„Nic mi się nie stało. Dziękuję, że pytasz. Uciekłam z miasta [na południe – przyp. aut.] do Valle del Tuy, zaczekam jeszcze z powrotem” – pisze do mnie 3 stycznia rano dawna koleżanka z pracy w MSZ w Caracas.
Wyjechałam z Wenezueli w 2008 roku, kiedy Nicolás Maduro był ministrem spraw zagranicznych, a Delcy Rodríguez, zaprzysiężona w poniedziałek na prezydentkę, kierowała departamentem konsularnym w wenezuelskim MSZ. On – były związkowiec i kierowca autobusu, kreślący ręcznie uwagi na raportach z naszego biura analiz. Ona – drobna, w okularach, kłamiąca w żywe oczy z uśmiechem na ustach.
W nocy z 2 na 3 stycznia amerykańskie komando wkroczyło do Caracas. Zbombardowano obiekty wojskowe, ale także cywilne, w tym mauzoleum byłego prezydenta, Hugo Cháveza – listę zniszczeń opublikował w mediach społecznościowych przywódca sąsiedniej Kolumbii, Gustavo Petro. Według władz Wenezueli zginęło 80 osób, w tym cywile.
Już wczesną jesienią Trump dał zielone światło Pentagonowi, by przygotował kilka wariantów operacji wojskowej przeciwko Wenezueli. W październiku CIA otrzymała autoryzację do prowadzenia tajnych operacji na terytorium kraju, posiadającego największe rezerwy ropy naftowej na świecie.
Elitarna amerykańska grupa wywiadowcza infiltrowała Wenezuelę. Maduro był śledzony na każdym kroku. Według podcastu „The Daily” New York Timesa specjalne komando ćwiczyło w Stanach Zjednoczonych w replice mieszkania, w którym przebywał, tak by móc uprowadzić go niemal z zamkniętymi oczami.
Cartel de los Soles nie istnieje
Wszyscy eksperci od prawa międzynarodowego cytowani ostatnio w mediach są zgodni: porwanie Maduro narusza prawo międzynarodowe, choć możliwe, że można je próbować uzasadnić w świetle prawa amerykańskiego. Tę ścieżkę przygotowywano od miesięcy, wpisując kartele narkotykowe na listę organizacji terrorystycznych i oskarżając Maduro o kierowanie jednym z nich.
Nie zmienia to faktu, że traktaty międzynarodowe ratyfikowane przez USA stoją ponad prawem krajowym. Również niesprowokowany atak na terytorium obcego państwa stanowi naruszenie prawa międzynarodowego.
Zarzuty wobec Maduro są przy tym dość absurdalne. Podstawą oskarżenia jest twierdzenie, że stoi on na czele kartelu narkotykowego Cartel de los Soles. Tymczasem we wtorek 6 stycznia Departament Sprawiedliwości USA przyznał, że kartel ten… nie istnieje. Farsa trwa jednak dalej: Maduro odpowie za „zmowę narkoterrorystyczną”, spisek mający na celu przemyt kokainy oraz za posiadanie broni. Jako że mówimy o USA, ten ostatni zarzut aż prosi się o serię memów.
Nie warto wybielać Maduro. Jego siły bezpieczeństwa brutalnie rozprawiały się w ostatnich latach z opozycją, a wynik ostatnich wyborów prezydenckich najprawdopodobniej został przez niego sfałszowany. Ale capo narkotykowym nie jest.
Chodzi o ropę, głupcze
„Walka z narkotykami” jako uzasadnienie ataków na łodzie rybackie u wybrzeży Wenezueli tej jesieni oraz wysłania tam przez USA największego na świecie lotniskowca od początku budziła niedowierzanie ekspertów, a nawet konserwatywnych mediów, takich jak „The Economist”.
Wenezuela nie produkuje fentanylu, odpowiedzialnego za największą liczbę zgonów narkotykowych w USA. Produkcja odbywa się w Meksyku, a składniki pochodzą z Chin. Jeśli chodzi o kokainę, Wenezuela jest małą rybką: sama kokainy nie produkuje i stanowi jedynie drugorzędną trasę eksportową z Kolumbii. Według raportu Departamentu Stanu USA z 2020 roku tylko około 10-13 proc. światowego przemytu kokainy przechodzi przez Wenezuelę.
Co ciekawe, to intensywnie eksploatowane uzasadnienie narkotykowe w ostatnich dniach niemal całkowicie zniknęło. Trump zaczął mówić wprost o ropie naftowej.
Wenezuela jest jednym z pięciu państw założycielskich OPEC i posiada największe udokumentowane rezerwy ropy na świecie. Około 2000 roku kraj wydobywał niemal trzy miliony baryłek dziennie. Produkcja załamała się po wprowadzeniu sankcji finansowych przez Stany Zjednoczone, a jeszcze bardziej po sankcjach wymierzonych bezpośrednio w sektor naftowy.
Paradoksalny może się wydawać fakt, że w objętej sankcjami Wenezueli nadal działa amerykański koncern Chevron. Nową licencję, obchodzącą sankcje, przyznał mu nie kto inny, jak sam Trump. Wielu ekspertów widzi w tym element planu: Chevron miał pozostać na miejscu, by zwiększyć wydobycie natychmiast po usunięciu Maduro. Analitycy Rystad Energy pisali jesienią, że Chevron otrzymał nową licencję „na wypadek zmiany sytuacji w kraju, tak by przewodzić lub przynajmniej uczestniczyć w nowej erze produkcji ropy”.
Kilka dni przed atakiem Trump stwierdził, że Wenezuela „ukradła” ropę Stanom Zjednoczonym. Zaraz po ataku mówił o odbudowie infrastruktury wydobywczej i ogromnych zyskach. 6 stycznia ogłosił, że Wenezuela odda USA 50 milionów baryłek ropy.
Już w 2023 roku, podczas wiecu w Karolinie Północnej, Trump mówił otwarcie: „Kiedy opuszczałem Biały Dom, Wenezuela była na skraju upadku. Mogliśmy przejąć ten kraj. Mogliśmy przejąć całą tę ropę”.
Przypomina mi się telewizyjny wywiad z Chávezem z 2009 roku. „Proszę się nie obrazić” – mówi kolumbijska dziennikarka – „ale wydaje się pan zafiksowany na punkcie Stanów Zjednoczonych. Dlaczego USA miałyby mieć interes w napaści na Wenezuelę?”
„Bo mamy największe na świecie zasoby ropy naftowej” – odpowiada Chávez z cierpliwością nauczyciela z wiejskiej podstawówki.
Kto następny?
W Ameryce Łacińskiej kolejnym celem może być Kolumbia. W niedzielę prezydent USA nie wykluczył interwencji zbrojnej w tym kraju, odgrzewając antynarkotykową narrację. Lewicowy przywódca Gustavo Petro od miesięcy pozostaje z Trumpem w konflikcie. Ten od czasu kampanii prezydenckiej grozi bombardowaniem karteli narkotykowych także Meksykowi.
Europejscy liderzy po ataku na Wenezuelę ograniczyli się do półsłówek o prawie międzynarodowym, nie potępiając go otwarcie. Trump zanotował tę słabą reakcję i w ostatnich dniach rozważa wysłanie większych sił amerykańskich na Grenlandię.
Wszystkie małe i średnie państwa, których bezpieczeństwo zależy od poszanowania prawa międzynarodowego przez mocarstwa, powinny drżeć. Polska jest jednym z nich.
A co na to inne potęgi? Chiny i Rosja, formalni sojusznicy Wenezueli, potępiły porwanie Maduro, ale jednocześnie zacierają ręce. Wychodzi bowiem na to, że i im wolno robić we własnych strefach wpływów, co tylko chcą. USA nie wyślą swoich żołnierzy, by ginęli za Tajwan. A co z Ukrainą? Jak sugeruje Yanis Varoufakis, Putin może dziś rozważać, czy nie porwać Zełenskiego i nie postawić go przed sądem w Moskwie.
Napaść na Wenezuelę sygnalizuje triumf prawa silniejszego. Dla USA oznacza to powrót do doktryny Monroe’a z 1823 roku, zgodnie z którą Stany Zjednoczone miały zapobiegać europejskim wpływom w Ameryce Łacińskiej, przyjmując rolę regionalnego żandarma. Od tamtej pory USA interweniowały w regionie ponad sto razy.
W wersji Trumpa doktryna Monroe’a oznacza blokowanie wpływów Chin, Rosji i Iranu na „własnym podwórku”. Paradoks polega na tym, że USA najpierw nałożyły sankcje na przemysł naftowy Wenezueli, a następnie uznały za akt wrogości fakt, że kraj ten – próbując przetrwać – sprzedawał ropę Rosji i Chinom.
USA i sztuka robienia interesów
Maduro został usunięty – kto zatem rządzi dziś Wenezuelą? Ku zaskoczeniu wielu USA nie zainstalowały w pałacu prezydenckim twardej opozycjonistki i laureatki Pokojowej Nagrody Nobla, Maríi Coriny Machado.
„Miła kobieta, ale nie ma poparcia” – oświadczył Trump w sobotę przed kamerami. Ostatni sondaż Datanálisis, jedyny uznawany w Wenezueli za wiarygodny, potwierdza tę ocenę. Społeczeństwo jest rozczarowane Machado: od wyborów w 2024 roku, które opozycja twierdzi, że wygrała, minęło wiele miesięcy, a sytuacja nie uległa zmianie.
Najważniejszym powodem, dla którego Trump nie próbował wynieść Machado do władzy, jest jednak jej brak kontroli nad siłami zbrojnymi i aparatem państwa.
„My będziemy rządzić Wenezuelą” – ogłosił na sobotniej konferencji prasowej. Dodał, że sekretarz stanu, Marco Rubio, rozmawiał już z wiceprezydentką Delcy Rodríguez, która ma współpracować z USA, by „znów uczynić Wenezuelę wielką”.
W poniedziałek Delcy Rodríguez została zaprzysiężona na prezydentkę, co Trump ogłosił już dwa dni wcześniej. Zgodnie z konstytucją Wenezueli to wiceprezydent przejmuje władzę w przypadku braku prezydenta.
Rodríguez uchodziła dotąd za niezwykle lojalną wobec Maduro. Jest córką marksistowskiego partyzanta torturowanego przez USA. Jej brat, Jorge Rodríguez, marszałek parlamentu, to według konstytucji kolejny kandydat na prezydenta – na wypadek gdyby i Delcy została porwana nocą przez Amerykanów.
Trwają spekulacje, czy rodzeństwo Rodríguezów zawarło układ z Trumpem. Po porwaniu Maduro Delcy szybko ogłosiła gotowość do współpracy z USA, a jej brat znany jest z zamiłowania do sportowych samochodów i drogich butów.
Pytam o to analityka International Crisis Group, Phila Gunsona z Caracas.
„Nie wierzę, by Delcy sprzedała Maduro. Jest jednak w sytuacji, w której musi oferować USA współpracę – i właśnie to robi. Jednocześnie naciskają na nią lojaliści Maduro: Diosdado Cabello i minister obrony Vladimir Padrino, którzy kontrolują armię. Delcy stąpa po cienkiej linie”.
A wraz z nią po linie kroczy to, co pozostało z socjalistycznego, antyimperialistycznego projektu Hugo Cháveza.






























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.