertuarowy, więc powinno się go grać i słuchać non stop, bo jest czystą doskonałością. Swoją drogą, był ostatnio w Warszawie wykonywany dwukrotnie, więc nie jest aż tak źle. Z kompozytorów słoweńskich wymieniłbym Primoža Ramovša, który był, jak Messiaen, organistą w kościele, ale zarazem pisał utwory zapierające dech, jego Organofonię chciałbym usłyszeć kiedyś na żywo. Ostatnio zresztą grzebię się raczej w wykonawcach i głównie pianistach, tu jest naprawdę wiele do odrobienia, na przykład Eduardo del Pueyo, Daniel Wayenberg czy Manfred Fock – kto ich słuchał, niech podniesie przysłowiową rękę.

Jako „chwilowy symbol zmiany po literaturze ściśle feministycznej” czujesz się pisarzem apolitycznym? Czy polityka cię zajmuje, przeraża, zniechęca albo zaczepia?

Polityka nic mnie nie obchodzi. Tzn. poczułem raz przyjemność, gdy Konrad Góra ocenił mój wiersz Ulica Oberwańca jako polityczny. Ale ja sam tak nie myślę. Albo inaczej: w każdej książce umieszczam jeden wiersz rymowany i jeden polityczny, tak dla zabawy.

Skaczę po tematach i osiach czasu, ale to też charakteryzuje twoje książki. Są tu wspomnienia z dzieciństwa i sny o śmierci, wydarzenia sprzed 10 czy 20 lat. Odpowiadania, twój poprzedni zbiór prozą, wyszły 15 lat temu. Może to zabrzmi jak „jak powstają twoje teksty?”, ale czy te książki powstają jako książki, bo taki jest zamysł, czy staja się książkami, bo tak wyszło? Czy to utwory, które zaczynasz w różnych okresach i kończysz przypadkiem, albo za sprawą impulsu?

Nudzi mnie trochę ten wywiad, bo myślałem, że będziemy gadać o książce…

Jesteś bezlitosny, moim zdaniem dowiedzieliśmy się o niej całkiem sporo. Ja na pewno, i to już po lekturze.

Książka, no cóż, wyszła, jaka jest. Nawet się cieszę, że wyszła teraz, a nie te sześć lat temu, gdy była już gotowa, bo Renata namówiła mnie na dodanie Początków, dzięki czemu stała się czymś w rodzaju mikropowieści. Ale to bez znaczenia. Może jeszcze dodam, że zasadniczo utwór prozatorski (jak i poetycki) zaczynam i kończę tego samego dnia, a jak nie skończę, to pozostaje niedokończony (stąd Początki). Jedynym, który pisałem przez dwa dni (z odstępem kilkumiesięcznym) jest Szwagier.

Czytaj także Polak i świętość pracy Adam Wiedemann

Nie powiedziałbym, że bez znaczenia. Na pewno nie byłem tak dobrym studentem polonistyki, jak ty, ale sam tytuł Początki czy brak kropki tu i tam nie uświadomiły mi… ich niedokończenia. Także dlatego, że zazwyczaj twoje opowiadania nie kończą się puentą, morałem, zawiązaniem. Mówisz, że każde ma „coś do opowiedzenia” – ale co? Sensu życia próżno tu szukać.

Jak to! Przecież tu właśnie chodzi o sens, ukryty w strukturach świata, życia. Pierwszą swoją książkę zatytułowałem Wszędobylstwo porządku, bo właśnie o tym ona była, o tej wręcz natarczywości sensu. Teraz już zresztą nie twierdzę, że ten sens się sam tak narzuca, człowiek robi się coraz starszy i coraz mniej sensu widzi dookoła. Ale jednak: w drodze do sklepu spotykam sąsiada Oskara w żałobie – mama i ciotka (siostra ojca) umarły mu w odstępie dwudniowym. A to się umówiły – mówię na to. I nagle rozbłyska nam tu jakiś sens, w ramach oczywistego nieszczęścia. Uśmiechamy się.

Sama metoda „jednodniówki” też jest fascynująca. Nie powiesz, że z miejsca znajdziesz przykłady wielu prozaików, którzy tak pracują. Mnie imponował nawet Peter Handke, który na końcu swoich książek z lat 70. podawał miejsce pracy nad powieścią i dwu-, trzymiesięczny okres, w którym powstała. Sam piszę teksty na bieżące tematy, ale bardzo doceniam instytucję przespania się z tematem. Czy można powiedzieć, że cechą twoich utworów jest szybkość? Jak np. w przypadku wierszy Franka O’Hary?

Nie znam w ogóle takich prozaików, prozaicy („wytrawni”) pracują systematycznie, codziennie. Ja wręcz przeciwnie, mam takie „zrywy” pisarskie, a potem długie przestoje. Taki zryw miałem, kiedy mi zaproponowałeś pisanie do KP, napisałem tekst natychmiast i bardzo mnie to cieszyło. Ale kiedy propozycja drugiego obiła się o przeszkodę, bo ktoś już na ten temat napisał, nie zdobyłem się już na następną propozycję (a trochę szkoda).

W ogóle zawsze wydawałeś mi się bardziej o’harystyczny niż wszyscy poeci kojarzeni z o’haryzmem razem wzięci.

Hm, najbardziej o’harystyczny wydawał mi się zawsze Wojtek Wilczyk (najpierw jego czytałem, a dopiero potem samego O’Harę), ale on napisał niedużo i zresztą pomału przechodzi na pozycje „transtromerowskie”. A co do mnie, to nie wiem, te wpływy amerykańskie dość mocno na mnie oddziałały na etapie Samczyka, aż sam zrozumiałem, że to niebezpieczne. Rozrusznik był etapem eksperymentowania (stąd tak się nie podobał Piotrkowi Śliwińskiemu), potem znalazłem się na orbicie poezji słoweńskiej, która zresztą też wtedy tym wpływom ulegała, ale mnie interesowali bardziej Kocbek i Komelj, poeci metafizyczni i bardzo poważni. A potem pojechałem do Ameryki i od tej pory już o żadnych wpływach amerykańskich nie może być mowy, bo mi się tam po prostu nie podobało.

Czytaj także Czy Heweliusza zatopił diabeł? Radykalny zwrot „BruLionu” ku konserwatyzmowi Daniel Muzyczuk

Formalne różnice między gatunkami w twoim pisarstwie są dość umowne, opowiadania wychodzą od relacji z koncertu, recenzja płyty zmienia się w opowiadanie.

To prawda, czasami piszę felieton albo recenzję w formie opowiadania, stąd dwa felietony, publikowane wcześniej jako felietony, znalazły się w mojej nowej książce jako opowiadania. Zresztą też chciałem je przypomnieć, bo mało kto pamięta, co już tam kiedyś publikowałem.

Są tu też „sceny łóżkowe”, pastisze i parafrazy.

W Odpowiadaniach były pastisze, tu raczej nie ma, są po prostu historyjki, co każda ma coś tam swojego do opowiedzenia, ułożone parami, ale amfiteatralnie.

Nie ma w Odpowiadaniach takiego pastiszu, jak w przypadku pastiszu Kingi Dunin czy Andrzeja Żuławskiego, ale jest Mesjasz, wychodzący od pierwszego zdania powieści Schulza, które znamy dzięki Arturowi Sandauerowi.

To jest opowiadanie napisane na zamówienie Olgi Tokarczuk, która chciała, żeby na festiwalu w Drohobyczu każdy napisał swojego Mesjasza. Pomysł był fajny, więc napisałem, niestety samo wydarzenie okazało się nieudane, bo czytaliśmy na babińcu w tamtejszej synagodze, świeżo odrestaurowanej, i okazało się, że na babińcu nie powinno się nic mówić ani czytać, bo akustyka tej świątyni jest taka, że wtedy w sali głównej mieszają się te echa i powracają w formie jakich piekielnych ujadań, które wszystko zagłuszały i nikt nikogo nie rozumiał, a na koniec Olga wygłosiła przemowę, że my, pisarze środkowoeuropejscy, jesteśmy zbyt autotematyczni, za bardzo lubimy groteskę, a powinniśmy korzystać ze wzorców zachodnich, bo tylko to zapewni nam międzynarodową sławę – co nas z Bondarem doprowadziło nieomal do łez.

„Po prostu historyjki” to dobra kontra do różnych określeń, którymi raczej mniej niż bardziej trafnie próbuje się klasyfikować twoje pisarstwo – od niefortunnego „banalizmu” po „mistykę codzienności” – ale więcej komplikuje, niż wyjaśnia. Nawet blurb Pawła Kaczmarskiego, w którym padają stwierdzenia o „istotnych obserwacjach” czy „refleksji o konieczności literatury” dałoby się podważyć, podobnie jak stwierdzenie Jakuba Skurtysa o „poecie dworskim”. Jak dla mnie żaden z ciebie mistyk ani dworzanin, wręcz przeciwnie.

Dworzanin to rzeczywiście nie wiem czyj, już raczej jestem takim „służącym”, jakim bywał Robert Walser, czyli takim, co „swoje wie”. Choć pewnie chodzi tu o to, że moja poezja nie przemawia do „szerokich mas”, ani też nie jest „ingerencją w rzeczywistość”, czego by może od niej chciano. W prozie widać to jeszcze wyraźniej, do rzeczywistości społeczno-politycznej odnoszę się w niej już naprawdę od święta, choć oczywiście każde opowiadanie rozgrywa się w jakiejś tam rzeczywistości, która zostaje, chcąc nie chcąc, przedstawiona. Co nie przeszkadza, by ta proza podobała się Kaczmarskiemu, który jest czołowym naszym komunistą, ale cenię go raczej za elegancję frazy.

Od „mistyki codzienności” nie odcinam się już tak stanowczo, choć staram się forsować tezę, że nie istnieje coś takiego, jak „codzienność”, a życie pełne jest stanów i wrażeń półmistycznych, które właśnie sprawiają, że każdy dzień jest czymś jedynym i niepowtarzalnym, no chyba że traktujemy go jak powtórzenie poprzedniego czy któregoś z poprzednich, lecz to już kwestia naszej po prostu decyzji.

W czytaniu twoich opowiadań bardzo odświeżające, a nawet pożyteczne, wydaje mi się to, że w czasie lektury odkrywamy, jak zmanipulowanym językiem mówimy i myślimy na co dzień. Nasze intencje są czytelne, założone z góry, myślimy dydaktycznymi, kapitalistycznymi czy narodowo-katolickimi kliszami. Protezami języka.

Naprawdę tak uważasz? Ja o tym raczej nie myślę. Język zmanipulowany funkcjonuje teraz głównie w mediach społecznościowych, gdzie widoczne są jak na dłoni mechanizmy cenzury i autocenzury, zwłaszcza ze strony środowisk lewicowych, do czego dołączają coraz to bardziej debilne postanowienia Rady Języka Polskiego. Wszystko to mnie oczywiście martwi (choćby pisanie wszystkich zaimków osobowych z dużej litery, którą RJP każe nazywać „wielką”), bo jednak język był dla mnie zawsze przestrzenią swobody i teraz, gdy zwłaszcza w towarzystwie ludzi młodych, muszę się cały czas kontrolować, bo zaraz spotka mnie hejt na Facebooka, czuję się z jednej strony jak u cioci na imieninach, a z drugiej – widzę w tym poważne zagrożenie dla całej literatury, która coraz wyraźniej ulega sformatowaniu i ugrzecznieniu. Choć oczywiście wolę myśleć, że to stan tymczasowy i zaraz coś go odmieni i ośmieszy.

Chciałbym się trochę jeszcze wytłumaczyć, dlaczego przy okazji twojej nowej książki rozmawiam też o innych twoich przygodach. Wydaje mi się, że to moja predylekcja wynikająca z osadzenia w muzyce rozrywkowej – w jej przypadku takie luźne skojarzenia, dotyczące pewnych podobieństw brzmieniowych pozwalają zbudować pewną sieć odniesień, ułatwiają poruszanie się po mnogości gatunków. Jednocześnie to nigdy nie są porównania deprecjonujące czy wartościujące, nawet najbardziej nowatorscy artyści ostatnich lat dają się opowiedzieć przez jakieś historyczne przykłady. A w przypadku twojego pisarstwa trudno abstrahować od erudycji, która się za nim kryje.

Z muzyką rozrywkową, jak już wspomniałem, jestem ostatnio na bakier, zresztą uważam, że jeśli brać pod uwagę teksty, jest ona znacznie bardziej dołująca od tej „poważnej”, zarówno pod względem treściowym, jak i artystycznym. Oczywiście zdarzają się dobre teksty, ale z tekstami wolę się zapoznawać na papierze, a słuchać wolę muzyki absolutnej oraz religijnej (gdzie tekst odgrywa rolę dość drugorzędną, choć Michał Krawczyk napisał ostatnio fajny wiersz o „warstwie tekstowej w Deutsches Requiem Brahmsa”), natomiast co do erudycji, to ta moja wydaje mi się już dość anachroniczna. Nie czytam nowych, modnych filozofów, z trudnością utrzymuję się na powierzchni dyskursu, choć też zaczynam czuć się „lekki jak piórko”, jak stary Richard Strauss. Najchętniej zacytowałbym panią Halę z Aktywności: „mnie to wszystko tak prawdę mówiąc już całkiem przestaje obchodzić”.

Wspomniany już Kuba Nowacki uważa, że twoja ostatnia książka poetycka, Odżywki i suplementy, była wyjątkowo smutna. Jedzmy, zwracajmy dla odmiany wydaje się powrotem do pisania witalnego, zabawnego i ciekawskiego.

Odżywki nie wydają mi się aż tak smutną książką (choć ich premiera zbiegła się z wybuchem wojny za wschodnią granicą, więc to zaważyło też na ich percepcji – teraz Marianna Kijanowska tłumaczy je po śmierci swojego męża Andrija i pisze mi, że płacze przy tym tłumaczeniu), kończą się wprawdzie dość smutnym Uciekinierem, ale przedtem sporo jest różnych scherz i capricciów, zresztą o jakości książki nie decyduje jej nastrój, tylko wykonanie, a wykonywanie jej dostarczało mi wiele radości (choć rzeczywiście, zdarzyło mi się takie czytanie La vie en rose z akompaniamentem Mazzola, gdy łzy stanęły mi w oczach). Co do Jedzmy, to jest to książka zasadniczo wcześniejsza, większość opowiadań powstało przed Odżywkami, gdy byłem jeszcze „młodym dorosłym” i miałem bardziej optymistyczne spojrzenie na rozwój świata. No ale powiedz na koniec, co ci się w tej książce najbardziej podobało, bo zwykle wyciągasz różne ciekawe rzeczy.

Czytaj także Piosenki nie niosą się ot tak Łukasz Łachecki rozmawia z Tomaszem Ladą

Przeceniasz mnie, to miłe, choć wybór rozmowy z tobą zamiast recenzji też miał mi pewnie trochę pomóc to usystematyzować. Tę twoją niepopularną książkę Sęk, Pies, Brew kupiłem chyba trzem osobom w antykwariatach, z zachętą jak Cortazar wręczający Marquezowi Juana Rulfo – „czytaj i się ucz”. I w przypadku nowej jest podobnie – to chyba najmniej nadęta proza, jaką znam we współczesnej polskiej literaturze. Jedziesz sobie przez miasto trasami, którymi i ja jeżdżę, a mimo to jestem zajarany oczekiwaniem, co się zaraz wydarzy, jak w jakimś poetyckim kryminale. Jest bardzo śmiesznie, jest romantycznie, są przyjaciele, niby „show about nothing”, a jednak jest wszystko, „braków nie ma żadnych”, jak mówi robotnik u Juliana Kornhausera. To wystarczy? Dla ciebie, jako autora?

No cóż, musi wystarczyć, jako autor muszę być zawsze nasycony i zadowolony. Notabene Sęka też musiałem sobie kupić, bo ktoś mi go ukradł, co jakoś tam świadczy o ogromnym pożądaniu mojej twórczości.

**
Adam Wiedemann – poeta, tłumacz, krytyk muzyczny, prozaik. W ostatnich latach wydał m.in. tom poezji Odżywki i suplementy (PIW, 2022) i zbiór opowiadań Jedzmy, zwracajmy (Dom Literatury w Łodzi, 2025). Konserwatywny anarchista. Mieszka w Warszawie z Iriną, którą żywi skrawkami.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie