6 lutego na polskim HBO MAX zadebiutował w końcu wyczekiwany przez wiele osób serial Gorąca rywalizacja (Heated Rivalry) – sześcioodcinkowy pikantny romans, wyprodukowany przez kanadyjski serwis streamingowy Crave. Fabuła jest prosta: Shane Hollander (w tej roli Hudson Williams) i Ilya Rozanov (Connor Storrie) to dwójka hokeistów, którzy pomimo podsycanej przez media intensywnej rywalizacji oraz powszechnej w środowisku homofobii nie są w stanie przeciwstawić się odczuwanej chemii i nawiązują trwający przez lata romans.
Gorąca rywalizacja to serial będący ekranizacją książki o tym samym tytule, napisanej przez kanadyjską autorkę Rachel Reid i stanowiącej drugą część serii Game Changers – cyklu składającego się z sześciu romansów osadzonych w świecie hokeja, których bohaterami są mężczyźni ze społeczności LGBT+.
Serial, wyprodukowany – jak żartuje internet – głównie w oparciu o „12 dolarów i marzenie”, podbił serca na całym świecie i rozpoczął zbiorową psychozę. Kariery dwójki aktorów, którzy wcielili się w głównych bohaterów, dosłownie eksplodowały. Connor Storrie wystąpił w programie Late Night with Seth Meyers – według prowadzącego liczba zgłoszeń na publiczność tego wieczoru konkurowała z liczbą zgłoszeń z dnia, gdy gościnią była Taylor Swift – a pod koniec lutego ma poprowadzić jeden z odcinków Saturday Night Live. Hudson Williams gościł u Jimmy’ego Fallona i wystąpił w pokazie mody w Mediolanie. Obaj ponieśli ogień olimpijski w sztafecie inaugurującej tegoroczne Zimowe Igrzyska Olimpijskie, a ich konta na Instagramie przekroczyły po 3 mln obserwujących (jeszcze w październiku nie przekraczali 10 tysięcy).
Nikt nie spodziewał się hiperfiksacji
Obserwuję reakcje na ten serial w mediach społecznościowych mniej więcej od połowy grudnia i muszę przyznać, że jest to fascynujące zjawisko. Cześć nowych fanek i fanów ewidentnie właśnie przeżywa swoje pierwsze rodeo z hyperfixation – zjawiskiem dobrze znanym osobom żyjącym z ADHD, a polegającym w dużym uproszczeniu na doświadczeniu konsumującej czas i myśli obsesji, niemożliwości oderwania się od czegoś ani skupienia na żadnym innym temacie.
Heated Rivalry ewidetnie przebija bańkę, w którą celowało. Tak dużego sukcesu tej produkcji w zasadzie nikt się nie spodziewał, co doskonale widać po wczesnej kampanii promocyjnej, opartej na filmikach na TikToku czy występach w niszowych podkastach. I może właśnie dlatego serial stał się tak popularny – jego twórca, Jacob Tierney, zrezygnował ze współpracy z większymi producentami i wybrał Crave, by zachować większą swobodę (popularność w sieci zyskała anegdotka jednego z aktorów, który przyznał, że jeden z większych producentów życzył sobie, by pierwszy pocałunek pojawił się dopiero w piątym odcinku).
Słuchaj podcastu:
W ten sposób powstał serial, która wyróżnia się na tle tradycyjnych produkcji hollywoodzkich nie tylko pod względem wierności wobec tekstu źródłowego (wiele scen jest żywcem przeniesionych z książki), ale również pod względem odwagi w pokazywaniu intymności.
Czytelniczki napędzają romansowy trend
Jednak sukces tej produkcji leży też moim zdaniem gdzie indziej. Przede wszystkim jest to ekranizacja romansu. Samo to gwarantuje już na wstępie potencjał, bo romans jest jednym z najpopularniejszych współczesnych gatunków literackich – w Stanach w ciągu ostatnich pięciu lat sprzedaż książek z gatunku literatury romantycznej wzrosła dwukrotnie. Romanse mają swoją wierną grupę odbiorców – czy raczej odbiorczyń, bo około 80 proc. to czytelniczki – a mimo to nie przekłada się to na równie liczne produkcje filmowe czy serialowe (wyjątkiem są tutaj Bridgertonowie i nie bez powodu serial ten od kilku lat bije rekordy popularności).
Zapytacie: jak to, a komedie romantyczne? Tak, oczywiście, komedie romantyczne są popularne. Problem jednak polega na tym, że komedia romantyczna to najczęściej jeden film trwający około 90 minut – a to stosunkowo mało czasu, by wiernie zekranizować książkę, która opiera się głównie na relacjach bohaterów i jednocześnie sprawić, by publiczność faktycznie poczuła z tymi bohaterami więź.
Dobrym przykładem jest niedawno wypuszczony przez Netflix film Ludzie, których spotykamy na wakacjach – również ekranizacja popularnego romansu. Opinie czytelniczek na temat filmu są umiarkowanie entuzjastyczne, często pojawia się argument, że relacja głównych bohaterów została bardzo uproszczona, a widzom trudno jest zrozumieć ich motywacje. Tymczasem Gorąca rywalizacja liczy sobie aż sześć odcinków – to daje większą szanse, by poczuć prawdziwą więź z postaciamii. Do tego serial nie pomija praktycznie żadnej istotnej sceny z książki, co ewidentnie doceniają czytelniczki.
Pary queerowe rzadko żyją długo i szczęśliwie (w serialach)
Z faktu, że serial ten jest ekranizacją romansu, wynika druga podstawowa zaleta tej produkcji, która jest jednocześnie przyczyną jej sukcesu. Jednym z podstawowych założeń książek romantycznych jest happily ever after, czyli po prostu szczęśliwe zakończenie. Kto ogląda dużo seriali, ten wie, że niewiele jest produkcji, w których ulubiona para publiczności dostaje szczęśliwe zakończenie. Najczęściej twórcy muszą nieustannie wymyślać kolejne perypetie lub rzucać bohaterom kłody pod nogi, bo fabuła wymaga urozmaicenia.
W przypadku par queerowych – których w oczywisty sposób jest znacznie mniej – te perypetie są nierzadko znacznie bardziej tragiczne lub bolesne. Często też dochodzi do tzw. queerbaitingu, czyli sytuacji, w której twórcy przez lata sugerują publiczności, że pomiędzy bohaterami może do czegoś dojść, tylko po to, by ostatecznie nic z tego nie wyniknęło (to wersja łagodna, w wersji brutalnej jeden z bohaterów ginie lub ostatecznie związuje się z zupełnie inną osobą, najczęściej wpisującą się w heteronormatywne standardy i dodaną do fabuły na ostatnią chwilę).
Tymczasem większość z nas kocha historie ze szczęśliwym zakończeniem. I kiedy cały świat płonie, sytuacja polityczna jest tak niestabilna, że rzeczywistość przebija fikcję, a nasze mózgi są zmuszone do przetwarzania każdego dnia takiej ilości informacji, jaką kiedyś ludzie przetwarzali przez 20 lat, po prostu miło jest obejrzeć coś, co sprawia, że czujemy się dobrze. Bez traumatyzujących zwrotów akcji i sprytnych, ale bolesnych odniesień do aktualnej sytuacji politycznej. Po prostu coś, co pozwala się wzruszyć, przypomnieć sobie, że miłość jest piękna i dalej mieć nadzieję, że może być lepiej.
Naiwne kobiety i ironiczni mężczyźni
Zanim Gorąca rywalizacja przebiła bańkę i zaczęła być pozytywnie oceniana przez znane i szanowane nazwiska, z zainteresowaniem przyglądałam się komentarzom w sieci – niejedna osoba próbowała zdiagnozować sukces tej produkcji. A ponieważ głównymi odbiorczyniami serialu były kobiety (być może teraz, gdy jest to światowy fenomen, statystyki uległy zmianie, ale na początku były to głównie czytelniczki książek), nasłuchaliśmy się wiele o tym, że „dziewczyny znowu dostały obsesji na punkcie jakiejś tandetnej historii miłosnej”, „jak faceci lubią oglądać dwie całujące się laski, to się ich krytykuje, a tu się okazuje, że baby wcale nie są lepsze”, „przecież to jest zwykłe porno”. Niektórych samozwańczych krytyków filmowych straszliwie uraziło, że serial o miłości może konkurować z Breaking Bad o pierwsze miejsce w rankingu najlepszych serialowych odcinków.
Nie jest to specjalnie zaskakujące, bo jakoś tak się zdarza, że gdy dziewczyny lubią rzeczy, to te rzeczy okazują się niewystarczająco dobre – zbyt dziecinne, zbyt banalne, za mało ambitne, głupiutkie i naiwne. Najlepiej w ogóle się do nich nie przyznawać. Komedie romantyczne, Taylor Swift, moda, k-pop, rytuały self-care, literatura romantasy… Ale jakoś nigdy nie słyszałam, by ktoś szydził z faceta, który za najlepszy film w historii uważa Szklaną pułapkę albo Szybkich i wściekłych.
Kiedy dziewczyny szaleją na koncercie Harry’ego Stylesa i głośno wyrażają w sieci swoje zainteresowanie, są wyśmiewane jako „psychofanki”, ale gdy mężczyźni ubierają się od stóp do głów w merch ulubionej drużyny piłkarskiej, a potem idą na stadion, przy okazji wdając się w bójkę z fanami przeciwnej drużyny lub demolując publiczne środki transportu – mało kto uznaje takie zachowania za „głupiutke i naiwne”.
Być może jest tak, że my same stosujemy autocenzurę, nie przyznając się do pewnych rzeczy i próbując wpasować się w pewne normy, które są nam narzucane. Osobiście niejednokrotnie zadawałam sobie pytanie, czy ktokolwiek potraktuje mnie poważnie jako polityczkę, jeśli się dowie, że zamiast ambitnych filmów oglądam głównie produkcje o superbohaterach, do teatru chodzę raczej na musicale, a w ramach odpoczynku od „poważnych książek” sięgam po fantastykę i romanse. Powtarzam sobie regularnie, że polskie społeczeństwo toleruje naprawdę absurdalne rzeczy, jeśli chodzi o polityków, ale nie od dziś wiadomo, że kobiety mierzone są innym standardem i to, co u mężczyzny może być „zabawne i autoironiczne”, u kobiety będzie „niepoważne i upokarzające”.
Dlatego dobrze, że Gorąca rywalizacja staje się tak popularna. Może udowodni niektórym, że to, co powstało „dla dziewczyn”, może być równie dobre dla wszystkich, niezależnie od płci.



























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.