Gdy Marco Rubio skończył przemawiać na monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, do owacji na stojąco zerwał się cały chadecko-liberalny establishment Europy. Posłanka Alternatywy dla Niemiec w tej samej chwili płakała ze wzruszenia. Jak to możliwe?
Po pierwsze: wystąpienie pisali profesjonalni dyplomaci, więc może nie dla każdego, ale dla wielu było tam coś miłego. Po drugie: ruch MAGA to nie monolit, a za pluralizmem estetyk skrywają się różnice taktyczne. I tak, jedni wierzą, że sojusznikiem USA w Europie może być tylko skrajna prawica, zaś inni, że także centrum da się jeszcze przeciągnąć na swoją stronę. Po trzecie: po zeszłorocznej filipice J. D. Vance’a Europejczycy byli tak straumatyzowani, że jak tylko nie dostali na dzień dobry z liścia, to od razu odetchnęli z ulgą.
Kula burząca w czekoladzie
Tyle że była to, jak pisał komentator CNN, wciąż „kula burząca, tyle że opakowana, na czekoladowo i na puchato”. Priorytety Waszyngtonu niewiele się bowiem zmieniły. Kto słuchał – i sekretarza stanu, i zastępcy sekretarza obrony Elbridge’a Colby’ego – mógł to dosłyszeć. Owszem, Alexandria Occasio-Cortez czy Gavin Newsom bronili honoru liberalnych wybrzeży USA, mówili o politycznej ofercie dla klasy pracującej czy o porządku opartym na regułach (AOC bodaj… osiem razy), ale obecni decydenci grali wyłącznie koncert wielkich mocarstw. Przesłanie Rubio było jasne: Ameryka pójdzie własną w drogą z nami lub bez, źródłem globalnego zła są migracje i „klimatyczny kult”, a Rosja (niewymieniona w przemówieniu ani razu!) … no cóż, jest jaka jest, warto rozmawiać i warto ustępować. Ale Europa – kiedyś dała Ameryce chrześcijaństwo i niezłe piwo – ma wciąż szanse wejść na właściwą drogę.
To jakiś postęp, skoro J. D. Vance spisywał nas raczej na straty. Ale z Bawarii sekretarz stanu pojechał do Bratysławy i Budapesztu – klucz ideologiczny (bo nie rangi geopolitycznej przecież) tych wizyt jest aż nazbyt czytelny.
A dlaczego Rubio mówił jednak innym tonem niż kiedyś wiceprezydent USA? Na pewno wie to on sam i jego doradcy, ale nietrudno odgadnąć przyczyny: jako potencjalny kandydat na prezydenta musi się jakoś odróżnić od głównego konkurenta – Vance’a; administracja Trumpa ma dziś dużo gorsze notowania w kraju niż rok temu; wreszcie – monachijska mowa sprzed roku otrzeźwiła raczej niż zastraszyła liderów Europy. Nie bez znaczenia są też wydarzenia ostatnich tygodni, o których w wywiadzie dla „Politico” w kuluarach monachijskiego Bayerischer Hof wspomniał Alexander Stubb. Nie podając szczegółów, zasugerował, że w sprawie roszczeń do Grenlandii udało się – choć nie na oczach opinii publicznej – „eskalować, by deeskalować”, tzn. wyjaśnić USA, jak ważne są europejskie pieniądze dla amerykańskiej giełdy i rynków obligacji. Miało to „obniżyć temperaturę” sporu i sprowadzić go na konstruktywne tory rozmowy o wzmocnieniu bezpieczeństwa w rejonie Arktyki.
Bundeswehra wraca do gry
Najważniejsza zmiana względem zeszłego roku polega na tym, że to nie reprezentant USA, lecz gospodarz nadał ton. Kanclerz Niemiec Friedriech Merz mówił dobitnie: dotychczasowego porządku opartego na prawach i regułach już nie ma, skończył się urlop od historii, demokracje z trudem radzą sobie w takich warunkach. Przejawem tego nowego świata jest brutalna wojna przeciw Ukrainie, agresywny rewizjonizm Rosji i jej zbrodnie wojenne, ale też aspiracje Chin do kształtowania świata. Tyle że odpowiedzią na to wszystko nie może być polityka wielkomocarstwowa: walka o strefy wpływów, o wymuszenie posłuszeństwa i zależności, gdzie surowce, technologie i łańcuchy dostaw stają się instrumentem najsilniejszych w grze o sumie zerowej tych najsilniejszych. Bo to „niebezpieczna gra, najpierw dla tych mniejszych, ale z czasem zapewne i dla tych wielkich”. I jeszcze coś: wojna kulturowa ruchu MAGA (Merz powiedział dosłownie: Kulturkampf) to nie nasza, europejska wojna, bo tu granice wolności słowa wyznaczają godność człowieka i konstytucja.
Może najwięcej wątpliwości wzbudziły słowa kanclerza Niemiec o „normatywnej przesadzie”, jaką kierować się miał jego kraj w polityce zagranicznej. Czy to aby nie ukłon w stronę tzw. realistów, dla których reguły i wartości w porządku międzynarodowym to tylko ideologiczny bullshit? A może szpilka wbita Zielonym z całą ich agendą polityki klimatycznej – i znów, ukłon, tym razem wobec Amerykanów? Merz jednak mówił o przesadzie (Überschuss) w kontekście środków, jakimi Niemcy dysponowały: „Często krytykowano, domagano się, sankcjonowano” [dodajmy od siebie: nie zawsze, zwłaszcza wobec Rosji… – przyp. aut.], „ale nie troszczono się dostatecznie o to, że do załatwienie sprawy nie wystarcza środków i narzędzi. Ten rozdźwięk między ambicją a możliwościami zrobił się zbyt duży – i teraz go domykamy”.
A o co chodzi konkretnie? Przede wszystkim o standaryzację, uproszczenie i skalowanie produkcji systemów uzbrojenia, a zatem: produkowanie jej dużo i najlepiej tak, by sąsiedzi od Niemców też kupowali. Choć stan Bundeswehry – i niemieckiej świadomości zbiorowej, mocno pacyfistycznej – w ostatnich latach budziły wątpliwości czy zmiana jest realna, teraz dzieje się to naprawdę. O ile rząd Olafa Scholza przede wszystkim ogłosił „epokowy zwrot” w niemieckiej polityce zagranicznej, nowa koalicja (z pomocą opozycyjnych Zielonych, choć jeszcze w starym Bundestagu) umożliwiła zasypanie armii i przemysłu zbrojeniowego – przede wszystkim własnego – górami pieniędzy. W roku 2025 Niemcy wydały na obronę więcej niż jakikolwiek inny kraj w Europie, budżet obronny mają… czwarty na świecie (zaraz po Rosji), a w 2029 roku wydadzą już 189 mld dolarów, czyli trzykrotnie więcej niż w 2022 roku.
Stoi za tym nie tylko determinacja samego Merza czy prywatna znajomość kanclerza z szefem największego koncernu zbrojeniowego znad Renu. Zbrojenia to nowy niemiecki pomysł na wzrost gospodarczy, podkręcenie innowacji technologicznych i podtrzymanie miejsc pracy w kulejącej branży samochodowej.
Widać to było również w Monachium: wymowna jest lista „wydarzeń towarzyszących” konferencji pod patronatem BDI, czyli wpływowego Związku Niemieckiego Przemysłu: „Critical Partnerships for Critical Minerals. New Alliances for Sustainable Economic Development” (czyli skąd wziąć surowce krytyczne), „Wettlauf zur Verteidigungsfähigkeit: Von der Idee zur Wirkung” (czyli jak uspójnić potrzeby wojska, innowacje i produktywność przemysłu) czy MSC Space Night: Securing the High Ground – Space, Defence and the Moon (czyli jak biznes i wojsko wspólnie zawojują kosmos). W kuluarach pełno było też ludzi ze start-upów produkujących drony, na które w Niemczech jest prawdziwy boom. A gdy w czasie jednego z paneli rosyjski opozycjonista i mistrz szachowy Garry Kasparow zapytał szefa niemieckiego MON-u, czy aby nie wydaje zbyt wiele pieniędzy na sprzęt z poprzedniej epoki, wyglądało to wręcz jak ustawka (choć nią chyba nie było). Boris Pistorius mógł dumnie powołać się na przykłady inwestycji w wojnę dronową czy satelity w kosmosie.
Kto trzyma kody
W czasie wystąpień monachijskich pojawił się również wątek parasola nuklearnego i tu dało się dostrzec subtelną grę narracyjną. Niemiecki minister obrony narodowej podkreślał, że sprawą Niemiec i Europy jest wzmocnienie sił konwencjonalnych, zaś za parasol strategiczny odpowiedzialna jest Ameryka: oto mniej więcej chodziło, gdy mówił, że „NATO musi stać się bardziej europejskie, by mogło być dalej transatlantyckie”. Kanclerz tymczasem wspominał o rozmowach z prezydentem Macronem na temat „europejskiego odstraszania nuklearnego”, zaznaczając od razu, że nie chodzi o kupno od Francuzów bomby specjalnie dla Niemców: mają oni trzymać się prawnych zobowiązań i partycypacji nuklearnej w ramach NATO, a do tego Merz zadeklarował: „nie będziemy ustanawiać w Europie żadnych stref zróżnicowanego bezpieczeństwa”.
Problem „europejskiej” bomby jest niezwykle złożony. Poza tym, że to broń niezwykle droga oraz trudna w produkcji i utrzymaniu, wyjątkowo kontrowersyjna moralnie i jak żadna inna prowokująca odwet – to też, jak żadna inna, wiąże się z problemem decyzji. Najkrócej mówiąc: można jej użycie obudować prawami i konwencjami, podzielić się kosztami, ustalić procedury i miejsce stacjonowania. Na końcu i tak jednak zostajemy z pytaniem: kto ma możliwość nacisnąć umowny guzik, względnie: kto ma w kieszeni marynarki kartkę z odpowiednimi kodami. Broń atomowa to dla wielu państw najważniejszy atrybut suwerenności.
Pytanie, czy wciąż ufamy, że amerykańskie gwarancje odstraszania są aktualne dla całego NATO jest jak najbardziej zasadne. Nie unieważnia to jednak pytań kolejnych – kto inny mógłby i byłby gotów zadecydować o jej użyciu np. przeciwko Rosji w razie jej agresji na terytorium innego państwa NATO, ponosząc związane z tym ryzyko.
Fakt, że kanclerz Merz – gospodarz monachijskiej imprezy – poruszył w mowie inauguracyjnej ten wątek, potwierdza jednak, że dyskusja na temat gwarancji nuklearnych będzie się toczyć. Sygnały w tej sprawie wysyłają również Szwedzi, a także Duńczycy – mówi się o zacieśnieniu współpracy z Francją i Wielką Brytanią, ale także o „nordyckiej” bombie. Kontekstem jest oczywiście zagrożenie rosyjskie, ale także publikacja nowej strategii bezpieczeństwa narodowego USA oraz wygaśnięcie rosyjsko-amerykańskiego układu New Start, który dotąd regulował maksymalną liczbę głowic nuklearnych w posiadaniu obydwu państw.
Nordycka odporność zamiast wujka Sama
Bardziej konkretnie rysuje się za to północno-środkowoeuropejski konsensus w sprawie Ukrainy i Rosji. Jednoznaczna jest postawa Szwedów i Finów; prezydent Stubb w cytowanym już wywiadzie wyraźnie zapowiedział, że nowi członkowie NATO nie będą robić za good guys wobec Rosji i że ogromne inwestycje w armię (m. in. zakupy myśliwców F-35) nie wynikają przecież z zagrożenia… ze Sztokholmu. Finlandia na Bałtyku zwalcza m. in. statki rosyjskie sabotujące podmorskie kable, a także wykrywa i neutralizuje działania przy pomocy dronów.
Szef niemieckiego MON potwierdził z kolei cele Niemiec: zapobieżenie dzieleniu Sojuszu przez państwa rewizjonistyczne (czyt. Rosję), obecność na wschodniej flance (budowa pełnej brygady Bundeswehry na Litwie), wspieranie gospodarcze, polityczne i militarne Ukrainy na wojnie z Rosją (w tym momencie to Berlin udziela najwięcej pomocy) oraz jej trwała „osłona” przed agresją w momencie zawarcia pokoju. Tu akurat Boris Pistorius był mało precyzyjny, za to nieco złośliwie przywołał wypowiedź Marco Rubio na temat „papierowego tygrysa”, jakim były gwarancje dla Ukrainy z 1994 roku, w tzw. memorandum budapesztańskim. Logicznie sugerowałaby ona, że USA tym razem powinny udzielić gwarancji bardziej skutecznych – tyle że Rubio mówił o tym jako senator w roku… 2014, a milczy dziś jako sekretarz stanu.
W panelu, gdzie padły te słowa (Holding the Line: Defending Europe and Supporting Ukraine) szef polskiego MSZ przypomniał z kolei, że od ponad roku to Europa – nie Stany Zjednoczone – płaci za wsparcie wojskowe Ukrainy, finansując także zakupy amerykańskiego uzbrojenia. W związku z tym, wywodził Sikorski, należy nam się miejsce przy stole negocjacyjnym. Dopytany o to Boris Pistorius stwierdził europejską… bezradność w kwestii dopuszczenia do rozmów (Rosja nas tam nie chce, a USA to nie przeszkadza), natomiast podkreślił, co zrobić możemy: dalej wspierać militarnie Ukrainę i skalować produkcję zbrojeniową. Także dlatego, że Ukraińcy mają know-how, co połączone z niemieckimi pieniędzmi i fabrykami daje… win-win.
Innymi słowy – Monachium potwierdza, że niemieccy decydenci (a za nimi przemysł zbrojeniowy) uznają wspieranie Ukrainy tylko europejskimi siłami za sensowne, choć warto byłoby utrzymać co najmniej wsparcie wywiadowcze ze strony USA. Takie właśnie podejście: budujemy własne zdolności niezależnie od tego, co zrobią Amerykanie (a wtedy może wyjadą stąd później…); wspieramy Ukrainę wojskowo (jak wyżej); podtrzymujemy relacje transatlantyckie, gdzie to możliwe – to wspólny mianownik ściślejszej współpracy państw basenu Morza Bałtyckiego. Przeszkodą mogą być skandaliczne roszczenia USA w sprawie Grenlandii – Polska zachowała się tu mniej solidarni niż inni sojusznicy Danii – ale wciąż można liczyć, że ten spór zostanie rozstrzygnięty konstruktywnie.
Konferencja w Monachium wyraźnie sugeruje kierunki wzmocnionej – w ramach i NATO, i UE – współpracy. Nordycy – a najlepiej wśród nich Finowie – rozumieją grozę rosyjskiego rewizjonizmu, mają kulturę społecznej odporności, potencjał wojskowy i przemysł zbrojeniowy. Niemcy pod obecnym przywództwem widzą w rozwoju Bundeswehry szansę wymyślenia się w Europie na nowo, mają wagony pieniędzy do wydania, a gospodarczy potencjał zbrojeń daje nadzieję, że „jastrzębi” zwrot CDU nie skończy się, gdy tylko Rosjanie zaproponują jakiś dobry surowcowy deal. Im wszystkim – także Danii – zależy na cywilizowanych stosunkach z USA i dalszej współpracy w tych obszarach, gdzie na usamodzielnienie potrzebujemy dużo czasu. Taka koalicja mogłaby iść sama do przodu tam, gdzie innym nie po drodze – a przy okazji przyciągać resztę Europy w słusznym kierunku.
Polska w rozkroku
Najwięcej wyzwań wiąże się z polityką wewnętrzną sojuszników z NATO oraz samej Polski: nie wiadomo, czy establishment Europy w sprawach bezpieczeństwa, zwłaszcza wschodniej flanki, nie przebudził się po prostu zbyt późno. Nie dlatego, że nie ma już czasu na dozbrojenie kontynentu wystarczające, by i bez Amerykanów odstraszyć Rosję. Ten czas, obiektywnie rzecz biorąc, jest – po prostu społeczeństwa Europy wcześniej mogą wymienić obecnych jastrzębi na jakieś partie „pokoju”, czyli ugłaskiwania Rosji. Choć wejście AfD do koalicji rządzącej w Niemczech to raczej odległa perspektywa (wybory zaplanowane są na rok 2029), to już np. zwycięstwo skrajnej prawicy we Francji w 2027 roku osłabiłoby zaangażowanie tego kraju w naszym regionie, a do tego wzmocniło tendencje odśrodkowe w UE (którym umowny Rubio sprzyja tak samo jak umowny Vance).
U nas z kolei pierwszorzędny będzie spór o układ sojuszy. Trwający ponad trzy dekady konsensus proamerykański rozpada się za sprawą polityki administracji Trumpa i obiektywnych napięć między najsilniejszymi państwami Europy a USA. Dotąd każdemu polskiemu rządowi – od Jana Olszewskiego po Leszka Millera, od Donalda Tuska po Beatę Szydło – udawało się jakoś lawirować między surowym ojcem w Waszyngtonie i nieco bardziej wyrozumiałą matką z Brukseli.
Dziś musimy zacieśniać współpracę z północą i Niemcami, których połowa narodu nienawidzi, a druga im nie wierzy; do tego równocześnie powinniśmy trzymać Amerykanów w Europie i sposobić się na czas, gdy ich nie będzie. Nawet w dużo lepiej poukładanym państwie, z mniej podzieloną elitą, byłaby to kwadratura koła.
Co gorsza, szybujące pod niebo wydatki zbrojeniowe zaczną się w końcu odbijać na nastrojach społecznych – nawet bardziej niż boty w sieci, influencerzy i rolki o Ukraińcach w Tesli. Jeśli starszemu pokoleniu nasz rząd, ten lub kolejny, oferować będzie głównie kolejki do lekarza, młodszemu – drogie mieszkania, pracę w Żabce i pobór do wojska, a budżetówce ochłapy i upokorzenia, to dylemat „armaty czy awokado” suweren rozstrzygnie bardzo szybko.
A wtedy nawet Metternich na Szucha z Talleyrandem na Krakowskim Przedmieściu nam nie pomogą.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.