Wsparcie Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Profil Zaloguj się

Mit eurosklerozy i prawdziwe problemy Europy

Europa ma masę problemów, jednak dyskurs „eurosklerozy” w dużej mierze oparty jest na mitach i selektywnym czytaniu statystyk.

ObserwujObserwujesz

Stany Zjednoczone uciekają Europie, a za chwilę uciekną Chiny. Najuboższe stany w USA mają PKB per capita niczym najpotężniejsze europejskie gospodarki. Europa zmieniła się w niezdolne do innowacji muzeum, z przeregulowaną gospodarką tkwiącą w XX wieku – i nic nie wskazuje, by w przewidywalnej przeszłości miała się wyrwać ze swojej „euroskerozy”.

Jeśli śledziliście debatę publiczną w ostatnich latach, z pewnością natknęliście się na te i podobne stwierdzenia. Można się spodziewać, że w 2026 roku będzie ich w naszej infosferze coraz więcej – także za sprawą rosyjskich sieci dezinformacji i aktywności ruchu MAGA, grającego coraz wyraźniej na osłabienie i podział Unii Europejskiej, oraz lokalnych europejskich aktorów, powielających treści generowane za Atlantykiem i na wschód od nas.

Czytaj także Europa budzi się z amerykańskiego snu. Nie przetrwa bez radykalnej krytyki samej siebie Kaja Puto

Europa ma oczywiście cały szereg problemów, jednak dyskurs „eurosklerozy” w dużej mierze oparty jest na mitach i selektywnym czytaniu statystyk – i warto mieć to w pamięci, zanim przyjmie się za dobrą monetę stwierdzenia typu „Francja ma gospodarkę na poziomie Alabamy”.

Statystyczne iluzje

O mitach i manipulacjach łączących się z dyskursem o „eurosklerozie” pisało niedawno dwóch ekonomistów: pracujący w Stanach Francuz Gabriel Zucman i amerykański noblista Paul Krugman.

Obaj zwracają uwagę na to samo zjawisko: wykresy europejskiego i amerykańskiego PKB zaczynają rozjeżdżać się po 2008 roku tylko jeśli nie uwzględnimy parytetu siły nabywczej (PPP) – czyli tego, co realnie za przypadające na niego PKB może kupić przeciętny Amerykanin lub Europejczyk. Jeśli uwzględnimy PPP, to europejski PKB per capita będzie tylko nieznacznie niższy od amerykańskiego, tak samo jak był nieznacznie niższy w roku 2007.

Jak pisze Krugman, widoczne dziś różnice w poziomie PKB między Stanami i Europą wynikają nie tyle z różnic w realnym wzroście gospodarczym, co z relacji euro do dolara. Zucman zauważa, że efekty amerykańskiego wzrostu w dużej mierze pochłania koszt cen. Choć licząc w PKB per capita przeciętny Amerykanin jest wyraźnie bogatszy od przeciętnego Europejczyka, to płaci znacznie więcej za podobne usługi, co „zjada” dużą część jego ekonomicznej przewagi.

Podobnie, wskazują Krugman i Zucman, zwodnicze może być rozumowanie wskazujące, że skoro Amerykanie z mniejszą liczbą ludności niż Europa wytwarzają więcej PKB, oznacza to, że tamtejsza gospodarka jest wyraźnie bardziej produktywna od europejskiej. Zucman stwierdza, że produktywność gospodarek europejskiego rdzenia (Niemcy, Francja, Włochy, Beneluks) jest zbliżona do tej amerykańskiej, choć pozostaje od niej niższa. Europejczycy wytwarzają jednak mniej także dlatego, że po prostu mniej pracują – mają więcej dni wolnych, dłuższe wakacje, wcześniej przechodzą na emeryturę. Nie wynika to z niskiej produktywności europejskich gospodarek, ale z pewnego politycznego czy wręcz cywilizacyjnego wyboru, jakiego dokonały europejskie społeczeństwa.

Europejczycy żyją lepiej

Można spierać się, czy ten wybór nie przynosi ostatecznie lepszych rezultatów niż ten, jakiego dokonali Amerykanie. Czy jakość życia w Europie nie jest zdecydowanie wyższa, niż nawet w znacznie zamożniejszych i przyjemniejszych od głębokiego południa miejscach w Stanach? Dłuższe wakacje i wcześniejsze emerytury mogą mieć negatywny wpływ na francuskie PKB – i jeśli chodzi o emerytury, trudno sobie wyobrazić, by francuski wiek emerytalny nie musiał zostać ostatecznie podniesiony – ale mają pozytywne przełożenie na jakość życia, a być może też na jego oczekiwaną długość.

Jak pisze Krugman: „Jedno z ostatnich badań twierdzi, że wzrost średniej krajowej długości życia o jeden rok jest wart wzrostowi PKB o 4-5 proc. Jeśli te liczby są jakkolwiek bliskie prawdy, to w dużej mierze poddają one w wątpliwość twierdzenia, że Stany radzą sobie znacznie lepiej od Europy. Ujmijmy to w ten sposób: jeśli Francuzi żyją średnio pięć lat dłużej niż Amerykanie, to ich «PKB skorygowany o długość życia» wynosi nie 68 proc. PKB amerykańskiego, ale blisko 90 proc”.

Czytaj także Czy Europa się wprosi na koncert mocarstw? Michał Sutowski

Średnia oczekiwana długość życia to nie jedyny obszar, w którym europejski model notuje przewagi nad amerykańskim. Europejczycy korzystają z hojnych państw dobrobytu, zdolnych dostarczyć edukację i opiekę zdrowotną na wysokim poziomie po znacznie niższych kosztach niż te, które w związku z tymi obszarami ponoszą Amerykanie. Europejczycy raczej nie bankrutują z powodu wydatków medycznych, nie spłacają też na ogół przez całe życie długów zaciągniętych na edukację wyższą. Europejskie miasta są bezpieczniejsze od amerykańskich, rynek żywności znacznie lepiej uregulowany, lepiej rozwinięty jest transport publiczny. Europejskie społeczeństwa wolne są też od tak wielkich nierówności, jakie generuje amerykański model gospodarczy.

Zucman pisze: „Stany wytwarzają średnio 81 dolarów PKB na każdą godzinę pracy, dzieje się to jednak znaczącym ekologicznym kosztem. Unia Europejska wytwarza 71 dolarów przy znacznie niższym poziomie emisji. Europa radzi sobie lepiej od Stanów, jeśli chodzi o czas wolny, zdrowie, równość ekonomiczną i mniejsze emisje, a wszystko to przy porównywalnej globalnie produktywności. Biorąc to wszystko pod uwagę Europejczycy mogą być dumni ze swojego modelu społeczno-ekonomicznego”.

Europejska „luka cyfrowa”

Trudno przy tym nie zauważyć, że europejski model ma liczne problemy i znajduje się dziś pod wyjątkową presją zewnętrzną: ze strony opanowanego przez MAGA Waszyngtonu, rewizjonistycznej, imperialistycznej Rosji oraz Chin z ich ekspansją gospodarczą.

Jak w polemice z Zucmanem na łamach dziennika „Le Monde” zauważył ekonomista François Bourgignon, za dynamikę wzrostu gospodarczego w Unii Europejskiej odpowiadają głównie jej nowi członkowie, czyli kraje naszego regionu oraz Bułgaria, Cypr, Malta. Znacznie gorzej jest jednak ze wzrostem gospodarczym w państwach będących długotrwałymi członkami UE. A to one zwiastują przyszłość kontynentu, bo model wzrostu w nowych krajach członkowskich, oparty na integracji ze wspólnym rynkiem, przestanie w pewnym momencie przynosić tak wyraźne prowzrostowe efekty.

