Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Czy w czasie wojny można chodzić do parku?

Wygadani przedstawiciele prawicy i inni, którym się zdaje, że na wojnie cały naród bieży do okopów, by stamtąd ciskać we wroga zdrowaśkami i odłamkowymi, nie mogą się nadziwić, że w Ukrainie – obok tego, że jest wojna – ludzie po prostu żyją. A nawet chodzą do kina.

ObserwujObserwujesz
Kijowianie fotografują kwitnące magnolie w parku Szewczenki
Celnie!

1

Sympatycy Rosji oraz osoby z natury przekorne wobec tego, co mogą usłyszeć i przeczytać w tak zwanych mediach głównego nurtu, próbują nam wmówić, że oto jesteśmy przez Ukraińców nabierani – działamy w spreparowanej przez nich iluzji horroru, jakiego oni rzekomo doznają od czterech lat.

Bo jest przecież wojna i płonie Donbas, a ktoś w Żytomierzu uśmiał się do rozpuku, gdy opowiedziano mu dobry żart. Jest wojna, Rosjanie zajęli Hulajpole, a w Kijowie działają kluby nocne, młódź w najlepsze dokazuje. Jest wojna, zbombardowano Połtawę, a w Kołomyi pacany kręcą się pod sklepikiem, dziewczyny robią selfiaki i malują rzęsy, obywatele wychodzą na miasto załatwiać liczne sprawy.

Jest wojna, w Odesie stoi pociąg-chłodnia z ciałami zabitych, niezidentyfikowanych jeszcze ukraińskich żołnierzy, a tu filmik z weekendowej zabawy w kurorcie, ktoś wrzucił zdjęcia z Dubaju czy Paryża, plażowicze nad Dnieprem i raverzy na śniegu. Furczą auta, wręcz – fury, ktoś się w kimś zakochał, rodziny odwiedzają się wzajemnie dalekobieżnymi pociągami, chodzi się na grzyby, zajada popcorn w kinach. Widziano też grupkę zażywnych Ukraińców w Oszonie, Krakowie i Castoramie. Armia rosyjska 30 kilometrów od Charkowa, a nie wszyscy mieszkańcy Charkowa na charkowskiej linii obrony – w bunkrach i umocnionych posadkach. Jak tak można?!

Czytaj także Naprawdę zimna wojna: Ukraina w ciemnościach, Rosja na bocznicy Paulina Siegień

Ano można. To Polak, zwłaszcza prawicowy, wykarmiony po uszy granulatem bohaterszczyzny imaginuje sobie wojnę i okupację jako równy ciąg dni – setek, tysięcy – wypełnionych od świtu po zmierzch zamachami, sabotażem, Wizną, walną bitwą warszawską i atakami na PAST-ę. Stąd w prawicowych kręgach oczekiwanie, żeby wszyscy Ukraińcy, w tym dzieci, kobiety i starcy, natychmiast wylegli na przedpola obleganych miast i wsi, by taranować ruskie drony, kompanie i czołgi. A przynajmniej, żeby cały naród siedział w namokłych okopach, a nie u siebie w domu, na kanapie. Bo tak przecież walczyli nasi przodkowie!

Dlatego dla ochłody rozpalonych wojowniczych czół polecam zawsze Pamiętnik z powstania warszawskiego Białoszewskiego, Powstanie na Żoliborzu Buczkowkiego czy Dziennik okupacyjny Rembeka. Z tych lektur można się bowiem dowiedzieć, jak ochoczo i gremialnie walczono, oraz że gorączkowa krzątanina za „tłuszczami” (autor W polu nazywa tak mięso) zabierała więcej czasu niż skręcanie filipinek i rozkręcanie torów.

Kolumbowie Bratnego zaświadczają o tym, że nastolatkowie-patrioci nie gadali w kółko o rychłym odbiciu stolicy, ale też na przykład grali w siatkówkę. Warto zajrzeć ponadto do któregoś z kilku albumów z fotografiami Henryka Rossa, który po kryjomu dokumentował funkcjonowanie getta w Łodzi i prócz rozdzierających scen wywózek, przemocy, biedowania i rozłąki uwiecznił również ludzi roześmianych, bawiących się z dziećmi albo polegujących na trawie gdzieś latem na Marysinie.

Jeśli komuś wciąż nie dość przykładów, że da się funkcjonować pod bombami niejako „po staremu” tudzież nie myśleć wyłącznie o wrogu u bram, radzę sięgnąć po wspaniały Dziennik braci de Goncourt, w którym Edmund, kontynuujący dzieło po nagłym zgonie Juliusza, zamieścił osobistą relację z oblężenia Paryża przez Prusaków na przełomie 1870 i 1871 roku.

19 września 1870 Edmund zanotował: „kanonada przez cały ranek”. Tłumaczka, Joanna Guze, opatrzyła tę notę stosownym przypisem, „tego samego dnia wieczorem trzecia i czwarta armia niemiecka połączyły się ze sobą i otoczyły Paryż”. Niecały tydzień później, przez który to tydzień Goncourt a to „włóczył się”, a to był u kogoś na obiedzie, a to pojawił się wieczorem na bulwarach, smutna konstatacja: „Jadłospisy w restauracjach coraz uboższe. Wczoraj podawano ostatnie ostrygi; z ryb pozostały tylko węgorze i kiełbie”. A także: „wszystkie sklepy zamknięte”.

W niedzielę 25 września Edmund spaceruje nad Sekwaną: „Nadal są tu spokojni wędkarze, ale teraz wszyscy noszą kepi Gwardii Narodowej”. Dalej: „na placu Panteonu, w miejscach gdzie zerwano bruki, małe dziewczynki z drżeniem ćwiczą się w akrobacji”.

W drugim tygodniu października zaczyna się racjonowanie żywności, a mieszkańcy czują się upokorzeni klęskami armii francuskiej, mimo to z fascynacją „śledzą tory pocisków, które wystrzeliwane kolejno z fortów Issy i Vanves, krzyżują się nad wzniesieniem i laskiem Clamart”. Chętnych na to widowisko nie brakuje: „ludzi jest mnóstwo, schody Trocadéro czarne od ciekawskich”.

Gdy w styczniu 1871 roku ruszy ostrzał miasta doda, iż „widok ostrzeliwanej dzielnicy zastąpił teatr”. Wprawdzie rzeczywistością Paryżan będzie wówczas „zimno, ostrzeliwanie, głód”, to jednak 7 stycznia wyzna również: „Cierpienie Paryża podczas oblężenia? Śmiech przez dwa miesiące. W trzecim śmiech przemienił się w niedostatek. Dzisiaj koniec żartów. […] Dwa miliony ludzi zamknięto w tak doskonałym więzieniu” – to o Paryżu jesienią 1870 roku.

Czytaj także „War-life balance”. Jak żyć normalnie, gdy wokół trwa wojna Anna Mikulska

Zimą roku następnego, w drugim tygodniu stycznia, Edmund nie ustaje w peregrynacjach i obserwacji. „Przeszedłem się po ostrzeliwanych dzielnicach Paryża. Ani przerażenia, ani lęku. Wszyscy wyglądają, jakby żyli normalnym życiem. W kawiarniach najspokojniej wstawiono szyby, które wypadły od detonacji pocisków. Tyle tylko, że wśród przechodniów widać na przykład pana niosącego ścienny zegar; i pełno wózków ręcznych, którymi ku centrum miasta przewozi się ubogie meble, pośrodku których leży czasem stary kaleka”. Jest to dopełnienie jego myśli sprzed kwartału. „Zdumiewające, jak człowiek przyzwyczaja się do życia odmierzanego kanonadą – dalekim pomrukiem, strasznym świstem, silną wibracją powietrza”.

Owszem, Ukraina toczy bój nie tylko z agresorem, ale i z własnymi słabościami – korupcją, dezercjami, bananami, którym znajomości lub kasa pozwalają wyreklamować się z wojska, niekompetencją i głupią brawurą niektórych dowódców. Ale nie można się dziwić, a tym bardziej czynić z tego zarzutu i hejterskiego oręża, że Ukraińcy, niczym „rybak znad jeziora Mutiewo” z Czewengura Płatonowa, pragną również „pożyć w śmierci” – bawić się, doznawać i bywać pomimo grozy i aby grozę pokonać.

*
Źródła cytatów:
Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik. Pamiętniki z życia literackiego, przeł. J. Guze
Andriej Płatonow, Czewengur, przeł. I. Maślarz, J. Szymak-Reiferowa

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie