Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Dlaczego antyszczepionkowcy nie tworzą sztuki nowoczesnej

„Bugonia", reż. Jorgos Lantimos

Wspaniałość „Bugonii” Jorgosa Lantimosa polega na ostatnich minutach filmu, które wciąż przynoszą więcej pytań niż odpowiedzi. Bo co, jeśli najgorsi ludzie jakich znamy, okupujący najniższe szczeble drabiny społecznej, mają rację?

Emma Stone w najnowszym filmie Yorgosa Lanthimosa "Bugonia" Recenzja
Walka

W poprzedniej dekadzie nie tylko popkultura znalazła się w epoce zaskakiwania odbiorcy spektakularnymi crossoverami i zszywania pozornie niemających ze sobą wiele wspólnego elementów w jedno połączone uniwersum. Dokładnie temu samemu procesowi został poddany gromadzony przez dziesiątki lat zasób teorii spiskowych.

Polityczna eksplozja prawicowego populizmu, poczucie końca hegemonii liberalnego globalizmu i pierwszy w historii cywilizacji informacyjny anarchizm, w którym masowo można było wziąć swój destrukcyjny udział przy pomocy smartfona, wywołały również – na drugim planie do wydarzeń politycznych, na froncie wojowników klawiatury – zjawisko spiskowej syntezy. Od hipotez o UFO, przez zafałszowaną historię ludzkości i tajne stowarzyszenia elit, aż po big pharma i zabójcze szczepionki – wszystko nie tylko było nagle prawdziwe, ale mogło być prawdziwe jednocześnie, jako spójna alternatywna teoria świata – w dodatku z pierwszą tak intensywną artykulacją w życiu społecznym i politycznym.

Jeżeli nasi potomkowie spróbują kiedyś w ramach badań historycznych odtworzyć archetyp czołowych wojowników klawiatury tej ery, to pewnie będzie on bliski Teddy’emu, protagoniście Bugonii, nowego filmu Jorgosa Lantimosa. Niestroniący od czarnego humoru i stawiania swoich bohaterów w wyciskających z nich karykaturalne prawdy sytuacjach Lanthimos remake’uje Bugonią południowokoreańską komedię science-fiction Save the Green Planet! i opowiada historię o dwóch fanatykach teorii spiskowych porywających CEO jednej z największych firm na świecie, którą podejrzewają o pozaziemskie pochodzenie.

Czytaj także Mniej głośne filmy i seriale z 2025 roku, które warto nadrobić Jakub Majmurek

Niechluj w króliczej norze

Teddy (Jessie Plemons) nie tylko wygląda, jakby dosłownie wygrzebał się przed dziesięcioma minutami z ziemi – równocześnie jest być może najbardziej przerysowanym i wyczerpującym nawarstwieniem archetypów wokół postaci modelowego fanatyka teorii spiskowych, które udało się powołać do życia we współczesnym kinie.  Wizualnie Teddy jest odpychający pod każdym względem: dziwacznie zmanierowany, lekko niedomyty, widocznie przepocony, rachityczny, pozbawiony jakiegokolwiek komunikacyjnego i emocjonalnego ciepła. To typowy egzemplarz amerykańskiego white trash, mieszkający w pozostawionym przez rodziców obskurnym domu na prowincji wraz z dużo bardziej poczciwym, ale zdecydowanie intelektualnie opóźnionym kuzynem Donem (Aidan Delbis). Sam ucharakteryzowany z pełną świadomością na kogoś, kto przez klasę średnią byłby co najwyżej traktowany w kategoriach ludzkiego robala (wcale nie tak odległego od pamiętnego robala-antagonisty z Facetów w czerni) Teddy fascynuje się nurkowaniem w królicze nory (być może stąd ten wygląd?) teorii spiskowych i hodowlą owadów – a konkretnie pszczół, których obumieranie uważa za rezultat spisku kosmitów.

Lanthimos jest krystalicznie precyzyjny i bezlitosny w tym, jak na poziomie powierzchownego, intuicyjnego pierwszego wrażenia chce przedstawić dwóch bohaterów, którzy postanawiają zawalczyć o wolność rasy ludzkiej w obliczeniu zagrożenia obcej cywilizacji z innej galaktyki. Nawet najbardziej wrażliwych społecznie widzów stawia w niekomfortowej wobec siebie samych sytuacji biologicznego niemal obrzydzenia.

Teddy i Don to osoby, których odruchowo ominąłbyś na ulicy – jeżeli nie z zatkanym nosem, to przynajmniej z zadartym. Są oni jednocześnie wyrazem politycznej atmosfery i klasowego kontekstu, w którym w masowej wyobraźni politycznej są dzisiaj osoby szczerze zaangażowane w społeczność teorii spiskowych. W latach 90. archetypicznym spiskowcem mógł być sympatyczny, przystojny, charyzmatyczny Fox Mulder z serialu Z archiwum X. Teorie spiskowe nie były wtedy istotnym punktem w układzie politycznej polaryzacji. Współczesne wyobrażenie podobnego bohatera jest pod każdym względem radykalnie odmienne.

Final girl z Teksańskiej masakry

Po drugiej stronie starcia o losy ludzkiej cywilizacji jest Michelle Fuller (Emma Stone); prezeska wielkiej międzynarodowej korporacji farmaceutycznej, być może nawet – jak sugeruje film – jedna z najbardziej wpływowych osób na świecie. W sensie materialnym Fuller ma wszystko: władzę, pieniądze i zdjęcie z Michelle Obamą w gabinecie. Prywatnie nie obchodzi jej wiele więcej. Jest zimna, wyrachowana, całkowicie pochłonięta ambicjami. Niezbyt lubi tę całą ideologię woke, ale przed kamerami określa się jako wielka zwolenniczka różnorodności.

Fuller jest dla Teddy’ego i Dona osobą kompletnie z innego świata. Po pierwsze klasowym, po drugie – ontologicznym. Teddy i Don porywają Michelle w przekonaniu, że jest ona tak naprawdę przedstawicielką rasy obcych z galaktyki Andromedy, która stopniowo niszczy ekosystem Ziemi i próbuje doprowadzić ludzkość do zagłady.

Emma Stone w Bugonii zwyczajowo błyszczy, ale w trochę innym sensie niż w pozostałych filmach Lanthimosa. Grana przez nią bohaterka zostaje kreskówkowo wręcz poturbowana przez fabułę filmu, w trakcie której zostaje porwana, uwięziona w piwnicy rodzinnego domu Teddy’ego oraz torturowana – z final girlboss patokapitalizmu przepoczwarzając się w final girl rodem niczym z karykaturalnego slashera w typie Teksańskiej masakry piłą mechaniczną, która, wygolona na łyso i mimowolnie ubrana w ciuchy matki Teddy’ego, próbuje uciec od swoich psychopatycznych oprawców.  Żeby tego dokonać, Fuller akceptuje grę Teddy’ego, z coraz większą immersją wchodząc w szczegółowo zaprojektowaną rolę imperatorki kosmitów z galaktyki Andromedy.

Postać grana przez Stone nawet na chwilę nie próbuje jednak złapać choćby oddechu psychologicznej autentyczności, zajrzenia za kotarę okazywanego strachu, nawet w momentach ekstremalnego przytłoczenia żonglując kolejnymi maskami. Jednocześnie w żadnej chwili nie ma wrażenia, że jest to rola płytka czy powierzchownie efekciarska.

Czytaj także Współczesna telewizja ma problem z fantastyką naukową Michał Ochnik

Czy najgorsi ludzie jakich znamy mają rację?

Wyjątkowość filmu Lantimosa polega na tym, że w żadnym momencie nie wypuszcza on widza z uścisku, z którym narzucona jest mu perspektywa jednoznacznej intelektualnej wyższości nad światopoglądem, w który święcie wierzy Teddy. Na hipotezę Teddy’ego dotyczącą prawdziwej tożsamości Michelle Fuller – która, nawet gdyby była prawdziwa, nie może być przecież prawdziwa w takich szczegółach, w jakiej on mógłby ją ustalić – film każe nam patrzeć nie tylko z punktu widzenia racjonalnej wyższości, ale również wyższości estetycznej; odruchowego poczucia cudzej śmieszności.

Teddy – a w mniejszym stopniu łatwo manipulowany przez niego Don – jest nie tylko zwyczajnie głupi i nieposiadający intelektualnych możliwości, by swoją teorię zweryfikować. Jest także odpychający, zarówno fizycznie, jak i moralnie. Czy jest pokrzywdzony – pośrednio przez działania korporacji, której szefuje Fuller? Ten wątek także się pojawia, jest zresztą fantastycznie rozegrany wizualnie – Teddy ma wizję swojej matki unoszącej się niczym trzymany przez niego balon z helem, nakłuty tysiącami igieł niczym jeżozwierz. Oglądając te sceny aż chce się zadać pytanie: dlaczego antyszczepionkowcy i inni fani teorii spiskowych nie tworzą sztuki nowoczesnej? Potencjał wizualnego spektaklu byłby w zderzeniu tych teorii z językiem sztuki współczesnej wręcz nieprawdopodobny.

Jednak nawet przyjmując perspektywę społecznej wrażliwości i czytając postawę raz zachowania Teddy’ego jako efekt klasowego, społecznego  wykluczenia – nie da się wziąć na poważnie snutych przez jego teorii. Nie da się uwierzyć w to, co wierzy on sam. Teorie spiskowe – tak jak je bada współczesna socjologia, lewicowa popkultura, polityczna publicystyka – są w najlepszym razie traktowane jako objaw jakiejś choroby naszego świata. Nawet jeżeli mamy empatię do osób, które je wyznają, nie traktujemy ich poważnie. Są zbyt odklejone, prawda?

Bugonia idzie tym utartym już przecież szlakiem do ostatnich minut, sprawiając wrażenie może trochę nawet zbyt kreskówkowej krytyki klasowych źródeł powstawania teorii spiskowych. Ale Lanthimos nie poprzestaje na takim banale. Jako wirtuoz społecznego spektaklu opartego (zwłaszcza w swoich wcześniejszych filmach) na oszczędnym filmowym języku, potrafiący pojedynczymi scenami, na przykład przesunięciem znaczenia jakiegoś wątku, nowym zabarwieniem emocjonalnym jakiejś relacji, jednym dialogiem itd. uruchomić kaskadę rearanżacji znaczeń całego filmu – dopowiada do całej obejrzanej sekwencji zdarzeń w ostatnich minutach zupełnie nowy kontekst. 

Stawia przy tym pytanie, którego sam przez cały film niejako zabronił widzowi zadać, bo wydawało się ono zbyt absurdalne: czy Michelle Fuller naprawdę może być cesarzową z kosmosu? Co jeśli najgorsi ludzie jakich znamy, okupujący najniższe szczeble drabiny społecznej, mają rację? Hej ty, dumny ze swojej wrażliwości społecznej i ułożonego racjonalizmu libko-lewaku z klasy średniej: masz wystarczająco dużo empatii, by pochylić się nad fanatykami teorii spiskowych jako nad skrzywdzonymi wyrzutkami społecznymi? Czy masz jednak wystarczająco mało dumy, by przyznać się, że to oni byli bliżej prawdy o rzeczywistości niż ty sam?

Radykalne ćwiczenie z empatii

Wspaniałość Bugonii polega właśnie na ostatnich minutach filmu, które wbrew pozorom wciąż przynoszą więcej pytań niż odpowiedzi. Do końca nie wiemy, czy Lantimos nas ograł, czy jedynie mamy myśleć, że nas ograł. I w pierwszym, i w drugim wypadku scenariusz, który pokazuje na koniec, radykalnie wyrzuca nas ze strefy komfortu. To zakończenie jest czymś więcej niż prowokacyjnym twist ending. Jest brawurowym, radykalnym ćwiczeniem z empatii wobec tych, którymi pogardzamy lub współczujemy (bo współczucie również wynika ze świadomości okupowania pewnej pozycji przewagi, również intelektualnej).

Bez tego ćwiczenia Bugonia byłaby sprawną, ale politycznie banalną czarną komedią. Film ukazuje się zresztą w bardzo specyficznym czasie współczesności, w momencie nie tylko powszechnego poczucia kompletnej politycznej klęski wobec populistycznej prawicy – jaką było powtórne zwycięstwo Donalda Trumpa – ale także całkowitego załamania czegoś, co nazywane było przez lata „kordonem sanitarnym” wokół teorii spiskowych. Od słynnych nagrań Pentagonu i zeznań oficera amerykańskich sił powietrznych Davida Gruscha, które uruchomiły lawinę zeznań wojskowych, dotyczących niezidentyfikowanych obiektów latających i sprawiły, że temat, będący dekadami przedmiotem kpin, doczekał się wysłuchań w Kongresie, aż po akta Epsteina, w świetle których naiwnością jest raczej brak wiary w prawdziwość teorii o elitach, dopuszczających się zorganizowanego procederu handlu ludźmi z wyraźnym kontekstem służb specjalnych w tle.

Czytaj także Polityka jako shitposting i pierwszy postpiśmienny prezydent Jakub Majmurek

Opublikowanie akt Epsteina zresztą dało wiatru zwolennikom nawet najbardziej odjechanych z teorii spiskowych. Fakt, że wpływowy biznesmen miał kontakty ze służbami i odpowiadał za krzywdzenie nieletnich, nie oznacza jeszcze, że był jaszczuroludem z kosmosu ze skłonnościami do satanistycznego kanibalizmu i transhumanistycznymi celami. Ale czy w tę zerojedynkową dychotomię – tożsamościowe spychanie każdego, kto próbuje dokonać interpretacji jakichś wydarzeń politycznych czy środowisk w kategoriach chociaż lekko spiskowych, do poziomu wierzących w reptilian, nie narzuciła właśnie antyspiskowa koalicja „racjonalnych” centrystów, liberałów i lewicy?

Myślę że zwłaszcza sprawa Epsteina powinna posłużyć liberałom do przemyślenia, czy praktykowany w duchu turboracjonalizmu, rytualny sprzeciw wobec myślenia spiskowego jako takiego nie przerodził się w kolejny dogmatyzm i tożsamościową pułapkę? I nie, nie chodzi o przyznanie, że odwiedzają nas Anioły Nieba, a Żydzi rządzą światem (tylko ktoś tak mało inteligentny jak Epstein w mógł to wierzyć).

Nic więc dziwnego, że Bugonia zrobiła trochę szumu w internetowych bańkach zwolenników teorii spiskowych. I choć nie wszystkim w nich podoba się ostateczny wydźwięk filmu, to często widziałem wyrazy szacunku, że oto powstał w końcu film, który przynajmniej stawia taką możliwość „a co, jeśli nie jesteśmy wariatami?”. Nic dziwnego, bo Lantimos nakręcił chyba jedyny współczesny film o końcu świata, który pozwala go obejrzeć także z perspektywy radykalnie innych baniek informacyjnych – światów dla większości z nas bardziej obcych, niż galaktyka Andromedy.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie