Zacznijmy od stwierdzenia faktu: od pierwszej kadencji Donalda Trumpa jego relacje z Rosją są obiektem politycznej młócki. Apologeci Trumpa zapewniają, że żadne niestosowne relacje nigdy nie miały miejsca, zarzuty są wyssane z palca, a twierdzenia, jakoby Rosjanie pomogli mu wygrać wybory w 2016 roku, są elementem politycznej nagonki. Trumpiści regularnie na ten temat kłamali i tworzyli coraz bardziej groteskowe teorie spiskowe, mające wybielić ich prezydenta.
Z drugiej strony, w 2017 roku furorę zrobiła książka dziennikarza Guardiana Luke’a Hardinga Collusion: Secret Meetings, Dirty Money, and How Russia Helped Donald Trump Win (Zmowa: tajne spotkania, brudne pieniądze i jak Rosja pomogła Donaldowi Trumpowi wygrać), w której jako fakt podano, że Rosjanie mieli szantażować Trumpa kompromatem w postaci nagrań jego seksualnych wyczynów z pracownicami seksualnymi w moskiewskim hotelu Ritz-Carlton. To między innymi z powodu tej książki popularność zyskała teza, że Trump to rosyjski agent, zwerbowany przez KGB.
Przez kolejne lata jako pewnik lub w formie sugestii powtarzało ten domysł wielu polityków, w Polsce na przykład Donald Tusk. W podobnym tonie wypowiedziało się kilku wysoko postawionych oficerów i urzędników z amerykańskich służb. Były wiceszef CIA Michael Morell stwierdził, że „Putin zrekrutował Trumpa jako nieświadomego agenta Federacji Rosyjskiej”. Były szef agencji Michael Hayden uznał za trafne nazwanie Trumpa „użytecznym idiotą”.
Podobnego zdania był Alexander Vindman, były szef europejskiego wydziału Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Sugestie dotyczące możliwych kompromatów wysunął także Dan Coats, który szefował zwierzchniej wobec innych służb National Intelligence za… pierwszej kadencji Trumpa. W 2025 roku były oficer KGB Alnur Musajew dołożył swoje pięć groszy, zapewniając, że Trumpa zwerbowano pod kryptonimem „Krasnov”. Niestety, nie przedstawił na to żadnych dowodów, ani nawet mocnych poszlak.
Problem w tym, że skoro dowodów wciąż nie ma, takie opinie można uznać za element politycznej łupanki. Co ważniejsze, rewelacje Hardinga okazały się bardzo wątpliwej jakości. Oparte były bowiem o tzw. dossier Christophera Steele’a, byłego oficera brytyjskiego MI6. Dossier nie było jednak opracowaniem wywiadowczym, tylko zbiorem luźnych i niezweryfikowanych informacji. Jak później udowodniono, kluczowe z nich albo były plotkami, albo zostały zmyślone przez niejakiego Charlesa Dolana, związanego z Partią Demokratyczną PR-owca. Te odkrycia sprawiły, że sprawa relacji Trump-Rosja została przez prawicę wygodnie zamieciona pod dywan. W końcu łatwo dało się powiedzieć, że to wymysł Demokratów. Zatem sprawa wyjaśniona?
A jednak nie. Można pokusić się o tezę, że książka Hardinga tylko zaciemniła obraz. Choć bowiem brakuje jednoznacznych dowodów na werbunek, Trump rzeczywiście przez dekady utrzymywał bardzo dziwne relacje z bardzo dziwnymi Rosjanami. Relacje, które, gdyby dotyczyły kogoś budzącego mniejsze emocje, byłyby powszechnie uznane za bardzo podejrzane, jeśli nie wręcz agenturalne. Charakter tych relacji przynosi nieco bardziej zniuansowaną odpowiedź na pytanie: „czy Trump to rosyjski agent?”.
Pralnia u Dona
Uporządkujmy ten bałagan i ułóżmy wydarzenia w porządku chronologicznym. Z kronikarskiego obowiązku należy odnotować, że pierwszą żoną Trumpa była pochodząca z Czechosłowacji Ivana Zelníčkova. A zatem pierwszym teściem Trumpa był Miloš, konfident czechosłowackiej bezpieki StB. Służba poświęciła żonie przyszłego prezydenta „uwagę operacyjną” – spotkano się z nią kilkukrotnie. Jak wszystkie służby państw Bloku Wschodniego StB ściśle współpracowała ze służbami radzieckimi. Można domniemywać, że młody i nienachalnie rozgarnięty mąż Zelníčkovej mógł wpaść im w oko. Ale to w zasadzie domysł. Odnotowano, przejdźmy do konkretów.
W latach 70. Trump rozkręcał w Nowym Jorku swoje deweloperskie imperium. W 1976 zakupił dwieście zestawów telewizyjnych do hotelu Commodore, który przebudowywał na prestiżowy The Hyatt Grand Central New York. Zakupu dokonał w cokolwiek dziwnym sklepie Joy-Lud Electronics – prowadzonym przez dwóch imigrantów z ZSRR: Semiona Kislina i Tamira Sapira (Teimuraz Sepiaszwili). W 2021 roku amerykański dziennikarz śledczy Craig Unger wydał książkę The American Kompromat. How the KGB Cultivated Donald Trump, and Related Tales of Sex, Greed, Power, and Treachery (Amerykański kompromat. Jak KGB prowadziła Donalda Trumpa oraz inne historie o seksie, chciwości, władzy i podstępie). Cytował w niej obszernie byłego oficera KGB Jurija Szwieca, który przekonywał, że sklep Kislina i Sapira był dziuplą radzieckich służb. Choć skonstruowana przez niego opowieść ma ręce i nogi, Szwiec nie przedstawił jednoznacznych dowodów. Ale nie w tym rzecz.
Bowiem nawet jeśli Kislin i Sapir w 1976 roku byli biednymi i uczciwymi imigrantami, to już w latach 90. okazali się bajecznie bogatymi oligarchami. Mieli powiązania z rosyjską przestępczością zorganizowaną, a przez ich pralnie pieniędzy przechodziło setki milionów dolarów. Na to dowody już są. Według raportu Interpolu z 1996 roku należąca do Kislina spółka Trans Commodities Inc. była „używana przez dwóch rzekomych gangsterów z Uzbekistanu, Lwa i Michaiła Czernojów, do oszustw i defraudacji”. Z kolei w raporcie FBI z 1994 roku Kislina wskazano jako „członka/współpracownika” niezwykle brutalnego gangu Wiaczesława Iwankowa – wysoko postawionego w przestępczym światku wora w zakonie, czyli „złodzieja w prawie”. Iwankow został wykupiony z radzieckiego łagru i wysłany do USA, by zaprowadzić porządek w tamtejszej rosyjskiej mafii. I robił to, mieszkając w nowojorskiej Trump Tower. Ostatecznie Iwankow spędził dziewięć lat w amerykańskim więzieniu, a w 2004 roku deportowano go do Rosji.
W tym samym czasie Kislin, oligarcha powiązany z rosyjską przestępczością zorganizowaną, pośredniczył w sprzedaży apartamentów w nieruchomościach Trumpa, na przykład w Trump World Tower na Manhattanie. Jedna trzecia lokali na najdroższych piętrach trafiła do Rosjan lub offshore’owych spółek z obszaru postradzieckiego.
W innych nieruchomościach Trumpa również pojawiali się rosyjscy gangsterzy, oligarchowie i ludzie powiązani ze służbami. Tylko tych znanych z nazwiska (a wielu kupowało nieruchomości przez raje podatkowe, zachowując anonimowość) naliczono aż trzynastu. Jedna z pośredniczek przyznała, że sprzedała Rosjanom 65 lokali w World Tower. Inny, że około jedną trzecią z 500 apartamentów w opatrzonych nazwiskiem Trumpa budynkach na Florydzie.
W 1984 roku jeden z czołowych przedstawicieli rosyjskiej mafii w Nowym Jorku Dawid Bogatin (ten od późniejszej polskiej „afery Bogatina”) osobiście kupił od Trumpa pięć apartamentów, płacąc za nie gotówką z przekrętów na handlu paliwami. W Trump Tower zamieszkali też i stamtąd organizowali pranie pieniędzy członkowie gangu znanego jako „gambling ring”: Wadim Trinczer, Anatolij Golubczik i Michael Sall. Sam Trump osobiście sprzedał swój prywatny apartament niejakiemu Olegowi Bojko, rosyjskiemu oligarsze bliskiemu Borysowi Jelcynowi.
Pamiętacie Temura Sapira, drugiego obok Kislina sprzedawcę telewizorów? Kolejny biedny imigrant z ZSRR w latach 90. zaczął nagle obracać setkami milionów – i zaprzyjaźnił się z Trumpem na tyle, że w 2007 roku jego córka zorganizowała w Mar-a-Lago wesele na 600 osób. Gdy biznesowy geniusz Trumpa doprowadził go do bankructwa, to właśnie on przyszedł mu na ratunek. Sapir zapoznał go z trzema postsowieckimi oligarchami i ich grupą inwestycyjną Bayrock. Grupa kontrolowała wówczas znaczną część kazachskiego rynku surowcowego i była typowym postradzieckim tworem biznesowo-korupcyjnym. Dość powiedzieć, że jeden jej właścicieli, Tevfik Arif, przez 17 lat pracował w radzieckim ministerstwie handlu. Bayrock i Sapir Organization zaproponowały Trumpowi bajeczne warunki współpracy, de facto wyciągając go z finansowych tarapatów.
Oni budowali nieruchomości, a on naklejał na nie swoje nazwisko i dostawał 18 proc. udziału w zysku. Gdy dany budynek już stanął, wiele lokali kupowali w nim oczywiście Rosjanie – i prali w nich pieniądze. W 2002 roku Bayrock przeniósł biura do Trump Tower. Jak Trump zeznał później przed sądem, imponowało mu, że Arif sprowadza mu rosyjskich inwestorów. Współpracowali aż do rozwiązania grupy w 2009 roku.
Jeden z pracowników Bayrock, niejaki Felix Sater, został kimś w rodzaju specjalnego wysłannika Trumpa ds. budowy Trump Tower w Moskwie. Sater to postać bardzo tajemnicza. Syn kolejnego radzieckiego imigranta Michaiła Szeferowskiego, utrzymujący skomplikowane relacje ze służbami zarówno rosyjskimi, jak i amerykańskimi.
Sater pracował dla rosyjskiego oligarchy Siergieja Połońskiego. W 2010 roku, trzy lata po tym, jak Satera skazano za defraudacje, Trump zatrudnił go w Trump Organization. Wielokrotnie jeździł w imieniu Donalda do Rosji; w 2006 roku nawet oprowadzał po Moskwie Donalda Juniora i Ivankę. Przez cały ten czas setki apartamentów w budynkach Trumpa zajmowali Rosjanie.
W pierwszej dekadzie XXI wieku dla współpracowników Trumpa było jasne, że płynie do niego dużo pieniędzy z Rosji. Donald Junior mówił, że „stanowią całkiem nieproporcjonalną część naszych zasobów” i że „widzimy jak dużo pieniędzy napływa z Rosji”. Architekt Trumpa Alan Lapidus potwierdził, że Trump nie mógł dostać pożyczki w USA, więc „wszystko płynęło z Rosji”, a „jego związek z Rosją był silniejszy, niż mu się wydawało”. Drugi syn, Eric Trump, także stwierdził, że rodzina „nie polega na amerykańskich bankach. Całe finansowanie ma z Rosji”.
Biznesowo Trump przez lata współpracował z ludźmi z rosyjskiego półświatka. Szczególne znaczenie miał przełom lat 80. i 90., gdy rosyjscy gangsterzy i oficerowie służb zaczęli zmieniać się w oligarchów i potrzebowali kanałów do wyprania rozkradzionego majątku za granicą. Nieruchomości Trumpa nadawały się do tego doskonale. Trump nie miał moralnych oporów przed współpracą z szemranymi „biznesmenami”, ani przed sprzedawaniem lokali gangsterom. Z niektórymi z nich, jak z Sapirem, Arifem i Saterem wręcz się zaprzyjaźnił. Chętnie dał im się wyciągnąć za uszy z bankructwa. Opłacali mu się, a on im.
Dziś podejście Trumpa do Rosji jest cokolwiek paradoksalne. Z jednej strony stawia na wybitnie transakcyjne relacje międzynarodowe. Z drugiej ewidentnie faworyzuje Rosję, dając jej znacznie więcej, niż wynikałoby z prostego rachunku sił. Jego wieloletnia relacja biznesowa z Rosjanami zdaje się wpisywać w to podejście. Rosjanie dostrzegli to dawno temu i zaczęli przekuwać relacje biznesowe w polityczne.
Podróże z inspiracją
W 1987 roku Trump był już znanym deweloperem, a w jego apartamentach mieszkali już i prali pieniądze rosyjscy gangsterzy. Podczas pewnej gali dosiadł się do niego nie kto inny jak ówczesny ambasador ZSRR Jurij Dubinin. Dyplomata roztoczył przed Trumpem wizję wielkich inwestycji w Moskwie. Wkrótce potem przysłał mu zaproszenie do radzieckiej stolicy. Nie trzeba dodawać, że taka wizyta musiała być zatwierdzona przez radzieckie służby. Zresztą podróż organizowała podległa służbom agencja Goscomintourist. W kontaktach Trumpa z Dubininem brała udział także córka dyplomaty Natalia, prawdopodobnie pracująca dla KGB.
Trump zaproszenie oczywiście przyjął i w lipcu 1987 pojechał do Moskwy. Na miejscu zachwycał się jej pięknem i ciepłym przyjęciem radzieckich towarzyszy. Z budowy luksusowego hotelu nic nie wyszło, ale relacje zostały zadzierzgnięte. To właśnie wtedy, według kilku byłych oficerów rosyjskich służb, miał być zwerbowany. Jak wspomniałem, nie ma na to dowodów.
Pewne jest za to, że po powrocie z Moskwy Trump nagle zainteresował się polityką, od której wcześniej stronił. Zapragnął kandydować w wyborach na prezydenta w 1988 roku. Podpisy pod jego kandydaturą oficjalnie zbierał republikański weteran kampanijny Mike Dunbar. We wrześniu Trump wykupił okładki trzech dużych amerykańskich dzienników i opublikował na nich „list do Amerykanów”. Nawoływał w nim do porzucenia wykorzystujących USA sojuszników, na przykład Japonii, oraz wycofania się z niepotrzebnych regionów, na przykład z Zatoki Perskiej.
Niedługo później odbył się wiec wyborczy, na którym powiedział dziennikarzom, że sojusznicy naciągają Amerykę i nigdy nie mówią „dziękuję”, więc może trzeba odebrać od nich dług, który oszacował na 200 miliardów dolarów (obecnie to około 550 miliardów). Retoryka była łudząco podobna do tej, którą stosuje dziś, prawie 40 lat później.
Korelacja między podróżą do Moskwy a nagłą polityczną inicjacją młodego dewelopera wydaje się oczywista. Skoro dowodów na werbunek brak, może trzeba mówić o inspiracji?
Szczególnie że ten schemat się powtórzył. W listopadzie 1996 roku Trump wrócił do Moskwy. Po stolicy oprowadzał go mer Jurij Łużkow, a kwestię budowy apartamentowca miał dogadywać z wicemerem Władimirem Riesinem. Choć nie interesował się wyborami w 1992 i 1996 roku, to po powrocie z Moskwy ponownie zaczął badać możliwość kandydowania w roku 2000. Start oficjalnie ogłosił w „New York Timesie” w październiku 1999. Tym razem walczył z ramienia „trzeciej partii” Reform. Na początku 2000 roku wygrał nawet prawybory w Michigan i Kalifornii, ale odszedł z powodu wewnętrznych konfliktów. Niewykluczone też, że uświadomił sobie, że partia Reform stała się przybudówką Republikanów i żaden jej kandydat nie ma realnych szans na nominację GOP.
Do trzech razy sztuka. W czerwcu 2013 roku na organizowanym przez Trumpa konkursie Miss USA w Las Vegas pojawił się rosyjski oligarcha pochodzenia azerskiego i potentat rynku nieruchomości Aras Agałarow oraz jego syn Emin – prawa ręka ojca i piosenkarz pop w jednym. Obaj Agałarowowie szybko zaprzyjaźnili się z Trumpem, który liczył, że pomogą mu rozwinąć relacje z Rosją. Oczywiście, pomogli – zaproponowali zorganizowanie konkursu Miss Universe w Moskwie. Trump natychmiast się zgodził, spekulując na Twitterze, czy na konkursie pojawi się Putin i czy „zostanie moim nowym najlepszym przyjacielem”. Miał nawet napisać do dyktatora osobisty list, choć nie jest jasne, czy ten go otrzymał. Pewne jest za to, że jesienią 2013 roku Trump publicznie się Putinowi podlizywał, chwalił go za „poniżenie Obamy” i nazywał „wielkim liderem”.
W grudniu 2013 w należącym do Agałarowa Crocus City Hall pod Moskwą odbyła się gala piękności. Trump świetnie się bawił z Agałarowami, wystąpił nawet gościnnie w teledysku Emina, w wywiadzie dla MSNBC chwalił Putina. A po wszystkim poszedł na ekskluzywną kolację na jego cześć, wyprawioną przez Agałarowa seniora i prezesa Sbierbanku Giermana Griefa. Jak sam mówił później w wywiadzie, na biesiadzie byli „ludzie ze szczytu, zarówno oligarchowie i generałowie, jak i czołowi ludzie rządu […] nasza relacja była niezwykła”. Według Agałarowa Putin w ostatniej chwili odwołał udział w gali, ale zostawił Trumpowi skromny prezent.
W styczniu 2015 roku Emin i jego podwładny Rob Goldstone odwiedzili go w Nowym Jorku. Trump miał wtedy zapowiedzieć Eminowi, że następnym razem być może wystąpi w Białym Domu. Kilka miesięcy później ogłosił, że wystartuje w wyborach, a niedługo potem Goldstone zaprosił go do Moskwy na urodziny Arasa i spotkanie z Putinem. Być może świadomy implikacji wizerunkowych, Trump odmówił.
Jak wiemy, ludzie z jego otoczenia takich oporów nie mieli i regularnie spotykali się z Rosjanami przez cały sezon 2015/2016. Mniej więcej w tym samym czasie współpracująca z GRU rosyjska grupa hakerska Cozy Bear włamała się na serwery mailowe Partii Demokratycznej.
Wspomniany Felix Sater podróżował regularnie do Rosji, jakoby doglądając sprawy budowy Trump Tower. W listopadzie 2015 roku napisał w mailu do prawnika i fixera Trumpa Michaela Cohena, że budowa jest dograna. Pisał także: „Zaangażuję Putina w ten program i zrobimy tak, żeby Donald wygrał wybory. Obaj wiemy, że nikt inny nie wie, jak to zrobić, nie wykazując się głupotą czy chciwością. Wiem, jak to rozegrać, i dowieziemy to. Kolego, nasz chłopak może zostać prezydentem USA, a my możemy do tego doprowadzić. Zaangażuję w to całą ekipę Putina, ogarnę ten proces”. Cohen też ustalał szczegóły inwestycji z Rosjanami, z czego zdawał Trumpowi relację.
Nawiązana z Agałarowami relacja miała bardzo konkretny ciąg dalszy. W lutym 2016 roku Goldstone wysłał maila do Donalda Juniora. Napisał w nim, że rosyjska prokuratura i Aras Agałarow oferują przekazanie kampanii Trumpa dokumentów obciążających kandydatkę Partii Demokratycznej Hillary Clinton. Nazwał te informacje „wsparciem, jakiego Rosja i jej rząd udzielają panu Trumpowi”. Zaproponował spotkanie. Donald Junior natychmiast się zgodził i do spotkania doszło.
Resztę historii już znamy. Rosjanie przeprowadzili skoordynowany atak hakerski, ofensywę w mediach społecznościowych oraz serię spotkań z ludźmi z otoczenia Trumpa. Kampania 2016 roku upłynęła pod znakiem chaosu informacyjnego związanego z publikowanymi mailami demokratów. Podobnie jak w Polsce dwa lata wcześniej, skutecznie przekonano społeczeństwo, że w ujawnionych materiałach znajdują się dowody strasznych zbrodni, starannie nie precyzując, o co konkretnie chodzi.
Wbrew temu, co mówili potem trumpiści, raport Roberta Muellera nie pozostawia w kwestii rosyjskiego udziału w wyborach żadnych wątpliwości, mimo iż stwierdza, że nie doszło do zmowy. Nie sposób dokładnie oszacować wpływu Rosjan na wynik wyborów, ale fakt, że działali na rzecz zwycięstwa Trumpa, jest pewny. A biorąc pod uwagę, że wybory w USA zwykle wygrywa się niewielką większością (a Trump w 2016 roku wręcz przegrał głosowanie powszechne, wygrywając w kolegium elektorskim), można pokusić się o postawienie tezy, że wygrał dzięki Rosjanom.
Jeśli nie agent…
…to może asset, czyli „zasób”? Zdemoralizowany przedsiębiorca, który z chciwości jest gotów robić biznes z rosyjskimi gangsterami i oligarchami. Zarabiający na nich i dający im zarobić, choćby odbywało się to ze szkodą dla jego państwa. Do tego łasy na pochlebstwa narcyz ze znikomą wiedzą o świecie. Taki, którego można łatwo omamić wizją biznesowych podbojów i podsunąć mu tezy, które będzie potem powtarzał na prawo i lewo. Na przykład, że sojusznicy to wrogowie, nad których głowami trzeba dogadać się z rzeczywistymi wrogami. Błazen z nieokiełznaną żądzą władzy, który w przyszłości, kto wie, może namieszać w wielkiej polityce. Taki, którego nie trzeba werbować, bo wystarczy umiejętnie nim pokierować, a w kluczowym momencie pomóc mu zdobyć władzę. Ktoś, na kogo nie trzeba nawet mieć kompromatu (co jeszcze nie oznacza, że kompromatów się nie ma), bo jest zbyt głupi i pozbawiony skrupułów, by pojąć ze wszystkimi konsekwencjami, że jest traktowany przez wrogie mocarstwo jak… cóż, zasób właśnie.
Śledząc wieloletnią relację Trumpa z rosyjskimi gangsterami, można mieć déjà vu. Jak na kogoś, kto potrafi kilka razy zaprzeczyć sobie w jednej wypowiedzi, Trump zachowuje zadziwiającą stałość w stosunku do Rosji. Jego manifest z 1987 roku jest łudząco podobny do polityki wobec Rosji, którą przyjął jako prezydent 38 lat później. Podobnie transakcyjne relacje z szemranymi ludźmi z rosyjskiego półświatka przypominają obecne próby dogrania dealu z Putinem kosztem Ukrainy i europejskich sojuszników. Albo bezmyślne powtarzanie atrakcyjnych dla Kremla twierdzeń – na przykład, że Stany Zjednoczone tracą na członkostwie w NATO. Nawet w wymiarze osobistym widać pewną stałość: w latach 90. chodziło o dorobienie się na apartamentach, dziś o lukratywne kontrakty dla rodziny i dworu.
Być może nie należy obsesyjnie skupiać się na satysfakcjonującym emocjonalnie „wyjaśnieniu agenturalnym”, ani tym bardziej desperacko doszukiwać się trzeciego dna, chytrego Wielkiego Planu na rok 2100 i innych szachów 5D. Trump prędzej ilustruje luźno przypisywane Leninowi powiedzenie, że „zachodni kapitaliści sprzedadzą nam sznur, na którym ich powiesimy”. Uosabia wszystkie najgorsze cechy zachodniego biznesmena i polityka, opętanego żądzą władzy i manią wielkości, który dla osobistego zysku i taniego poklasku jest gotów skoczyć w przepaść, ciągnąc za sobą nas wszystkich. Nie widzę nic dziwnego w tym, że radzieccy towarzysze, a po nich putinowscy siłowicy i technolodzy polityczni dostrzegli w nim wielki potencjał.






























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.