Nawet patrzący z przychylnością na Europę Krugman zgadza się, że Europa ma problem z technologiami cyfrowymi i jest to główny powód różnic w tempie wzrostu produktywności po obu stronach Atlantyku. Na ten sam problem – jako jedną z głównych barier dla wzrostu europejskich gospodarek – wskazywał Raport Draghiego z 2024 roku. Jakie są przyczyny tego, że Europa dużo gorzej radzi sobie z wykorzystaniem technologii cyfrowych dla generowania wzrostu? Wolfgang Münchau w swojej publicystyce od dawna zarzuca europejskim elitom, że utraciły ducha innowacji, że nie są zdolne do myślenia w kategoriach kreatywnej destrukcji i tkwią przykute do technologii rodem z XX wieku.

Przykładem, który Münchau opisał w swojej książce Kaputt, może być niemiecki przemysł samochodowy, przez lata ignorujący, potem opierający się rewolucji elektromobilnościowej, a dziś z przerażeniem przeglądający się ekspansji tanich, chińskich elektryków, także na europejskim rynku. Krugman wskazuje na inny możliwy powód: brak dostatecznej integracji wspólnego rynku, co uniemożliwia europejskim big techom rozwinięcie produktów zdolnych sprawnie działać na całym europejskim rynku. A do sukcesu w obszarze nowych technologii konieczny jest efekt skali, jakiego dostarczyć zdolny jest jednolity rynek amerykański.

Czytaj także Europa przegrywa wyścig o chipy. Czy jesteśmy na straconej pozycji? Piotr Wójcik

Na podobne problemy z niedoskonałościami wspólnego rynku wskazywał Raport Draghiego, zwracający też uwagę na to, że europejskim wydatkom na badania i rozwój brak jest konsekwencji, koordynacji na poziomie całej wspólnoty i strategicznego ukierunkowania, pozwalającego przejść od innowacji do komercjalizacji. Jakie nie byłyby jej przyczyny, Europa musi zamknąć dzielącą ją od Stanów „lukę cyfrową”, bo bez tego trudno jej będzie utrzymać wzrost konieczny do zabezpieczenia własnego modelu społecznego.

Kluczowy problem polityczny

Raport Draghiego opisywał też trzy strukturalne wyzwania dla europejskiego modelu, który w ostatnich latach stracił trzy swoje fundamenty. Pierwszym była tania energia zbudowana na imporcie rosyjskich paliw kopalnych, drugim – korzyści z otwartego światowego handlu, trzecim – dywindenda bezpieczeństwa zapewniana przez transatlantycki sojusz. Pierwszy filar wykopał Europie spod stóp Putin, napadając na Ukrainę – od początku zresztą uzależnianie się od importu od takiego partnera jak Rosja było wielkim błędem. Dwa pozostałe wykopuje właśnie Trump poprzez swoje wojny celne i żądania, by sojusznicy Stanów zaczęli płacić Waszyngtonowi „za ochronę” po niemal komercyjnych stawkach.

Jednocześnie wszystkie te wyzwania są dla Europy szansą na zbudowanie własnej suwerenności handlowej, energetycznej, obronnej i cyfrowej. Czy będzie ją potrafiła wykorzystać? Niestety, tu pojawia się kluczowy problem dzisiejszej Unii, znacznie poważniejszy niż putinowsko-magowskie opowieści o eurosklerozie, bo polityczny. Europa jest związkiem państw, które same nie wiedzą, czy chcą szukać odpowiedzi na wszystkie te wyzwania jako Unia. Istotna część ich elit gra przeciw możliwości sformułowania jakiejkolwiek istotnej polityki wspólnotowej, licząc, że najlepiej wyjdzie na układach czy to z Trumpem, czy z Putinem, czy z obydwoma naraz. Jeśli Europa chce pozostać najlepszym miejscem do życia na świecie – bo dziś, mimo wszystkich swoich słabości, nim jest – to musi jakoś rozwiązać ten problem.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie