Świat

Buras: Na kryzys tylko Merkel

„Keine Experimente!” – powiedzieli Niemcy, o mały włos pozwalając CDU zdobyć absolutną większość w wyborach.

Zwycięstwo wyborcze niemieckich chadeków nie jest zaskoczeniem. Nie spodziewano się jednak scenariusza, w którym byliby aż tak blisko absolutnej większości. Zabrakło zaledwie pięciu mandatów, aby nastąpił precedens na skalę półwiecza – ostatni raz bowiem tak wielką przewagę nad przeciwnikami uzyskał w 1957 roku kanclerz Konrad Adenauer ze swym słynnym hasłem Keine Experimente!

Mało kto przewidział również, że liberałom z FDP nie uda się przekroczyć progu wyborczego – tymczasem ponieśli dramatyczną klęskę, tracąc niemal 10 procent poparcia w stosunku do wyniku sprzed czterech lat. Kształt przyszłej koalicji – czarno-zielonej (CDU/CSU-Zieloni) bądź, co bardziej prawdopodobne, czarno-czerwonej (CDU/CSU-SPD) – jest w tej sytuacji niepewny, a najciekawsza rozgrywka może być dopiero przed nami.

O kanclerz Angeli Merkel mówi się jako o prawdziwej triumfatorce wyborów, co nie oznacza automatycznie triumfu CDU ani tym bardziej koalicji: wymowny jest wynik niedawnego sondażu, zgodnie z którym zaledwie jedna czwarta Niemców życzyła sobie kontynuacji rządów koalicji CDU/CSU-FDP, ale za to aż 57 procent chciało, aby pani kanclerz pozostała na swoim stanowisku. Udało jej się skutecznie zaprezentować w roli symbolu udanej dekady – mimo rosnących nierówności niskie bezrobocie i wciąż niezła koniunktura w dobie kryzysu pozwalają łaknącym spokoju i stabilności Niemcom traktować ostatnie lata jako wyjątkowo dobre.

Można oczywiście wskazywać, że kanclerz miała sporo szczęścia, a pozytywne (bo były i negatywne) skutki reform społeczno-gospodarczych to nie tylko jej zasługa; nie zmienia to faktu, że w potocznym odbiorze Niemców uchodzi za liderkę, która bezpiecznie prowadzi kraj przez meandry kryzysu. Kłopot polega na tym, że sukces w poprzedniej dekadzie nie gwarantuje bynajmniej dobrych pomysłów na kolejną – a w sprawie planów na przyszłość Angela Merkel wypowiada się wyjątkowo oszczędnie. Hasłem przewodnim kampanii była po prostu kontynuacja: „Niemcy są silne i takie mają pozostać”.

Zdaniem niektórych Angela Merkel nie bardzo miała z kim przegrać. Wskazywano przede wszystkim na liczne błędy kampanii socjaldemokratów, których kandydat wydawał się początkowo mało przekonujący, a wręcz niewiarygodny jako dawny zwolennik reform Agendy 2010, dziś głoszący mocne postulaty socjalne. Problem tkwił jednak nie tylko w PR-ze: SPD nie potrafiła zdyskontować faktu, że jest istotną współautorką tych samych sukcesów gospodarczych (jako uczestniczka „wielkiej koalicji” w latach 2005–2009), które pomogły kanclerz w zwycięstwie – np. skutecznych pakietów koniunkturalnych na początku kryzysu. Trudno też było SPD zaprezentować się w roli „alternatywy”, skoro główny kurs polityki europejskiej Angeli Merkel socjaldemokraci (z niewielkimi zastrzeżeniami) dotychczas popierali. Sama kanclerz pod koniec kampanii poczyniła sporo „socjaldemokratycznych” obietnic, a do tego jeszcze propozycje podwyżki podatków dla najzamożniejszych przestraszyły, nawet jeśli bezpodstawnie, przede wszystkim klasę średnią.

Jeśli chodzi o partię Zielonych, to trudno wybory te nazwać inaczej niż klęską – choć daleki jestem od satysfakcji z tego powodu. Można bowiem stwierdzić, że partia ta miała naprawdę wyrazisty program, zdecydowanie mówiła o konieczności podwyżki podatków, o rosnących nierównościach, o konieczności pogłębienia i demokratyzacji tzw. zwrotu energetycznego – i za to właśnie została ukarana. Wyborcy Zielonych początkowo byli za podwyżkami podatków, bo po ogłoszeniu programu wyborczego notowania partii skoczyły w górę; z czasem jednak – podobnie jak w przypadku elektoratu SPD – zaczęli obawiać się własnych strat.

Opowieść o konieczności ściągnięcia przez państwo więcej pieniędzy od obywateli, aby je potem zainwestować, jest zawsze kontrowersyjna, choć akurat elektorat lewicy powinien być jej bardziej przychylny. Debata o podwyżce podatków jest w Niemczech jednak o tyle trudna, że dziś wpływy z podatków są bardzo wysokie; nie wiadomo jednak, jak będą wyglądały w razie (spodziewanego) pogorszenia koniunktury.

Nieprzekroczenie progu wyborczego przez FDP i dobry wynik Alternatywy dla Niemiec (AfD) to jeszcze nie przełom w niemieckiej polityce, ale niewątpliwie symptom ważnego zjawiska. AfD skanalizowała narastający w Niemczech – choć jeszcze nie do dramatycznych rozmiarów – eurosceptycyzm i uzyskała, przynajmniej jak na niemieckie standardy, wysokie poparcie w bardzo krótkim czasie. Ale, podkreślam, to nie przełom, bo ten nastąpiłby dopiero wówczas, gdyby załamał się proeuropejski konsensus największych partii politycznych i ich zgoda w kwestii celowości (choć już niekoniecznie metod) ratowania strefy euro.

Konkludując: wybory do Bundestagu nie przyniosą Niemcom jakiegoś wielkiego zwrotu zwrotu politycznego.

Dla polityki europejskiej zmiana koalicji może mieć jednak znaczenie – a chyba najkorzystniejszym dla Niemiec i dla Unii rozwiązaniem byłby sojusz CDU/CSU z SPD.

Dawałaby ona nadzieję na odblokowanie choć części agendy socjaldemokratycznej, w tym programu inwestycji publicznych, zwłaszcza w mocno zaniedbaną infrastrukturę, który pociągnąłby za sobą dalsze inwestycje prywatne, wspomógł popyt wewnętrzny, a w konsekwencji sprzyjał koniunkturze w całej Europie (ułatwiając np. eksport z innych krajów do Niemiec). W ramach koalicji czarno-czerwonej chadecy mogliby swobodnie taki program zaakceptować.

Jeśli chodzi o działania antykryzysowe, to wszystko wskazuje na to, że w Niemcy nie będą blokować kolejnych transz pomocy dla Grecji. Polepszają się perspektywy stworzenia europejskiej unii bankowej (w tym wprowadzenia mechanizmu kontrolowanej upadłości), niewykluczona jest nawet jakaś forma anulowania części długów Południa. Ich uwspólnotowienie również, choć musiałoby ono prawdopodobnie nastąpić w sposób „okrężny” – ze względu na ograniczenia prawne (Trybunał w Karlsruhe), ale także samą opinię publiczną. Krótko mówiąc, Niemcy drobnymi krokami i niezbyt ostentacyjnie realizować będą to, czego większość Europy od nich oczekuje.

Oprac. Michał Sutowski

Piotr Buras – dyrektor Warszawskiego Biura Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych (ECFR)

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij