Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

W 2026 obejrzyj „Ergo Proxy”, żeby jeszcze coś poczuć

„Ergo Proxy”, reż. Shūkō Murase, scenariusz Dai Satō

Serial sprzed 20 lat o poszukiwaniu znaczenia i sprawczości w walącym się w gruzy świecie w 2026 roku przynosi katharsis i ukojenie.

Kadr z serialu „Ergo Proxy” Recenzja
1
Walka

Rozmowę o tak osobliwym tekście kultury, jakim jest serial anime Ergo Proxy z aż 2006 roku, należy zacząć od zastrzeżenia koniecznego dla ustalenia perspektywy, z jakiej będziemy na to anime spoglądać. Zastrzeżenie brzmi: autor niniejszego tekstu nie jest ani znawcą, ani fanem japońskiej animacji. Nie jest też tak, że unikam jej jakoś celowo, jednak widziałem głównie klasyki, abecadło zachodniego białasa. Czasem sprawdzam coś dla mnie nowego, ale jeśli się szybko nie odbiję, to raczej od tytułów, które są świadome tego, że może je oglądać zachodni widz, niekoniecznie przyzwyczajony do wszystkich różnic kulturowych i niespodzianek.

Zaznaczam to również po to, żeby potencjalna widzka nie obawiała się Ergo Proxy ze względu na gatunek, jaki reprezentuje. Mówiąc wprost: to anime jest bardzo mało anime.

Przez Ergo Proxy nie płynie się łatwo i przyjemnie. Oglądanie serialu może wręcz zakrawać na mękę, a w każdym razie coś stojącego w całkowitej opozycji do rozrywki, jakiej można się spodziewać, zasiadając do dwudziestotrzyodcinkowej animacji z epizodami trwającymi niecałe trzydzieści minut, z silną postacią kobiecą na pierwszym planie oraz z cyberpunkową dystopią w tle.

Trudności, jakie miałem z obejrzeniem Ergo Proxy, nie wynikają jednak z żadnej przynależności gatunkowej, a z osobniczych cech tego konkretnego serialu. Dlaczego warto sobie tę katorgę sprawić – to postaram się niniejszym tekstem wyjaśnić.

Na dobry początek serial zarzuca widza dobrze znanymi tropami: wspomniany cyberpunk, androidy, świadomość, sztuczna inteligencja, silna postać kobieca. To wszystko sprawia, że jeśli jesteś czterdziestoparolatkiem, który prawie trzy dekady temu silił się na alternatywność obejrzeniem Ghost in the Shell, zanim jeszcze czerpiący stamtąd Matrix podbił kina, to algorytmy platform streamingowych podpowiedziałyby ci Ergo Proxy w zakładce „może ci się spodobać”. No i by cię nabrały, bo choć zaczyna się znajomo, to po kilku odcinkach przestaniesz cokolwiek rozumieć, gwarantuję.

Przy oglądaniu Ergo Proxy całkiem naturalne jest podejrzenie, że może ominęło się przypadkiem kilka odcinków albo że komuś pomyliła się numeracja. Scenarzyści potrafią bez żadnego ostrzeżenia wrzucić bohaterów, a wraz z nimi widza, w zupełnie nieznane miejsce. Albo mnożyć nagle iteracje głównych postaci do tego stopnia, że pytanie „kto jest synem kogo” okaże się zbyt proste, by choćby pomyśleć o zadaniu go. W kolejnym odcinku wszystko wróci na dobrze znane tory – albo i nie, bo może się okazać, że tych znanych torów już dawno nie ma. A może jest ich tyle, że nie wiadomo, które są te właściwe. Odcinek porzucający dwie z trzech głównych postaci, dziejący się z jakiegoś powodu w czymś na kształt Disneylandu, tylko w jeszcze bardziej groteskowej wersji? Mamy tu coś takiego. Odcinek, który ni z tego, ni z owego okazuje się mieć formułę teleturnieju? Również jest.

To wszystko nie jest jednak chaosem dla samego chaosu. Wszystkie klocki wpadają na sam koniec w odpowiednie otwory. A jeśli jeszcze nie wszystkie, to na pewno kolejne podejście do serialu przybliży nas do całkowitego zrozumienia go. Trzecie to już na mur! Nie będę ukrywał, mogę być stronniczy, bo sam jestem przekonany, że do Ergo Proxy będę wracał jeszcze nie raz.

Ergo Proxy wystawia widzów na próbę nie tylko zagmatwaniem, ale i tempem. Serial bywa bowiem sadystycznie wręcz powolny, jakby ktoś w 2006 roku przewidział nadciągającą erę rolek, TikToka oraz hegemonię kultury wyrzutów dopaminy – i postanowił zawczasu dać jej odpór. Nie dziwi mnie ani odrobinę, że kiedy zacząłem przeczesywać internet w poszukiwaniu omówień serialu, w którym się tak zakochałem, szybko okazało się, że moje doświadczenie nie jest odosobnione. Widzka odbija się od Ergo Proxy, wraca po latach, znów męczy się, ale tym razem przedziera się przez wszystko, aż wreszcie zakochuje się bez pamięci. Tak wygląda bodaj standardowa droga osoby, której uda się dobrnąć do końca. Zmęczona, ale szczęśliwa.

Wiem, że nikt nie lubi, kiedy reklamuje się serial słowami: „polecam, po dwudziestu odcinkach robi się naprawdę spoko”. Polecając Ergo Proxy, napiszę więc wprost: nie będziesz się dobrze bawić. Ja też się nie bawiłem dobrze. Być może to nawet nie jest do końca rozrywka. Ale nie był to również zmarnowany czas i zdecydowanie warto go poświęcić.

Czym więc jest Ergo Proxy? Trudno powiedzieć. Przypomina mi się tu moment z Pikniku na skraju drogi Strugackich, gdzie jeden ze stalkerów wyrzeka na naukowców, że muszą wszystko zdefiniować, a czasem takie usiłowania są po prostu skazane na porażkę. Powiedziałbym, że Ergo Proxy może być czymś na kształt traktatu filozoficznego, ale to też nie oddaje istoty rzeczy. Po drugie w traktatach filozoficznych nie ma postaci, na których widzowi zależy. Po trzecie byłoby to dość pompatyczne, a już sam serial bywa wystarczająco pompatyczny.

Czytaj także Przejedzeni AI slopem wolimy Najgorszą Animację Świata. O fenomenie „Niu Lai” Aleksandra Kasprzak

Pełno w nim odniesień do europejskiej filozofii i sztuki, czym może odstraszać jeszcze bardziej. Zwłaszcza, że bywają to odniesienia mało subtelne, ale to akurat nie powinno dziwić nikogo, kto obcuje z kulturą japońską i tamtejszymi odniesieniami do zachodniego dorobku choćby w grach wideo. Wspomnijmy tylko, że na poły demoniczni bracia z legendarnej serii Capcomu Devil May Cry to, jakby nie patrzeć, Dante i Wergiliusz, przy czym sam ton gier, zwłaszcza nowszych odsłon, jest brawurowo wręcz campowy.

Jak to wygląda w Ergo Proxy? Pewien obraz niech nakreśli fakt, że występuje tu „Kolektyw” i przez większość historii pełni rolę podobną do roli greckiego chóru. Składa się on z czterech posągów wzorowanych na statuach z Kaplicy Medyceuszów Michała Anioła we Florencji. Gdyby to było za mało warstw, to statuy noszą imiona europejskich myślicieli. Są to: Jacques Derrida, Jacques Lacan, Edmund Husserl i George Berkeley. Znaczących imion jest więcej, mamy doktora Deadalusa, mamy Re-L oraz Real (które trochę są tą samą postacią, ale jednak trochę nie tą samą), nawiązania do Ofelii (także wizualne, do obrazu Johna Everetta Millais’a), mamy Amnezję, mamy tutejszego Walta Disneya pod nazwiskiem Will B. Good. Pojawia się postać epizodyczna, która ma charakterystyczną grzywkę i angielski wąsik; mniemam, że również nieprzypadkowo.

No i jest Pino, której imię nawiązuje do Pinokia. Mamy tu do czynienia z dziewczynką-androidem, stworzoną jako robot towarzyszący kilkuletnim dzieciom. Na samym początku serialu zostaje zarażona wirusem Cogito, skutkiem czego uzyskuje świadomość i w kolejnych odcinkach możemy obserwować, jak uczy się bycia człowiekiem, starając się na przykład zrozumieć koncept śmierci. I choć na papierze brzmi to absolutnie banalnie, to poruszanie banalnych tematów w niebanalny sposób jest prawdziwą sztuką i w Ergo Proxy wychodzi to – moim skromnym zdaniem – perfekcyjnie. Wątek Pino staje się głównym dostarczycielem wzruszeń, a to nawet nie jest główna bohaterka serialu.

Tymi są towarzyszący jej dorośli: Re-L Meyer i Vincent Law. Przez większość serialu są to postacie absolutnie antypatyczne. Jak wspomniałem wcześniej Re-L na początku wygląda na główną bohaterkę i typową silną protagonistkę. Z czasem jednak dostrzegamy, że jest nieznośna, apodyktyczna, opryskliwa i pogardliwa w stosunku do pozostałej dwójki. Vincent z kolei jest całkowicie nieporadny, pozbawiony sprawczości, indolentny, fajtłapowaty wręcz. Szybko okazuje się, że to jego dotyczy główna (przynajmniej teoretycznie i przynajmniej do pewnego momentu) tajemnica opowieści. Tajemnica, której zwłaszcza on sam nie rozumie i nie do końca zdaje sobie sprawę z jej istoty i wagi. W każdym razie nikt z tej dwójki nie stanowi typowej głównej postaci, skrojonej tak, że widz chciałby się z nią identyfikować. Przeciwnie – bardzo łatwo ich znielubić. Wraz z Pino tworzą jednak coś na kształt patchworkowej rodziny, której drogę śledzimy i której prędzej czy później zaczniemy dobrze życzyć. Zarówno jako całości, jak i każdej z tych postaci z osobna.

Ergo Proxy weszło na ekrany w 2006 roku i wyraźnie jest dzieckiem swoich czasów. Pierwsza dekada XXI wieku jest zapamiętana między innymi jako czas, w którym gry wideo miały głównie brązowy kolor, bo z jakiegoś powodu miało to wyglądać realistycznie. Okazuje się, że nie tylko gry wideo. Tutaj również mamy do czynienia z wypraną kolorystyką, kadry są unurzane we wszystkich odcieniach brązu. Do tego postać Re-L wygląda jak skopiowana z okładki albumu Fallen zespołu Evanesence, której dorysowano jeszcze coś na kształt mundurka emo, który te 20 lat temu mógł wyglądać obłędnie na czasie. (Przy okazji dodam, że uświadczymy w Ergo Proxy typowej dla japońskich produkcji nadmiernej seksualizacji).

No dobrze, ale o czym jest Ergo Proxy? Każda próba odpowiedzi zabrzmi banalnie. O tym, co czyni człowieka człowiekiem? Pewnie. O tym, co może zmienić naturę człowieka? Jasne. O ludzkiej potrzebie poszukiwania metafizyki? Jak najbardziej. O relacji człowieka do stworzonego przez samego siebie boga? Tak. O próbie nadania znaczenia swojej własnej historii? Również. O poszukiwaniu sprawczości w świecie pełnym absolutnego chaosu? Jeszcze jak. O traceniu z oczu powodu do istnienia i próbach odnalezienia nowego? Oj, tak!

Chcę polecić ten serial uczciwie. Uważam, że kultura powinna raczej łączyć, niż dzielić, ale warto też docenić dzieło po prostu bezkompromisowe, które nie każdy przetrawi. Doceniam takie podejście, nawet jeśli czasem oznacza ono, że ja sam się od czegoś odbiję. Ergo Proxy jest zatem bezkompromisowe – to na pewno. Jedna z dość nielicznych analiz i recenzji serialu na YouTube nosi tytuł Understanding Is Overrated – rozumienie jest przereklamowane – i tak właśnie warto tu podejść. Na czuja, bez mędrca szkiełka i oka. I albo się szybko odbić, albo z fascynacją doczytać potem to, co się uzna za warte doczytania na temat odniesień, aluzji, dodatkowych warstw znaczeń czy interpretacji.

Każdy odcinek jest podpisany jako „medytacja”, co z jednej strony dokłada cegiełkę do wątku o pompatyczności serialu, a z drugiej dobrze oddaje jego wartkie inaczej tempo. Mimo to w czasach, gdy scenariusze streamingowych seriali pisane są według algorytmów i badań konsumenckich, jest coś niewymownie odświeżającego w oglądaniu produkcji, było nie było, popkulturowej, która demonstracyjnie ma gdzieś oczekiwania nie tylko statystycznego widza, ale większości widzów. I której obejrzenie mimo to przynosi rodzaj katharsis. Odczytanie serialu jako opowieści o poszukiwaniu znaczenia i sprawczości w walącym się w gruzy świecie to tylko jedna z możliwych interpretacji, ale być może najbardziej adekwatna i na swój sposób niezwykle kojąca w roku 2026.

A gdzie to można obejrzeć? Tutaj pojawiają się schody. W Polsce nie da się zobaczyć Ergo Proxy legalnie, na streamingu. Pozostaje albo polować na wydanie fizyczne, albo poszukać sposobu w internecie. Kwestię etyczności czerpania rozrywki z alternatywnych źródeł dystrybucji poruszymy innym razem.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
1
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x