🪖 W sobotę 3 stycznia USA przeprowadziły operację militarną w Wenezueli, w wyniku której prezydent Nicolás Maduro i jego żona zostali schwytani i przewiezieni do USA.
📣 W Wenezueli ogłoszono stan wyjątkowy, a część władz za tymczasową prezydentkę kraju uznała dotychczasową wiceprezydentkę Delcy Rodríguez.
🌍 Wydarzenia wywołały szeroką reakcję międzynarodową, a operację potępiły m.in Chiny i Rosja. Administracja Trumpa grozi atakiem na kolejne kraje, takie jak Kuba czy Kolumbia.
Świat się zmienił. Czuję to w wodzie. Czuję to w ziemi. Czuję to w powietrzu.
Od tych słów Galadrieli zaczyna się słynna ekranizacja Władcy Pierścieni Petera Jacksona. Elfia królowa nie lokuje zmiany świata w jednym momencie, jednej dacie, po jednym wstrząsie. Zło nie wraca w postaci punktowego wydarzenia: odradza się powoli, w tle. Pierścień, który miał przynieść chaos i wojnę, przez stulecia leżał ukryty. Zanim został odnaleziony, na wschodzie narastał mrok, a w sercach mieszkańców Śródziemia odżywał niepokój.
Podobnie w naszym świecie, wiele osób od lat czuło narastający niepokój. To, co znaliśmy w XX wieku, odchodziło. Kiedy odeszło? Czy po drugiej wojnie w Zatoce? Po dojściu do władzy Xi Jinpinga? Czy po rosyjskiej inwazji na Gruzję? Może z dojściem do władzy Donalda Trumpa? Pewnie z każdym tym wydarzeniem odchodziło po trochu.
Aż w końcu przyszło kolejne z nich – nawet jeśli nie jest „pierwszą przyczyną”, to jest bardzo czytelnym symptomem. 3 stycznia 2026 roku Stany Zjednoczone przeprowadziły operację w Caracas i ujęły Nicolása Maduro. Donald Trump ogłosił, że USA będą „tymczasowo” „rządzić” Wenezuelą, a amerykańskie firmy mają odbudować tamtejszy przemysł naftowy.
Skończył się wiek ideologii, witajcie na koncercie mocarstw. Henry Kissingerze, żałuj, że tego nie dożyłeś!
Nikt już nawet nie udaje
Obejrzałem sobotnią konferencję Donalda Trumpa po schwytaniu Maduro. Prezydent USA mówił o „przejściowym administrowaniu” Wenezuelą i powtarzał, że amerykańskie firmy naftowe postawią kraj na nogi – w domyśle: postawią na nogi wydobycie, które ma sfinansować całą operację.
Zdecydowanie mniej czasu Trump poświęcił wyjaśnieniu, na jakiej podstawie Stany Zjednoczone ujęły głowę obcego państwa w jego stolicy. Oficjalny pretekst – walka z narkoprzestępczością wymierzoną w obywateli USA oraz zarzuty karne formułowane przez amerykańską prokuraturę. Jednocześnie warto przypomnieć: Maduro od dawna bywa nazywany dyktatorem, nie tylko przez Stany Zjednoczone; Unia Europejska odmawiała uznania jego legitymacji, zwłaszcza po wyborach w 2024 r., które powszechnie uznaje się za sfałszowane.
To jednak nie zmienia sedna: użycie siły na terytorium innego państwa i „wywiezienie” jego przywódcy bez międzynarodowego mandatu musi być ocenione jako naruszenie podstawowych zasad prawa międzynarodowego – i jako precedens, który podkopuje resztki wiary w instytucje porządku powojennego.
Co więcej, w trakcie konferencji Trump zapowiedział, że „amerykańska dominacja na zachodniej półkuli nigdy więcej nie będzie kwestionowana”. Tym samym przywołał imperialną doktrynę byłego prezydenta USA Jamesa Monroe’a z 1823 roku.
Doktryna opisywała podejście USA do Ameryki Centralnej i Południowej. Te miały być pod wpływem i kontrolą Stanów, nie państw europejskich. Deklaracja powrotu do niej została zresztą opisana już w głośnej Narodowej Strategii Bezpieczeństwa USA z listopada zeszłego roku. W sobotę Trump powiedział, że nie mamy już do czynienia z doktryną Monroe’a, a „doktryną Donroe’a”, jeszcze bardziej wiążąc się z tą wizją prowadzenia polityki międzynarodowej.
Agresja wobec Wenezueli to nie jedyne działania, które potwierdzają, że Waszyngton poważnie traktuje doktrynę Monroe’a. W podobny sposób możemy interpretować, chociażby wypowiedzi Trumpa wobec Grenlandii.
Chiny i Rosja zacierają ręce
Zarówno Chiny, jak i Rosja po amerykańskiej interwencji domagały się uwolnienia Maduro. Wenezuela pod jego rządami starała się utrzymywać dobre relacje z obiema stolicami. Stonowana reakcja i brak (do tej pory) realnego wsparcia ze strony Pekinu i Moskwy może więc osłabić zaufanie ich sojuszników. Jednak w długiej perspektywie agresja na Wenezuelę nie musi być dla nich złą wiadomością.
Trump delegitymizuje porządek międzynarodowy oparty na wartościach i suwerenności państw. Tymczasem zarówno Rosja, jak i Chiny mają roszczenia terytorialne – Rosja wobec Ukrainy, a Chiny wobec Tajwanu. Co więcej, merkantylne podejście Trumpa legitymizuje też ich kolonializm gospodarczy, chociażby wobec państw afrykańskich.
Pekin i Moskwa mogą dojść do wniosku, że teraz nie będą już musiały się tłumaczyć ze swoich działań. Albo chętnie dobiją z Trumpem „dealu” – uznaj nasze aneksje, a my zaakceptujemy to, co zrobiłeś w Wenezueli.
Jeśli pierwsza kadencja Trumpa w polityce międzynarodowej przebiegała pod znakiem nacisków na zwiększenie wydatków państw NATO na obronność, druga przebiega pod sztandarem osłabiania sojuszu. W tej sytuacji państwa europejskie zostają samotnymi obrońcami prawa międzynarodowego, które w coraz większym stopniu zdaje się iluzją.
No dobra, prawo międzynarodowe w pewnym sensie zawsze było iluzją. Ale iluzje działają i realnie wpływają na rzeczywistość, dopóki jest uznawane powszechnie. Gdy przestaje być uznawane przez najważniejszych uczestników systemu, do końca zdają się wierzyć w nie ci najsłabsi, którzy liczą, że ich ochroni.
Powrót do koncertu mocarstw i tego konsekwencje
Jedna sprawa – to, że dziś wrócił koncert mocarstw, nie oznacza, że nie mieliśmy imperiów w wieku XX. Różnica była jednak istotna. ZSRR i USA były imperiami w służbie ideologii, za to współczesne Stany Zjednoczone, Chiny i Rosja są imperiami posługującymi się ideologią.
Uświadomienie sobie, że zasady rządzące porządkiem międzynarodowym się zmieniły, to pierwszy krok. Drugi to zapytanie: co to dla nas znaczy? Jakie praktyczne konsekwencje powinniśmy wyciągnąć jako lewicowcy, liberałowie, centrowcy, tradycyjni konserwatyści, chadecy, Polacy i Europejczycy?
Po pierwsze, powinniśmy traktować zjawiska, które często traktujemy jako politycznie przezroczyste lub samoistne, jako potencjalne narzędzia w służbie obcych interesów. Dwa pierwsze, które przychodzą mi na myśl, to wzrost uzależnienia od gigantów technologicznych i powstanie prawicowej międzynarodówki spod znaku MEGA.
Wpływy technofeudałów, jak ich nazywa m.in. Janis Warufakis, musimy poważnie zacząć traktować jako zagrożenie dla naszej suwerenności i gospodarczy kolonializm. Nasza administracja pracuje na Microsofcie, wszyscy korzystamy z infrastruktury sieciowej Google’a i Amazona, prawie wszyscy korzystamy z narzędzi METY czy produktów OpenAI.
Technofeudałowie wydają ogromne pieniądze na lobbing w Brukseli i – znacznie mniejsze – na lobbing w Warszawie. Wspierają ich w tym amerykańscy dyplomaci. Cyfrowe monopole podważają kapitalizm. Kapitał może i kiedyś nie miał narodowości, teraz jednak ma na pewno.
W związku z tym może powinniśmy zacząć traktować big techy mniej jak McDonalds’a, a bardziej jak Kompanię Wschodnioindyjską, działającą w rzeczywistości niefizycznej. A może jest tak, że sytuacja międzynarodowa jest na tyle skomplikowana, że kontrola nie wystarczy i potrzebujemy własnych big techów.
Z kolei wzrost europejskiej alternatywnej prawicy, zwanej czasem ruchem MEGA (Make Europe Great Again) większość chyba wciąż traktuje jak zjawisko samoistne, moment dziejowy. Od Paryża przez Berlin, Londyn czy Warszawę – ruchy antyunijne i antysystemowe rosną w siłę. Łączy je mniejszy lub większy proamerykanizm. Sympatia jest wzajemna, co wyraża inny technofeudał, Elon Musk, wspierając np. niemieckie AfD.
W tym kontekście ciekawą myśl zaproponowali prowadzący podkastu Dwie Lewe Ręce – ruchy alternatywnej prawicy przypominają nową Międzynarodówkę, ale inspirowaną z Waszyngtonu zamiast Moskwy. Przy takim zramowaniu uzasadniony wydaje się wniosek, że polityków w rodzaju Dominika Tarczyńskiego należy uznawać za amerykańskich agentów wpływu. Co nie zrównuje ich oczywiście z rosyjskimi agentami wpływu, Stany Zjednoczone to wciąż nasz sojusznik bliższy naszym wartościom niż Rosja. Lecz taka perspektywa pozwoli spojrzeć na scenę polityczną świeższym okiem.
A dlaczego USA zależy na osłabianiu Unii Europejskiej? Jeśli rzeczywiście mamy do czynienia z koncertem mocarstw, odpowiedź jest oczywista – bez Unii Stany i big techy mogłyby negocjować z państwami europejskimi z pozycji siły, rozgrywając je przeciwko sobie i oszczędzając na działalności lobbingowej.
Nastały trudne czasy dla romantyków i zwolenników zasad moralnych w polityce międzynarodowej. Co gorsza, wchodzimy w nie słabi i podzieleni. Jeśli cenimy wartości, które czasem nazywamy europejskimi, powinniśmy zrozumieć, że w naszym interesie jest coś dziś niepopularnego: radykalne zwiększenie integracji europejskiej, ujednolicenie polityki międzynarodowej i stworzenie europejskiej armii. I to jest moje realpolitik.
**
Kastor Beck-Kużelewski – członek Stowarzyszenia im. Stanisława Brzozowskiego. W przeszłości analityk w Polityce Insight i pracownik Krytyki Politycznej.





























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.