Kilkaset dużych bloków w Kijowie nie ma prądu i ogrzewania, a często też wody, której nie pompują elektryczne pompy. Mer Witalij Kliczko, któremu brak przygotowania wytknął prezydent Zełenski, przyznaje, że tej zimy sytuacja jest gorsza niż w poprzednich latach, kiedy Rosja również próbowała wykorzystać okres zimowy do łamania morale ukraińskich cywilów.
Od pełnoskalowej agresji na Ukrainę jesienią i zimą każdego roku Rosja intensyfikuje ostrzały ukraińskich elektrowni i elektrociepłowni. W tym roku, inaczej niż w latach poprzednich, rosyjskiej taktyce sprzyja pogoda – duże mrozy i opady śniegu, które same dokładają się do zrywania linii energetycznych. Tysiące ludzi marznie więc w tę piękną zimową pogodę w swoich domach i mieszkaniach. U jednych temperatura wynosi 15 stopni, u innych 12. Zależy to też od położenia mieszkania, ale na dłuższą metę wszystkie odcięte od ogrzewania budynki się wychładzają, na oknach rośnie szronowy wzór.
Kijowianie i kijowianki radzą sobie, jak umieją. Towarem pierwszej potrzeby są świeczki i zapałki, czasem pomagają cegły, zwłaszcza szamotowe, które akumulują ciepło. Na filmikach z Kijowa często można zobaczyć takie mini-piece, czyli konstrukcję z kilu cegieł, pod którą palą się świece. Podobnie zasobem strategicznym są wszelkiego rodzaju turystyczne butle i kuchenki gazowe, ale używane w nadmiarze niosą ze sobą ryzyko pożaru. Nieprawidłowe użycie agregatów prądotwórczych doprowadziło już niestety do kilku przypadków śmiertelnych.
Spać pomagają termofory. Jeśli ktoś nie ma profesjonalnego, to łatwo go zrobić z plastikowych butelek. Kijowianie nalewają do nich gorącej wody i kładą pod kołdrę, by dało się przespać noc – o ile w ogóle można bezpiecznie przespać noc w domu, bo alarmy przeciwlotnicze regularnie zmuszają do chodzenia do schronów (choć większość ludzi już nie ma na to siły i zadowala się spaniem w korytarzu lub łazience, w myśl zasady podwójnej ściany). Ponieważ spędzanie czasu po ciemku i w chłodzie to wyzwanie nie tylko dla ciała, ale też dla ducha, mieszkańcy ukraińskiej stolicy starają się łączyć przyjemne z pożytecznym i na swoich osiedlach palą większe ogniska, którym towarzyszą sąsiedzkie pikniki.
Wracają wspomnienia z końca lat 80. i początku 90. Przywykliśmy myśleć o rozpadzie ZSRR jako o procesie terytorialnym, z którego wyłoniły się niepodległe państwa, ale zanim do tego doszło, ten system rozpadał się od środka. Wówczas niezdolność struktur państwa do zapewniania podstawowych towarów doprowadziła do poważnych skutków politycznych. Różnica między wtedy i dzisiaj jest taka, mówią Kijowianie, że wtedy rozkład trawił również społeczeństwo. Panowała wrogość, agresja i zupełny brak zaufania. A dzisiaj, mimo trudności, Ukraińcy są społeczeństwem skonsolidowanym jak nigdy.
Podobny kryzys co mieszkańców Kijowa dotknął też Rosjan w przygranicznym Biełgorodzie. Tam ostrzały z ukraińskiej strony, które w ramach odpowiedzi na działania Rosji również celowały w infrastrukturę energetyczną, doprowadziły do masowego blackoutu w mieście i regionie.
Tymczasem w Moskwie hulaj dusza, piekła nie ma. Najważniejszy stoliczny news to impreza na zaspie. Co roku, gdy nawali śniegu, w okolicy jednego z centralnych placów Moskwy rośnie dwupiętrowa śnieżna zaspa, bo służby komunalne zwożą tu śnieg z okolicznych ulic. A ponieważ w tym roku śnieg dopisał także w Moskwie i w ostatni weekend okresu świątecznego, który w tym roku trwał w Rosji od 1 do 11 stycznia, mieszkańcy stolicy licznie odwiedzali „śnieżną diunę”, co przerodziło się w spontaniczną imprezę. Zorganizowano nawet koncert.
Jako że rosyjskie władze są bardzo wyczulone na sytuację, kiedy więcej niż jedna osoba spotyka się w tym samym miejscu, zaspa trafiła na czarną listę. Imprezę zakończyła policja, a po chwili ciężki sprzęt przystąpił do dekompozycji „śnieżnej diuny”.
Zabawa na śnieżnej zaspie to piękna wersja metafory o balu na Titanicu. Bo gdy moskiewska młodzież bawiła się szampańsko na górce, Rosja w nowym roku pewnym krokiem weszła w fazę upadku – na pewno upadku iluzji o swoim mocarstwowym statusie. Kreml stracił sojusznika w Wenezueli, a zarazem przyczółki w Ameryce Łacińskiej. Kończy się zaprzyjaźniony reżim w Teheranie – niezależnie od rezultatu obecnych protestów nie ma złudzeń, że islamska republika w Iranie cieszy się jakąkolwiek społeczną legitymacją, a to prędzej czy później doprowadzi do jego obalenia. Rosja może się więc pożegnać z wpływami na Bliskim Wschodzie.
Na tym nie koniec, bo na neutralnych wodach Atlantyku Amerykanie siłowo zajęli tankowiec, który wymalował sobie rosyjską banderę, a płynące mu na pomoc rosyjskie okręty wojenne nie zareagowały. Rosyjscy radykałowie nie mają złudzeń, że wszystko się sypie. Wojna w Ukrainie trwa już dłużej, niż trwała wojna Hitlera i Stalina w latach 1941–1945, czyli tzw. wielka wojna ojczyźniana, stanowiąca centralny mit rosyjskiej tożsamości w epoce putinowskiej. „Możemy powtórzyć” – czyli dojść z armią do Berlina, jak nas Zachód nie będzie szanować – to był główny slogan tej epoki. Okazało się jednak, że o żadnej powtórce nie ma mowy. Rosyjska armia po 1418 dniach wyhamowała przy Pokrowsku.
„Może i Trump będzie dzielić Europę, ale nie z nami” – takie pełne goryczy wpisy można znaleźć w prowojennym segmencie rosyjskiego internetu. Albo: „Demonstracja siły niepoparta realną siłą zamienia się pośmiewisko”.
Pobudka ze snu o odbudowie imperium jest nerwowa; nie brakuje gorzkich słów i manewrów odciągających uwagę. To dlatego naczelny propagandysta Sołowjow wykrzykuje w swoich programach, że podobną do wenezuelskiej operację Rosja powinna przeprowadzić w Armenii. Bo ta, faktycznie zdradzona przez Rosję w konflikcie z Azerbejdżanem o Górski Karabach, odsuwa się od swojej tradycyjnej patronki i szuka wsparcia na Zachodzie, a jak na razie mediatorem w procesie pokojowym między Erywaniem i Baku jest Trump, nie Putin.
Można też wystrzelić Oresznik, czyli rakietę balistyczną zdolną do przenoszenia ładunków jądrowych, we Lwów, by przypomnieć Zachodowi, zaaferowanemu kolejnymi awanturami Trumpa, o swoim istnieniu.
Putin zapadł się pod ziemię i nie komentuje tych wszystkich ciosów, które raz po raz spadają na niego, odkąd w kalendarzu rok zmienił się z 25 na 26. To dla niego typowe – zawsze, gdy sytuacja nie szła po jego myśli, przeczekiwał w milczeniu. Tymczasem na światowej arenie tylko Trump, Trump i Trump. I choć Rosja jest słaba jak nigdy od czterech lat, z czego trudno się nie cieszyć, to nowy międzynarodowy gwiazdor chaosu nie wróży nam nic dobrego.





























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.