Twój koszyk jest obecnie pusty!
Ręka, która kołysze kołyskę, pisze książkę
Artystką o najmniejszym dostępie do solidarności – społecznej czy estetycznej – czy aprobaty zawsze była artystka-gospodyni domowa.
Tekst pochodzi z publikacji Ręka, która porusza kołyskę, trzyma pędzel, którą możesz pobrać ze strony Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Jej autorkami są Sonia Jaszczyńska, Agata Klepka i Agnieszka Strzeżek z grupy Matki twórczynie.
*
A oto Harriet Beecher Stowe, kobieta z kilkorgiem dzieci, odnosząca sukcesy powieściopisarka, która 150 lat temu – czy może ubiegłej nocy – pisze list do męża: „Jeśli mam pisać, muszę mieć pokój dla siebie, tylko dla siebie. Przez całą zimę czułam potrzebę miejsca, w którym mogłabym pobyć w spokoju. Nie mogłam [pisać w jadalni], bo ciągle nakrywano tam do stołu, sprzątano ze stołu, ubierano i myto dzieci, robiono wszystko inne, i… nigdy nie czułam się tam swobodnie, choć się starałam. A gdy szłam do bawialni, gdzie byłeś ty, czułam, że ci przeszkadzam – ty też tak czasem uważałeś”. Czternaście lat później, mając kilkoro dzieci więcej, ta sama kobieta napisze „Chatę wuja Toma” – w większości przy kuchennym stole. […]
„Pisanie przenikało wszystko. Ale też wszystkiemu było podporządkowane, odsuwane na bok z byle powodu. Nie miałam nawet własnego stołu, nie wspominając o pokoju do pracy – siedziałam w rogu stołu rodzinnego, z zeszytem, a wszystko toczyło się tak, jakbym szyła koszulę, a nie pisała książkę… Moja matka, zawsze z robótkami w ręku, rozmawiała z każdym, kto się pojawił, a ja brałam udział w tej rozmowie, równocześnie kontynuując własną opowieść, pozwalając, by te inne rozmowy, w niewielkich grupkach wymyślonych postaci, rozwijały się same, niczym niezakłócone”. […]
Autobiografia Margaret Oliphant daje nam podpowiedź, dlaczego powieściopisarka może nie tylko znosić pisanie w kuchni czy w bawialni, wśród dzieci i domowych obowiązków, ale znosić je chętnie. Najwyraźniej czuła, że jej twórczość – i ona sama – czerpały korzyść z tego trudnego, niejasnego, przypadkowego związku między dziełem sztuki a emocjonalno-manualno-organizacyjnym splotem umiejętności i zadań zwanym pracą domową. I że zerwanie tego związku stanowiłoby zagrożenie dla jej pisania, czyniąc je w jej świecie, jak to ujęła, „nienaturalnym”. […]
[…] Dla porównania Joseph Conrad:
„Przez dwadzieścia miesięcy siłowałem się z Panem o moje dzieło… umysł, wola i sumienie zajęte bez granic, godzina po godzinie, dzień po dniu… samotna walka w wielkiej izolacji od świata. Zakładam, że sypiałem, jadłem jedzenie, które mi podawano, i rozmawiałem składnie, gdy należało, lecz nie byłem świadom jednostajnego nurtu codziennego życia – życia, które płynęło gładko i bez zakłóceń dzięki cichej, czujnej, niestrudzonej miłości”.
[…] Cóż właściwie „podawało mu jedzenie”? Co sprawiało, że codzienne życie toczyło się bez zakłóceń? Czym właściwie była ta „niestrudzona miłość”…? […]
Każdy artysta potrzebuje pewnego moralnego wsparcia czy poczucia solidarności, bo w uprawianiu sztuki jest bohaterstwo; to samotne, ryzykowne i bezlitosne zajęcie. Artystką o najmniejszym dostępie do solidarności – społecznej czy estetycznej – czy aprobaty zawsze była artystka-gospodyni domowa. Osoba, która bierze odpowiedzialność zarówno za swoją sztukę, jak i za zależne od siebie dzieci, podejmuje się podwójnej, pełnoetatowej pracy, która może być po prostu, w praktyce, niszcząco niemożliwa. Ale nie tak się stawia tę kwestię – nie jako zrozumienie dla ogromnej praktycznej trudności. Gdyby tak było, proponowano by praktyczne rozwiązania, zaczynając od opieki nad dziećmi. Zamiast tego rzecz jest nadal przedstawiana jako zagadnienie moralne: kwestia tego, co powinno się, a czego nie powinno się robić. […]
[…] Nie twierdzę, że pisarz powinien mieć dzieci. Nie twierdzę, że rodzic powinien być pisarzem. Nie twierdzę też, że kobieta powinna pisać książki lub że powinna mieć dzieci. Bycie matką jest jedną z rzeczy, które kobieta może robić – tak jak bycie pisarką. To przywilej. Nie obowiązek ani przeznaczenie. Mówię o matkach, które piszą, bo to temat niemalże tabu – bo kobietom wmawiano, że nie powinny próbować być jednocześnie matkami i pisarkami, bo i dzieci, i książki na tym ucierpią – bo tego się nie da zrobić – bo to jest nienaturalne.
Zabranianie kobietom łączenia kreacji i prokreacji jest okrutnie marnotrawne: nie tylko zubożyło naszą literaturę, wykluczając gospodynie domowe, ale spowodowało też nieznośny osobisty ból i samookaleczenie. Woolf – posłuszna światłym lekarzom, którzy mówili, że nie wolno jej mieć dzieci; Plath – która umieściła szklanki mleka przy łóżkach swoich dzieci, a potem własną głowę w piekarniku.
Od kobiet-artystek oczekuje się ofiary – nie z kogoś innego, lecz z siebie samej. Proponuję uznać, że ta klątwa, rzucona na pełnię seksualności kobiety-artystki, szkodzi nie tylko kobiecie, ale też samej sztuce. […]
Przecież to szkoda. Szkoda, że minęło ponad 50 lat, a konwenanse – choć całkowicie inne – wciąż istnieją, by chronić mężczyzn przed szokiem; że nadal dopuszczają tylko męskie doświadczenie kobiecego ciała, namiętności i istnienia. Przecież to szkoda, że tak wiele kobiet, w tym ja sama, przyjęło to wyparcie własnego doświadczenia i zawęziło swoje postrzeganie, żeby się wpasować – pisząc tak, jakby ich seksualność ograniczała się do aktu płciowego, jakby nic nie wiedziały o ciąży, porodzie, karmieniu, macierzyństwie, dojrzewaniu, menstruacji, menopauzie – poza tym, co mężczyźni są gotowi usłyszeć. Jakby o pracy w domu, pracy z dziećmi, dziele życia, wojnie, pokoju, życiu i śmierci – doświadczanych kobiecym ciałem, umysłem i wyobraźnią – nie było do powiedzenia niczego, poza tym, co mężczyźni są gotowi usłyszeć. […]
[…] Sedno sprawy – lub jego część – jest takie, że niemowlęta zjadają rękopisy. Naprawdę. Wiersz, którego nie napisano, bo dziecko płakało; powieść odłożona z powodu ciąży – i tak dalej. Dzieci zjadają książki. Ale wypluwają pomięte strzępki, które można z powrotem skleić taśmą. A same są dziećmi tylko przez kilka lat, podczas gdy pisarki żyją przez dekady; to okropne, ale nie aż tak. I to też część sedna sprawy – że najwyższa wartość sztuki zależy od innych, równie najwyższych wartości. A to burzy hierarchię wartości; „mężczyźni byliby w szoku…”
*
Przełożyła Justyna Bargielska. Redakcja językowa: Sonia Jaszczyńska, Marta Kolbuszewska
Pozyskanie licencji i komunikacja: Marta Kolbuszewska
**
Ursula K. Le Guin, „The Hand that Rocks the Cradle Writes the Book”, pierwszy raz opublikowano w: „The New York Times Book Review”, Nowy Jork 1989. Copyright © 1989 by Ursula K. Le Guin. Za zgodą Ursula K. Le Guin Literary Trusts
***
Ursula K. Le Guin – amerykańska pisarka, autorka książek SF i fantasy, w tym cykli Ziemiomorze i Ekumena, prekursorka feministycznej science fiction. Wielokrotnie nagradzana najbardziej prestiżowymi wyróżnieniami w dziedzinie literatury fantastycznej, Hugo i Nebula.





























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.